Trener Polek mógł zarabiać więcej u rywali. Ale chce złota dla Polski i apeluje do władz

Łukasz Jachimiak
Dajcie mu telemetrię. I analityka do badań krwi. A przede wszystkim spotkajcie się z nim i porozmawiajcie. Drodzy szefowie polskiego sportu, to do Was apel. Apel Tomasza Kryka, trener, który na igrzyskach w Tokio zdobył z kajakarkami srebro i brąz, a za trzy lata w Paryżu bardzo chciałby wywalczyć historyczne złoto.
Zobacz wideo "Jeśli Fajdek zmieni szlafrok na habit, to wystartuje na IO w 2032 roku"

Gratulacje przyjmował raczej na milcząco. Potrzebował chwili dla siebie. Trener Kryk wie, że znów wykonał zadanie. To jego trzecie igrzyska w roli szkoleniowca kadry kajakarek i po raz trzeci wraca z tarczą. W Londynie był brąz dwójki, w Rio - srebro Marty Walczykiewicz i brąz dwójki, a w Tokio po srebrze dwójki jest brąz czwórki.

Trener się cieszy. Ale też mówi: "Pewnie, że jest niedosyt". On bardzo chciał złota. I jego głowa już jest na starcie przygotowań do Paryża, do igrzysk w 2024 roku. Jak bardzo? Przeczytajcie. Wy, ludzie rządzący polskim sportem, przeczytajcie koniecznie! I zareagujcie.

Łukasz Jachimiak: Cztery razy na igrzyskach olimpijskich czwórka była czwarta, a teraz ma brąz. Odetchnął Pan i pomyślał: "Wreszcie" czy raczej czuje Pan niedosyt?

Tomasz Kryk: Chyba odetchnąłem. Ale pewnie, że jest niedosyt. Już mam pomysł na małe reformy. Mam już parę wniosków, które przeleję na papier i może władze polskiego sportu się nad tym pochylą. A może uznają, że wszystko jest okej, skoro cała olimpijska kadra skończy igrzyska mając 14 czy 15 medali. Może oni stwierdzą, że nie należy nic zmieniać.

Jakie ma Pan pomysły? Co trzeba zrobić, żeby polskie kajaki jeszcze trochę przyspieszyły i dopłynęły do olimpijskiego złota, którego nigdy nie zdobyły?

- Polski sport był ostatnio bardzo szeroko finansowany. Oczekuję, żeby kajakarki też zostały docenione i miały sponsora tytularnego w postaci spółki skarbu państwa. Poza Martą Walczykiewicz i Karoliną Nają reszta nie była objęta taką opieką. Ktoś powie, że to niszowa dyscyplina? Jeżeli weźmiemy kajakarstwo jako turystykę, rekreację, to mamy całkiem fajny sport. Zawsze na świeżym powietrzu, blisko z naturą, zdrowa energia. To czemu Enea miałaby nie pomóc? Oczekiwałbym też większej presji ze strony ministerstwa.

Na kim miałaby być ta większa presja?

- Na mnie. Ministerstwo mogłoby chcieć więcej spotkań, jakichś sprawozdań, przedstawiania ode mnie koncepcji.

To Pan nie zdaje sprawozdań? Nie wymagają od Pana?

- ...

Cisza mówi wszystko?

- Było wiele zmian, jest pandemia, trzech ministrów się w ostatnim czasie zmieniło. Nie wiem czy to wszystko pomaga. Ale ja sobie zawsze wysoko zawieszam poprzeczkę i nie odpuszczam.

Pieniądze na przygotowania normalnie dostajecie?

- Ja absolutnie nie narzekam, że czegoś nam brakowało. Ale jak oglądam reprezentacje Niemiec, Nowej Zelandii i jeszcze inne drużyny, to widzę, że tam nie ma miejsca na bylejakość. Nie można na nią pozwolić nigdzie - w treningu, w żywieniu, w logistyce. Absolutnie nie mówię, że nam czegoś brakowało. Ale mówię, że dobrze byłoby zrobić pewne zmiany, przesunąć środki w trochę inne miejsca. Może dzięki temu moglibyśmy szkolić lepiej i szerszą grupę. Ale ostatnim ministrem, z którym rozmawiałem był minister Bańka. On wiele pomagał naszej grupie.

Sporo czasu minęło.

- Zgadza się. A najważniejsza w sporcie jest stabilność. Wszystkie zawodniczki z brązowej czwórki zaczęły seniorską karierę, gdy ja objąłem reprezentację. W 2009 roku zaczynaliśmy razem z Karoliną Nają. Miała wtedy 19 lat, przyszła do seniorek z juniorskiej kadry. Przez kolejne lata unifikowaliśmy technikę wiosłowania i metody treningowe. Uczyliśmy poprawnego wykonywania ćwiczeń na siłowni. Z czasem wywieraliśmy bardzo dużą presję na odpowiednie żywienie. Zrobiliśmy badania genetyczne, sprawdziliśmy, komu służy, a komu nie służy gluten. Ale jest jeszcze wiele dziedzin, w których można się poprawić.

W jakich konkretnie?

- Chciałbym mieć tu w Tokio panią analityk do badań krwi. Z jakichś przyczyn nie mogła przyjechać.

Ze względu na oszczędności?

- Uważam, że pandemia jest świetnym alibi. O wiele rzeczy wnioskowałem już przed pandemią i już wtedy widziałem różne zaniechania. A sport na najwyższym poziomie to musi być zespół. Ja mogę wszystko spinać, ale musimy mieć zespół fizjoterapeutów, trzy-cztery osoby i tu mamy dwie panie. Mamy też trenera przygotowania ogólnego, który jest też trochę jak nasz psycholog, mamy kinezjologa, lekarza, specjalistę z Instytutu Sportu.

To całkiem spory sztab. Ale Węgrzy czy Niemcy, mają jeszcze dużo większe?

- Nawet tu nie liczyłem. Wyłączyłem się, obiecałem to dziewczynom. Nie drążyliśmy żadnych spraw, covidowych, innych, koncentrowaliśmy się tylko tym, żeby się przybliżyć do sukcesów.

Rozumiem, że w Tokio nie liczył Pan, po ile osób do pomocy miał trener kadry niemieckiej czy węgierskiej, ale na pewno z innych zawodów, choćby z mistrzostw świata, Pan to wie.

- W ostatnich latach to już jest porównywalne. W Tokio zabrakło nam tylko analityka badającego zakwaszenie, poziom hormonów w organizmie. A to są bardzo przydatne wiadomości. Myśmy ostatni okres przerabiali z doktorem Sitkowskim, fizjologiem z Instytutu Sportu, tylko mailowo. On robił nam ostatnie badania wydolnościowe, a teraz codziennie wymienialiśmy się poglądami, ja mu wysyłałem sprawozdania z treningów i ocenialiśmy formę dziewczyn na oko, na ich samopoczucie, na podstawie prędkości łodzi, które widziałem i na podstawie uzyskiwanych czasów. Ale nie ma co gadać - jest dobrze.

Pewnie, że jest. I Panu ,i nam nie chodzi o to, żeby wywołać poczucie, że polskie kajakarstwo ma się źle. Natomiast chodzi o to, żeby poszukać takich rozwiązań, które dadzą dyscyplinie jeszcze większe sukcesy.

- Zgadza się. I ja oczekuję takiej debaty, z której coś wyniknie. Nie chcę, żeby to się skończyło po miesiącu, dwóch czy trzech i żebyśmy obudzili się dopiero przed następnymi igrzyskami, żeby zrobić wyliczenia szans medalowych. Chcę, żeby powstało kilka zespołów wokół ministerstwa. Żeby ci ludzie się zaangażowali. Ja nie miałem żadnego telefonu z pytaniem, jak się czuję w pandemii i czy może potrzebuję psychologicznego wsparcia. A myśmy w pandemii trenowali, mimo wszystko normalnie jeździliśmy na zagraniczne zgrupowania. Ani trochę się nie zatrzymaliśmy. Sam zadbałem o zorganizowanie dla kadry kiszonek - kapusty i ogórków. Bo one świetnie pozwalają budować odpornośc. Ale jednoosobowo nie da się wszystkiego zrobić. Chciałbym, żeby ktoś nam pomógł i żebyśmy mogli korzystać z telemetrii. Niemcy zawsze sprawdzają prędkości łodzi, zawsze mają analityków, którzy rozkładają specjalny sprzęt. A kiedy sami obsługują imprezy w Duisburgu, na takiej zasadzie, na jakiej na igrzyskach robi to Omega, to zbierają sobie informacje o wszystkich reprezentacjach. I wiedzą, jak pływa na przykład moja czwórka. Analizują, gdzie my mamy słabsze punkty, jaką mamy taktykę pokonywania dystansu, jak szybko w każdym punkcie trasy my płyniemy.

Dzielą się chociaż danymi dotyczącymi Was?

- A gdzie tam! Absolutnie!

Co jeszcze macie poza zapasami ogórków i kapusty, poza przenośnymi lodówkami, mikserami, urządzeniami do wypiekania chleba, o czym już nam Pan opowiadał po srebrze dwójki?

- Na wszystkie przedolimpijskie zgrupowania woziliśmy basen chłodzący. Żeby w ciężkich warunkach jak najszybciej się regenerować. W nowoczesnym treningu to jest kluczowa kwestia. Obciążenia można zawodniczkom zadawać w nieskończoność, ale kolejne wysiłki można zaczynać, gdy organizm się zregeneruje i wróci do stanu równowagi po poprzednim wysiłku.

Jak wygląda taki basen? Bo raczej nie jest to dmuchana zabawka, do którejwsypujecie kruszony lód.

- To basen ze specjalnym agregatem, który przy 40 stopniach Celsjusza dawał radę schładzać wodę do 6 stopni. Świetne, nowoczesne urządzenie.

Jak duży albo jak mały jest ten basen?

- Dwuosobowy. Co dwa seanse zmieniamy wodę, mimo że zawsze przed wejściem dziewczyny się kąpią.

Na jak długo wchodzą do zimnej wody?

- To są kwestie indywidualne. Ale dziewczyny są wytrzymałe. Myśmy nawet zimą morsowali i część zajęła się tym na poważnie. Jak w styczniu jesteśmy w miejscu, w którym jest ocean, to zawsze w ramach odnowy biologicznej wszyscy się w zimnej wodzie zanurzamy.

Pan też?

- Mogę nawet przesłać zdjęcia, jak siedzę w przeręblu. Mnie też dużo kosztowały igrzyska. Trenowałem praktycznie z dziewczynami. W lipcu wjechałem na Stelvio [najwyższy punkt na trasie Giro d'Italia]. Ruszyłem z 1300 metrów nad poziomem morza w Bormio na 2768 m.

Jaki czas?

- Dwie godziny i osiem minut. W wieku 51 lat przy średnim tętnie 165.

Nie trzeba było się zgłosić do pływania w Tokio na jedynce?

- Ha, ha! Dużo oczekuję od dziewczyn, ale od siebie też wymagam. I tu mogę podziękować żonie i synowi, że są tacy cierpliwi. Żona swoje marzenia i plany podporządkowała temu, żebym ja się mógł realizować. Ona się bardziej zajęła wychowaniem syna i teraz też go bardziej niż ja wspiera. Syn jest już na studiach. Oni są moimi największymi kibicami. A ja między rodziną a drużyną stawiam znak równości z małym wskazaniem na rodzinę, bo to są więzy. Ale z dziewczynami spędzamy razem po 230-240 dni w roku. Szmat czasu. Przez lata. I nie zanosi się, żeby to się zmieniło. Mimo że mieliśmy propozycje z kolegą Maciejem [Juhnke - asystent Kryka], to jeżeli władze polskiego sportu uznają, że dobrze pracujemy i pozwolą nam zostać w kraju, to zostajemy - nie ma opcji.

Skąd mieliście propozycję albo propozycje?

- W 2020 roku tuż przed pandemią, w lutym, mieliśmy od Chińczyków. Byliśmy w tym samym miejscu na zgrupowaniu i oni za nami jeździli motorówką, fotografowali, na wszystko patrzyli. I pytali nas o wiele kwestii. Chcieli nasze maile, telefony, padły wstępne propozycje.

Pewnie trudno odrzucić taką propozycję? Myślę o kwestiach finansowych.

- Nie. Tutaj więzi emocjonalne są takie, że nie było trudno.

Rozumiem, szanuję. Ale dużo więcej mógł Pan zarabiać?

- Dla 10 tysięcy złotych nie warto. I co? Żony bym wcale nie widział. Byłbym tam, daliby mi bilet, żebym raz w roku do Europy sobie przyleciał. No może dwa razy. Nie, nie chcę tego.

Nie jest tak, że odejdzie Pan, jeśli władze polskiego sportu nie pomogą Panu osiągnąć dla Polski jeszcze większych sukcesów?

- Nie, nie odejdę. My sobie radzimy. Chociaż z takich powodów z naszych wioseł odszedł trener Marcin Witkowski [do kadry Niemiec]. Przebąkiwał, że o zbyt wiele rzeczy musiał się dopominać, kłócić, zgłaszać wnioski. Ale proszę nie nie odbierać tej mojej wypowiedzi jako narzekanie. Ja wywieram presję, bo muszę. Bo gdybym odpuścił, to dziś bylibyśmy w finałach B albo na piątych-szóstych miejscach w finałach A. Na pewno nie mielibyśmy medali.

Więcej o: