Burza po medalu Włodarczyk. Prawica nie ma racji. Nikt nigdy nie był bliżej

Piotr Wesołowicz
Sprawy remontu Skry, dawnej areny Anity Włodarczyk, nie położył wcale stołeczny ratusz oraz Rafał Trzaskowski - co sugerują sympatycy prawicy. Przeciwnie: prezydent Warszawy ma szansę być tym, który w końcu odnowi ten obiekt. Bliżej nie był nigdy nikt wcześniej.

Środa była w Tokio dniem polskiego młota. Anita Włodarczyk zdobyła trzeci złoty medal igrzysk, z brązowego medalu cieszyła się Malwina Kopron. Obie zawodniczki zebrały mnóstwo gratulacji, m.in. od Rafała Trzaskowskiego.

Zobacz wideo Królowa jest tylko jedna. "Osiągnięcia Anity Włodarczyk są kosmiczne"

I wtedy rozpętała się burza.

Prezydentowi Warszawy zarzucano – głównie z anonimowych, prawicowych kont – że ma śmiałość gratulować sukcesu Włodarczyk. Wszak to rzekomo z powodu bierności stołecznego ratusza sportsmenka musiała się przeprowadzić do Katowic.

Skra, obiekt drwin

Przypomnijmy: Włodarczyk, sześciokrotnie wybierana najlepszą sportsmenką Warszawy, jest byłą zawodniczką Skry. Latami domagała się jej remontu, aż w końcu w 2019 r. przeniosła się i związała z AZS AWF Katowice.

Tyle że sprawy renowacji, bądź budowy Skry na nowo, wcale nie położył warszawski ratusz i Rafał Trzaskowski – co sugerują sympatycy prawicy. Przeciwnie: prezydent Warszawy ma szansę być tym, który w końcu odnowi ten obiekt.

Sprawę Skry śledziłem latami i opisywałem wielokrotnie. I po stadionie spacerowałem, przekonując się, że tonący w mroku obiekt to gotowa sceneria dla dreszczowca. Zresztą to właśnie tutaj kręcono kilka mrocznych scen hitowego serialu Agnieszki Holland "1983". Zarośnięte chaszczami trybuny, długie alejki z niedziałającymi latarniami, stróżówka z tlącą się jarzeniówką, ale bez stróża, porzucona – któż raczy wiedzieć ile lat temu – maszyna do waty cukrowej. Czas na Skrze zatrzymał się nie kilka lat temu, a być może kilka dekad.

Ale cierpiała nie tylko Włodarczyk, ale i rugbyści Skry czy młodzieżowi lekkoatleci – ich szatnie przypominały obskurny barak, na stadion Skry – jak przyznawali – wstyd było kogokolwiek zaprosić.

Winny Trzaskowski? Ta sprawa ciągnie się od lat

Dlaczego obiekt w środku stolicy latami niszczał i doszło do tego, że nadzór budowlany wydał w 2019 r. wyrok, że Skra zagraża życiu i zdrowiu? Odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak można sądzić.

Dramat Skry ciągnął się 13 lat. I – niestety – przyczynił się do niego były trener Włodarczyk, Krzysztof Kaliszewski. Ówczesny prezes Skry zajmował stadion prawem kaduka, czyli bez tytułu własności. I latami wynajmował okolice obiektu na restauracje, warsztaty, parkingi.

 – Na Skrze działa 35 firm. Nie mają nic wspólnego ze sportem. To hurtownie, magazyny, wulkanizator, parking, restauracja, nocny klub. Działają w dramatycznie złych, jeśli chodzi o warunki techniczne, obiektach – mówiła w 2019 r. wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska, gdy nadzór budowlany wydał nakaz wyłączenia z użytkowania całego kompleksu Skry.

To był desperacki krok warszawskiego ratusza, który przez lata walczył o odzyskanie nieruchomości u zbiegu Żwirki i Wigury oraz Wawelskiej. Kaliszewski grał na zwłokę, udając współpracę. Odwoływał się od każdego wyroku, a kiedy w 2015 r. przegrał w Sądzie Najwyższym sprawę o przedłużenie użytkowania wieczystego, twierdził – także w rozmowie ze mną – że odda klucze do stadionu. Ale nigdy tego nie zrobił. Jednocześnie nie przeszkadzało mu to w krytykowaniu ratusza – w mediach żalił się, że Skrą ratusz się nie interesuje.

Prawicowi politycy – niechętni warszawskiemu ratuszowi – chętnie tę narrację przyjmowali. Temat remontu Skry dostrzegali jednak tylko w kampanii wyborczej. Przed wyborami prezydenta Warszawy w 2018 r. minister sportu Witold Bańka wybrał się tam z Patrykiem Jakim, kandydatem PiS na prezydenta Warszawy, w trakcie kampanii prezydenckiej konferencję na stadionie urządził premier.

Skra i sport jako polityczna pałka

Z ich wielkich słów i obietnic wyszło fiasko, ale musieli być oni tego świadomi. Sprawa remontu Skry i odebrania jej z niepowołanych rąk była bowiem skomplikowana.

Ratusz zdecydował się na krok ostateczny – odebrał obiekt siłą. W październiku 2020 r. na Skrę wkroczyła policja i nadzór budowlany. Musiały się stąd wyprowadzić firmy wynajmujące teren, choć gdy rok wcześniej rozmawiałem z ich właścicielami, mówili: – Tyle razy straszyli, że zamkną Skrę i jakoś wciąż działa...  W lecie na teren Skry wjechał zaś ciężki sprzęt, trwają prace porządkowe. Ilość śmieci i gruzu, który nagromadzono tu przez lata, przekraczał ludzkie pojęcie. – Latarnie są tak przerdzewiałe, że w każdej chwili mogą runąć – mówił Andrzej Kłosowski, szef powiatowego nadzoru budowlanego w Warszawie.

– Zaczynamy porządkowanie terenu Skry. Chcemy jesienią otworzyć tereny przy Polu Mokotowskim dla mieszkańców – deklarowała w maju wiceprezydent Renata Kaznowska. – W 2018 r. rozstrzygnęliśmy konkurs architektoniczny na zagospodarowanie okolic stadionu. Gdyby [klub] wydał nam teren w 2018 r., dziś rozmawialibyśmy o pracach budowlanych, a nie porządkowych – dodawała.

Do tego, żeby obiekt nabrał blasku, potrzeba jednak lat – projektowanie, inwentaryzacja czy budowa potrwają co najmniej do 2025 r. Ale teren krok po kroku ma pięknieć. Bynajmniej nie dzięki władzy i jej populistycznym deklaracjom.

Wracając do burzy wokół Włodarczyk: sport jest najpiękniejszy, gdy wspólnie potrafimy się cieszyć z rekordów i zwycięstw. Jeśli wykorzystywany jest jako polityczna pałka, będzie dzielić.

Więcej o: