"Połamałem wtedy nawet jedną z band reklamowych. Dziennikarze wszystkiego nie widzieli"

- To co tam się stało ciągnęło się przez całą siatkarską karierę. Ten nieszczęsny ćwierćfinał był jak powracający koszmar - mówi Sport.pl Marcin Możdżonek o wydarzeniach z igrzysk sprzed 13 lat. Możdżonek dobrze wie co czują nasi siatkarze, którzy wrócili do kraju, po piątym z rzędu przegranym ćwierćfinale turnieju. Choć w internecie wylała się na nich krytyka, to na lotnisku od kibiców dostali wsparcie.

Marcin Możdżonek to mistrz świata z 2014 roku, a także mistrz Europy i triumfator Ligi Światowej. Wystąpił 242 meczach polskiej reprezentacji, grając z nią na igrzyskach w Pekinie (2008) i Londynie (2012), gdzie Polska podobnie jak w 2004, 2016 i 2021 roku zatrzymała się na ćwierćfinale imprezy. 

Kacper Sosnowski: Po 9:15 w tie-breaku z Francją, który oznaczał pożegnanie z igrzyskami, najpierw odczuwał pan złość, czy od razu zaczął współczuć swoim kolegom, szczególnie patrząc na łzy Bartosza Kurka?   

Marcin Możdżonek: Starałem się podchodzić do meczu z Francją bardziej analitycznie. Choć emocji też się nie ustrzegłem już bardziej jako kibic. Okazało się, że ta emocjonalna strona też coraz bardziej zaczęła mnie dotykać. Zanim zaczął się tie-break, już miałem złe przeczucia. Był taki moment w czwartej partii, że Francuzi nas przełamali, przejęli inicjatywę. Nie wypuścili zwycięstwa aż do końca. To było ich jednostronne show.  

Pana kadra w Pekinie po porażce w ćwierćfinale z Włochami 2:3 chyba spokojniej przyjęła tamten wynik. Takie miałem wrażenie, wracając do starych nagrań. Teraz wyglądało to tak, jakby nasi siatkarze pękli.  

- Niekoniecznie. Wtedy w Pekinie pamiętam, że poziom złości był w nas bardzo duży. Ja sfrustrowany połamałem wtedy nawet jedną z band reklamowych. Dziennikarze wszystkiego nie widzieli, nie byli w naszych głowach i pewnie też nie rozumieli. Może w Chinach nikt nie płakał, ale proszę mi wierzyć, że rozgoryczenie, złość czy szok były wtedy olbrzymie. Ja leciałem na tamte igrzyska jako młody 22-letni chłopak. Patrzyłem, z jakim rozmachem się to wszystko odbywa. Jaki jest tego koloryt, jaka ranga, byłem pod wrażeniem igrzysk i nagle ta kolorowa bańka pękła. Jakby świat się zatrzymał. Wszystko nie było już kolorowe tylko szare, czy nawet czarne. To naprawdę była dla nas tragedia. Za mną to, co tam się stało, ciągnęło się przez całą siatkarską karierę. Nie raz, nie dwa ten nieszczęsny ćwierćfinał się śnił, był jak powracający koszmar.  

A Londyn? 

- Igrzysk w Londynie nie udźwignęliśmy psychicznie. Pamiętam, że byliśmy też na nich zmęczeni. Trenerzy chyba zbyt mocno dokręcili wtedy śrubę, ale tamten ćwierćfinał z Rosją przegraliśmy wyraźnie. Z Włochami o wyniku zaważyła właściwie jedna piłka, to stąd ta złość i ból. 

Pierwsze igrzyska są zawsze najtrudniejsze? W przypadku naszych siatkarzy debiutowała na nich połowa ekipy Vitala Heynena.   

- Na pewno jak się na nie jedzie po raz drugi czy trzeci, to jest nieco łatwiej. Raczej nic człowieka wtedy nie zaskakuje. Doświadczenie jest bowiem bezcenne. Nasza drużyna była szykowana do tego, aby zdobyć olimpijski medal. Miała wielu doświadczonych zawodników, którzy byli już na igrzyskach. Niektórzy jechali na nie po raz trzeci. Do tego doszli zawodnicy młodzi, ale ta mieszanka rutyny z młodością wydawała się doskonałą kompozycją. To miała być drużyna, która sobie poradzi z presją tego napompowanego, balonika. Trener czy zawodnicy mówili, że jadą do Tokio po medale. Niektórzy nawet dodawali, że będą to medale złote. Tyle że po krótkim czasie okazało się, że nie było podstaw do takich twierdzeń, bo siatkarsko w Tokio byliśmy po prostu słabi.  

Czy te głosy o faworytach do medalu trochę nie przeszkodziły? Czy dla profesjonalnego sportowca ta otoczka ma drugorzędne znaczenie?  

-  Nawet najtwardszą skałę po jakimś czasie można skruszyć. To, co dzieje się wokoło, ma znaczenie. Ta presja, z którą trzeba się mierzyć, oczekiwania, To coś, czego nie da się pominąć. Podkreśliłbym jednak, że ten balonik oczekiwań pompowali sami siatkarze i trener. Zawodnicy są teraz w trudnej sytuacji, Wiem, jak się czują. Szczerze im współczuję. Byłem w takim położeniu dwa razy. Choć były to dwa różne przypadki, raz też na igrzyska nie pojechałem, bo trenerowi się coś odwidziało. Może dlatego sam teraz niczego nie pragnąłem bardziej niż złotego medalu naszych siatkarzy. Już miałem w głowie, jak to będzie pięknie wyglądało i wszystko nagle przysnęło jak bańka mydlana.    

A co pomaga, a co jeszcze bardziej pogrąża po tak istotnych porażkach? Czy najlepiej po nich wyłączyć telefon, nie podchodzić do komputera i telewizora?  

- Tak to trochę działa. Oczywiście opinii mediów wszystkiego tego co jest wokół, zupełnie się nie uniknie, ale dobrze jest po takiej porażce na jakiś czas dać sobie spokój i nie włączać za często komórki, czy nie wchodzić do internetu. Dobrze przetrawić to po swojemu. To ogólnie jest trudny moment. Człowiek jest rozgoryczony, chciałby zapaść się pod ziemię, ale wiadomo, że po jakimś czasie trzeba wziąć ten ciężar na siebie, stanąć z podniesioną głową i przyjąć krytykę. To też jest część pracy sportowca.   

W internecie trochę się wylewało. Były słowa, że "Kurek mógł grać nie płakać", były twierdzenia, że siatkarze byli "większą kompromitacją niż piłkarska reprezentacja na Euro". 

- Łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Te rzeczy były są i będą. To mało przyjemne, ale to trzeba przetrwać. Krytykę merytoryczną przyjąć na klatę, każde złośliwości zostawić z boku. Frustratów w tych czasach jest sporo. Pomaga niezwracanie na nich uwagi. 

A ci realni kibice przywitali reprezentację na lotnisku brawami. Takimi bardziej dodającymi otuchy, niż wyrażającymi aplauz. Było też spontaniczne: dziękujemy. Spotkania twarzą w twarz z fanami są milsze niż te wirtualne.  

- Takie wsparcie na lotnisku w trudnych chwilach jest bardzo miłe i cenne. Przecież wiemy, że siatkarze chcieli, że się starali, a przegrali, bo byli gorsi sportowo. Ja pamiętam, że po Pekinie wracaliśmy w atmosferze jakby wybuchła jakaś bomba. Wszystko się rozpierzchło, wszystko zostało stracone. Zawodnicy szybko pokupowali sobie bilety powrotne. Te nasze grupowe były zarezerwowane na późniejszy termin. Ja zostałem jednak z Krzyśkiem Ignaczakiem w wiosce olimpijskiej. Do niego przyleciała żona, a do mnie narzeczona. Tam staraliśmy się sobie to wszystko poukładać w głowach. Tak zawsze było i jest, że czas w takich rzeczach pomaga i leczy rany. Szczęście w nieszczęściu, że nasi siatkarze zaraz grają mistrzostwa Europy. Będzie szansa na poprawienie humorów kibicom, a przede wszystkim polepszenie własnych nastrojów.   

Tak racjonalnie myśląc, ten wynik na igrzyskach nie może zaszkodzić polskiej siatkówce. Kibice cały czas ją chętnie oglądają. Mamy mocną ligę. Znakomitych trenerów, garnącą się do tego sportu młodzież. A nasza drużyna narodowa cały czas będzie faworytem do triumfu, choćby na wrześniowych ME. 

 - Odwracając tę tezę, to można powiedzieć, że z całą pewnością ten wynik naszej siatkówce nie pomoże. Oczywiście jeden turniej czy jeden mecz nie zatrzyma całej dyscypliny. W siatkówce mamy fantastyczne wyniki, nadal jesteśmy mistrzami świata. Nasza kadra zdobywa tyle medali, ile przez najbliższe 20 lat nie zdobędzie żadna inna reprezentacja. Złoto olimpijskie, by jej jednak bardzo pomogło. A jakie będą skutki tej olimpijskiej porażki? Sam się zastanawiam.   

Może trochę zmieni się kształt samej kadry?  

- To będzie zależało od sztabu szkoleniowego i samych zawodników. Przed kolejnym turniejem trzeba będzie dokonać kolejnej selekcji. Czy ci, którzy byli na igrzyskach w całości będą grać na mistrzostwach Europy? Fakt jest taki, że igrzyska kończą okres olimpiady, która jest cyklem dla wszystkich reprezentacji na świecie. Po każdych igrzyskach następują jakieś zmiany. Zwykle jest to przebudowa, a nie trzęsienie ziemi. Ewolucja, a nie rewolucja.  

W krótkiej perspektywie nie poczujemy się trochę lepiej, gdy Francja wygra w Tokio złoty medal? W 2012 roku może mniej bolała ćwierćfinałowa porażka z rozpędzoną Rosją, która potem triumfowała w Londynie?  

- Wątpię. Trudno to porównywać do 2012 roku. Fakty są takie, że to my jechaliśmy teraz do Tokio po medal i jako faworyt sportowo nie daliśmy rady. To jest ciężko przetrawić i żadne rozstrzygnięcia tego turnieju w zrozumieniu tego co się stało, nie pomogą.   

Więcej o: