Toksyczne zachowanie naszego lidera. Obsesja Hicksa wcześniej nas ratowała

Piotr Wesołowicz
Gdyby Michael Hicks nie miał szalonej obsesji brania odpowiedzialności na własne barki, polskich koszykarzy 3x3 na igrzyskach mogłoby nie być. Gdyby umiał się jej wyzbyć, dziś mogliby wciąż być w grze o olimpijskie złoto. "Money In The Bank" w Tokio był po prostu sobą. A my związaliśmy się z nim na dobre i na złe.

Pięć sekund do końca. Na tablicy wyników 14:15. Piłkę ma Michael Hicks. Żeby Polska mogła wygrać, musi trafić za dwa. Ucieka za linię, oszukuje rywala zwodem, wypuszcza piłkę z rąk. I wpada! Po chwili Mike tonie w uściskach, Polacy płaczą, cieszą się z historycznego medalu.  

Zobacz wideo Przyszłość kadry 3x3 pod znakiem zapytania. "Wyczerpał się pomysł na zespół"

Nie. To nie alternatywne zakończenie igrzysk. Ta historia wydarzyła się naprawdę, w 2019 r. w Amsterdamie. Polacy zdobyli wtedy brązowy medal mistrzostw świata. Na turnieju najjaśniej błyszczał Hicks – został królem strzelców, komentatorzy nazwali go legendą 3x3. 

Z Hicksem działo się coś złego

"Money In The Bank" – mówią na Amerykanina z polskim paszportem, podkreślając jego niezawodność. Powierzyć Hicksowi piłkę, to tak, jak trzymać pieniądze w bankowym sejfie. 

Dwa lata później na tego samego zawodnika spada lawina krytyki. Drużyna, która w Tokio zapowiadała walkę o złoto, wygrywa tylko dwa mecze, przegrywa pięć, nie awansuje nawet do fazy pucharowej. Większość spotkań Polacy przegrywają w zaciętych końcówkach, przez niechlujstwo, nieuwagę, błędy. Najbardziej obrywa się Hicksowi. Znów jest najlepszym strzelcem zespołu, ale to tylko liczby. W rzeczywistości z Hicksem dzieje się coś złego już od pierwszego meczu.  

Po porażce na otwarcie igrzysk z Łotwą (14:21) Amerykanin nie umiał opanować nerwów. Wściekał się przed kamerami na kolegów z zespołu. – Po co w ogóle analizujemy mecze, skoro potem nic z tego nie wychodzi?! – krzyczał, choć starał się uspokoić. Na koniec dorzucił: – Następne mecze wygramy, obiecuję.  

Rzeczywiście – Polacy wygrali z Japonią, ale potem było już tylko gorzej. Także z Hicksem.  

"Money In The Bank" podejmował fatalne decyzje. W meczu z Chinami, po którym mogliśmy być pewni awansu, wygrywaliśmy 19:15. Ale na siłę chcieliśmy skończyć mecz efektownie, rzutem za dwa. Rzuty z dystansu forsował najczęściej Hicks, ale piłka go nie słuchała – wpadła w tym meczu tylko raz na osiem takich prób. Przegraliśmy 19:21.  

W kluczowym (dla porządku: kluczowy w tym turnieju okazał się niemal każdy mecz i punkt) spotkaniu z Belgią to jego błąd zadecydował o porażce. W ostatnich sekundach, przy remisie po 14, oddał rzut za szybko. Belgowie odzyskali piłkę i mieli jeszcze niecałą sekundę, by powalczyć o wygraną bez dodatkowego czasu gry. I trafili kosmiczny rzut.  

Biorąc pod uwagę wszystkie mecze, w końcówkach Hicks rzucał 11 razy. Nie trafił ani razu.  

W ataku szło nam dobrze, gdy Hicks dostosowywał się do gry zespołowej. Podawał, trafiał od razu po podaniu. Wściekłość wywoływały akcje, gdy Hicks miał piłkę w ręce dłużej – kozłował, dryblował, szukał rzutu rozpaczy.  

Ale to nie wszystko. Hicks nie tylko słabo grał, ale i pokazywał toksyczne zachowanie. Machał rękoma, pokrzykiwał na kolegów (co – jak wynikało z ich mowy ciała – przyjmowali z irytacją), jednego z rywali odepchnął łokciem, został ukarany za próbę wymuszenia faulu.  

Kibice wieszali na nim psy, nazywają "podwórkowym graczem", "gwiazdeczką". Skrytykował go nawet trener kadry Piotr Renkiel. W serwisie TVP Sport mówił wprost: – Ciężko gra się całej drużynie, gdy jeden zawodnik na siłę chce zostać liderem. 

Money was stolen from the bank. 

Co się więc zmieniło? Paradoksalnie: niewiele.  

Hicks naprawdę jest legendą koszykówki 3x3 i młodziutkiej reprezentacji Polski, jej symbolem. Turniej w Amsterdamie nie był jego pojedynczym przebłyskiem formy. Zawsze brał odpowiedzialność na własne barki. Gdyby nie jego szalone akcje, nie zdobylibyśmy nie tylko historycznego medalu w Amsterdamie, ale i nie awansowalibyśmy do turnieju w Tokio.  

Mike to DNA naszej reprezentacji

W trakcie niezwykle wymagających kwalifikacji – na igrzyska dostało się ledwie osiem drużyn, nie załapali się choćby mistrzowie świata Amerykanie – to Hicks często prowadził nas za rękę. W decydującym meczu turnieju w Grazu poprowadził drużynę do wygranej 20:18. Zawsze był też emocjonalny – to wtedy widzieliśmy wzruszające obrazki, gdy płakał, dedykując awans na igrzyska nieżyjącej mamie.   

- Jeżeli drużynie idzie, on jest podwójnie nakręcony, wychodzi mu wszystko. Kiedy jednak zaczynają się schody, wtedy Mike jest podwójnie sfrustrowany. To jest styl Mike'a i DNA naszej drużyny. Od lat. Z tą różnicą, że teraz na nasze mecze patrzyły miliony telewidzów - mówi mi Arkadiusz Kobus, trener kadry do lat 17 i asystent Piotra Renkiela w seniorskiej reprezentacji.

Hicks skrajne emocje wzbudzał od zawsze: od uwielbienia (po trafionych rzutach w końcówkach) po irytację (po nietrafionych rzutach w końcówkach). Gdyby nie jego szalona ambicja do brania odpowiedzialności na swoje barki, to na igrzyskach mogłoby nas nie być. Choć gdyby umiał ją powstrzymać, koszykarze być może walczyliby o medal do ostatniego meczu igrzysk. 

Jest w koszykówce takie powiedzenie o rzutach za trzy punkty: "Żyjesz trójkami, umierasz przez trójki" – one czasem wpadają, czasem nie, ciężko opierać całą grę na rzutach z dystansu, bez żadnego planu B. O Hicksie można powiedzieć to samo. Związaliśmy się z nim na dobre i na złe. A w Tokio tego złego było więcej niż dobrego. 

Więcej o: