Piotr Lisek szczęśliwie uniknął wielkiej wpadki. "Rozwalony psychicznie"

Ma pięć medali mistrzostw świata. Ma rekord życiowy powyżej sześciu metrów. Ma szansę poprawić swój najlepszy wynik na igrzyskach olimpijskich - 4. miejsce z Rio de Janeiro. Tę szansę Piotr Lisek wyszarpał sobie w eliminacjach w stylu mentalnego terminatora. - Głowa wygrała z ciałem - mówi nasz tyczkarz. Finał we wtorek o godz. 11.20 czasu polskiego.
Fot. Morry Gash / AP

5.65 metra pokonał w trzeciej próbie tak, że kiedy wylądował na materacu, poprzeczka jeszcze skakała na stojakach. Uff! To była trzecia próba. Odrobinę mniej szczęścia i Liska nie byłoby w finale!

5.75 metra też przeskoczył dopiero w ostatniej próbie. Też z technicznymi błędami, które pewnie wszystkim oglądającym transmisję nad ranem w Polsce podniosły ciśnienie lepiej niż by to zrobił dzbanek kawy.

Zobacz wideo Największa bolączka wreszcie siatkarzy przełamana! Tylko dwie drużyny były gorsze!

Był rozwalony psychicznie. Ale dał radę

- Wiecie jak to jest, kiedy się skoczy w trzeciej próbie? Jest się rozwalonym psychicznie. I wtedy strasznie trudno skakać następną wysokość - mówi Lisek. - Szalenie trudny był ten konkurs. Wygrała zimna głowa. Nie dałem się presji, którą sam sobie nakładam i którą wy na mnie nakładacie - dodaje.

Presja jest, bo Lisek to jeden z naszych najlepszych lekkoatletów ostatnich lat. Jest aktualnym brązowym medalistą MŚ z Dauhy z 2019 roku. Na stadionie zdobył na MŚ jeszcze srebro w Londynie w 2017 roku i brąz w Pekinie w roku 2015. Do tego dodajmy dwa brązy halowych MŚ - z 2016 i 2018 roku. Dodajmy jeszcze cztery medale mistrzostw Europy - złoto z 2017 roku, srebro zdobyte dwa lata później oraz brązy z 2015 i 2021 roku. I mamy pokaźny wór z metalami szlachetnymi. Brakuje w nim tylko olimpijskiego krążka. - Igrzyska są najtrudniejszymi zawodami na świecie i  w eliminacjach to było widać. Tu się każdy potykał, nawet Mondo - mówi Lisek.

"Znów nie będziecie musieli pić kawy"

Monto to Armand Duplantis, geniusz dyscypliny, rocznik 1999. Szwed na co dzień walczy tylko ze swoim rekordem świata. Śrubuje go coraz bardziej, już go wywindował na 6.18 m, a fachowcy z różnych dziedzin nauki prześcigają się w wyliczeniach jak wysoko jeszcze doleci.

W sobotę rano na Stadionie Olimpijskim w Tokio Mondo zaczął od zrzucenia poprzeczki wiszącej na 5.50 m. Na tej samej wysokości pierwszy skok zepsuł Thiago Braz, mistrz olimpijski z Rio, a strasznie się męczył Renaud Lavillenie, poprzedni dominator i spadkobierca Siergieja Bubki. Francuz pokonał tę początkową zdawałoby się wysokość dopiero w trzeciej próbie!

Z 30 skoczków startujących w eliminacjach tylko dwóch przeszło przez nie bez zrzutki. A z tych, którzy wyeliminować się nie dali i którzy są typowani do olimpijskiego podium, najbardziej zrzucał Lisek. - Lisek oblizywał poprzeczkę. Ale przynajmniej smakowała - śmieje się nasz tyczkarz. Wysokość 5.75 to dla niego dużo poniżej możliwości. 5.65 tym bardziej. Życiówka Polaka wynosi 6.02. I on przekonuje, że jest tu gotowy na bardzo wysokie skakanie.

- W eliminacjach finezja nie była potrzebna. A finał to będzie nowy epizod. Otworzę nowy rozdział i mam nadzieję, że znów dam wam takie emocje, że nie będziecie musieli pić kawy - puszczak oko Lisek.

"Sam sobie nie potrafię wytłumaczyć, a co dopiero innym?"

O medale z Polaków powalczy tylko on. Paweł Wojciechowski i Robert Sobera odpadli, zaliczając odpowiednio 5.30 i 5.65. Dlaczego Wojciechowski, mistrz świata z Daegu z 2011 roku i od tamtego momentu też czołowy tyczkarz globu, wypadł tak słabo?

- Sam sobie nie potrafię tego wytłumaczyć, a co dopiero innym? Wszystkie przygotowania pokazywały, że będzie dobrze. Nie wiem, czy to fatum igrzysk wisi nade mną, czy o coś innego chodzi - mówi. - Muszę wytrwać jeszcze trzy lata i w Paryżu stanąć na wysokości zadania, bo nie chcę tak kończyć swoich startów na igrzyskach - dodaje były mistrz, który na igrzyskach jest trzeci raz i trzeci raz odpada w eliminacjach.

"Noga się posypała"

Sobera też jest podłamany. Nie dokończył kwalifikacji z powodu kontuzji. - Noga się posypała. Dwa i pół tygodnia temu chciałem sobie polepszyć ścięgno achillesa i je pogorszyłem. Wziąłem zastrzyk, zadziałał źle - tłumaczy Sobera.

- W efekcie mimo końskiej dawki leków przeciwbólowych nie dałem rady dokończyć kwalifikacji. Z zaciśniętymi zębami skoczyłem 5.65, ale na 5.75 musiałem odpuścić - żałuje.

Covid zatrzymał mistrza świata. "To niesprawiedliwe"

We wtorkowym finale nie będzie polskich kolegów Liska i nie będzie jego kolegi a zarazem wielkiego rywala Sama Kendricksa. Amerykanin miał pozytywny wynik jednego z testów na covid. Dwukrotny mistrz świata i brązowy medalista igrzysk z Rio nie ma żadnych objawów choroby, ale igrzyska spędza w przymusowej izolacji. - Rozmawialiśmy z Samem. To strasznie trudne igrzyska przez covid. Staramy się zachowywać dystans i nosić maski. Sam też się starał. To niesprawiedliwe, że go zabraknie - żałuje Lisek. - Mam nadzieję, że mi nie wyjdzie pozytywny wynik na finał - dodaje.

A na jaki wynik Polak w tym finale liczy? Czy Duplantis jest niemal pewny złota, a inni powalczą o medale srebrny i brązowy? - Myślę, że Mondo jest poza konkurencją. Jest w piekielnej formie, na każdym skoku widać, że ma duże przewyższenie. Myślę, że my się bijemy o drugie i trzecie miejsce - szczerze ocenia Lisek. "My się bijemy", czyli kto się bije? - Wszyscy - tu już Lisek nie chce wchodzić w analizy.

Więcej o: