Polska "Spiderwoman" zrobiła furorę na igrzyskach! "Miałam dziury w palcach"

W drodze po mistrzostwo świata miała chwile słabości, na treningi dojeżdżała z Lublina do Tarnowa. Dziś trenuje w klubie o nazwie Kotłownia, studiuje i jest szkolną wuefistką. Jej palce praktycznie się nie goją, ale żadna z rywalek nie wspina się tak szybko, jak Aleksandra Mirosław.

To na razie największe pozytywne zaskoczenie środowych startów Polaków w Tokio. 27-letnia Mirosław znakomicie zaprezentowała się w kwalifikacjach do finału wspinaczki. W czasówce – swojej koronnej konkurencji, której jest mistrzynią Europy i świata – osiągnęła najlepszy czas w stawce, była jedną setną sekundy od rekordu świata. Tylko kompletna klapa w dwóch pozostałych konkurencjach trójboju – boulderingu i prowadzeniu – może odebrać jej awans do finału. 

Zobacz wideo Królowa jest tylko jedna. "Osiągnięcia Anity Włodarczyk są kosmiczne"

"Spiderwoman!" – ekscytują się kibice. Słusznie, jej rajd po wygraną w czasówce był niesamowity. Choć sama Polka w wywiadach mówi: – Wiem, że moja wspinaczka bardziej może kojarzyć się ze Spidermanem, ale to Batman jest moim ulubionym superbohaterem. 

Jeśli zdobyłaby medal w Tokio, zostałaby superbohaterem dla kibiców. A ten medal, to jej marzenie – pochodząca z Lublina sportsmenka z takimi oczekiwaniami przyjechała do Tokio. 

Dzień z życia? Praca, trening, trening, praca

Gdyby życie potoczyło się inaczej, Aleksandra Mirosław mogłaby walczyć o krążek w pływaniu. To była jej pierwsza miłość. Wspinaczką zainteresowała się dzięki siostrze, Małgorzacie. – Z zawodów wracała z medalami i pucharami. Patrzyłam na nią z podziwem i stwierdziłam, że też bym tak chciała – mówiła w wywiadzie z Interią

Jej pierwszym klubem była lubelska Skarpa, dziś trenuje w KW Kotłowni. Choć nieraz miewała chwile słabości i chciała porzucić zawodowy sport. – Do połowy 2017 roku musiałam jeździć na każdy trening z Lublina do Tarnowa. Już mnie to zaczynało męczyć po prostu. Natomiast zaczynając od początku: w 2016 roku bardzo intensywnie przygotowywałam się do mistrzostw świata w Paryżu. Do tego stopnia intensywnie, że nawet na kilka miesięcy przeprowadziłam się do Tarnowa, żeby móc trenować na 15-metrowej ścianie do czasówek – mówiła Sport.pl.

– Niestety, finalnie byłam czwarta. Czułam, że zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby się przygotować, a zostałam bez medalu. Bardzo mocno to na mnie wpłynęło, to właśnie wtedy zaczęłam myśleć, co dalej. Musiałam znaleźć pracę. 

Dziś – jak przyznaje – musi pracować od rana do wieczora, przez pięć dni w tygodniu. Jest wuefistką w szkole, wieczorami udziela prywatnych lekcji wspinaczki. Między jedną pracą a drugą czekają ją jej własne treningi – jeden na siłowni, jeden na ściance. Studiuje też na warszawskiej AWF. 

Palce, które praktycznie się nie goją

Przełomowym momentem były dla niej mistrzostwa świata we wspinaczce na czas w Austrii w 2018 r. Jak sama przyznaje, poświęciła wiele, by osiągnąć tam sukces, stawiając niemal wszystko na jedną kartę. I wygrała złoto. Rok później obroniła tytuł w japońskim Hachiōji. 

– Myślę, że musiałam ponieść pewne porażki, które w mniejszym lub większym stopniu mnie zabolały oraz pokonać pojawiające się na mojej drodze trudności, abym mogła dojść tam, gdzie zawsze chciałam być – wspominała, choć jednocześnie dodawała, że we wspinaczce ból po porażce bywa mniejszy niż ból fizyczny. – Najbardziej bolą palce, które praktycznie się nie goją. Na ostatnich mistrzostwach świata miałam dosłownie dziury w palcach. Wtedy przekonałam się, że jak dużo zależy od nastawienia, od tego, jak bardzo się czegoś chce. 

Osobą, która w trakcie jej startu w Tokio krzyczała "Dawaj, Ola!", najpewniej był jej mąż i jednocześnie trener – Mateusz Mirosław. – On zawsze pchał mnie do przodu i motywował. Wierzył we mnie zwłaszcza wtedy kiedy ja już w siebie nie wierzyłam – wspominała sportsmenka. 

"Plan minimum to finał, maksimum - medal"

W Tokio wspinaczka debiutuje w programie igrzysk. Jest rozgrywana w formie kombinacji. Składają się na nią: czasówka, bouldering (do pokonania są trzy albo cztery problemy wspinaczkowe, na każdym punkty będą za przejście połowy i całości, a zawodnicy będą mieli pięć minut na pokonanie każdego problemu) i prowadzenie (długa droga w górę, wygrywa ten, kto dojdzie najwyżej). 

Mirosław jest specjalistką od czasówki, w pozostałych konkurencjach nie jest tak mocna. Ale chce walczyć. 

Gdy w kwietniu 2020 r. Aleksandra Mirosław była już pewna startu w Tokio, Łukasz Jachimiak ze Sport.pl spytał ją: – Nie spadną na ciebie oczekiwania kibiców? Wyobraź sobie, co pomyślą, jeśli będziesz prowadziła po pierwszej konkurencji. Ludzie nie są ze wspinaczką obyci, będzie im się wydawało, że powinnaś walczyć o złoto.  

Polka odpowiadała, że presji się nie boi: – Oczekiwania, które mam wobec siebie i tak są wyższe niż to, czego mógłby oczekiwać ode mnie ktokolwiek inny. Wiem, po co jadę do Tokio i znam cel. Planem minimum jest finał, planem maksimum medal. 

No to w górę, Ola! 

Więcej o: