Trudno ocenić, co w grze Luki Doncicia jest najbardziej niesamowite – trudne trójki trafiane po odskoku w tył? Pozornie ślamazarne, ale świetne technicznie, cierpliwe wejścia pod kosz? Wszechstronność, która pozwala mu odnaleźć się także w akcjach pod obręczą? Intuicja pozwalająca mu być tam, gdzie akurat spadnie piłka? A może błyskotliwe asysty, podania, których nie wymyśliłby nikt inny?
Najprostsza odpowiedź: wszystko razem. Tylko że w grze Słoweńca jest coś jeszcze – właściwa największym gwiazdom umiejętność wyjątkowej gry w świetle najmocniejszych reflektorów.
Poniedziałkowy debiut na igrzyskach 22-letniego, kochanego na całym świecie gracza, zapowiadał się atrakcyjnie - rywalem Słoweńców byli wicemistrzowie świata z Argentyny. Ale to Doncić zagrał tak, jakby świat należał do niego – na początku pierwszej kwarty w ciągu 57 sekund trafił trzy trójki, wyprowadził Słowenię na prowadzenie 12:5.
No i się rozkręcił, charakterystycznie uśmiechnął, zaczął się bawić. Zaczął od wspomnianych trójek, potem czytał obronę rywali i punktował po wejściach pod kosz, a pierwszą połowę kończył grą tyłem do obręczy, dobitkami, rzutami z bliska. Do przerwy zdobył 31 punktów.
31 punktów do przerwy! Powtórzmy z wykrzyknikiem, bo to wyczyn absolutnie wyjątkowy. Nawet jak na Doncicia. Ale on tak już ma – swoim geniuszem pisze historie, które trudno było sobie wyobrazić. Jeśli niedawno do kin trafiła druga część „Kosmicznego Meczu" z LeBronem Jamesem w roli głównej, to dla Doncicia spotkanie z Argentyną też było kontynuacją kosmosu z igrzyskami w nazwie – przecież w decydującym o awansie meczu z Litwą w Kownie zaliczył triple-double: 31 punktów, 11 zbiórek, 13 asyst.
W donciciowym „Kosmicznym Meczu" Słoweńcy do przerwy prowadzili wysoko – 62:42. Argentyńczycy na drugą połowę wyszli nieco bardziej zdeterminowani, liczyli jeszcze na udaną pogoń. Wzmocnili obronę przy Donciciu, starali się ograniczać mu miejsce do rzutu. To się nawet udawało, ale co z tego, skoro Don Luka zaczął popisywać się asystami?
Do przerwy miał tylko jedną, po zmianie stron dodał cztery. I nie były to oczywiście zwykłe podania, Doncić ponownie zaczął się bawić. Nie wszystko się udawało, mocne zagranie piłki za plecami z obwodu pod kosz, podbił jeden z rywali, czego zresztą arbiter nie zauważył. Tym samym, złą decyzją, jakby pobudził Słoweńca do jeszcze lepszej akcji chwilę później. Dwójkową akcję z Mikiem Tobeyem w połowie trzeciej kwarty zakończył podaniem za plecami między dwoma rywalami. Naturalizowany Amerykanin z łatwością zdobył punkty.
Doncić wrócił potem do trafiania do kosza, oczywiście na każdy możliwy sposób. W sumie zdobył 48 punktów – do rekordu igrzysk, 55 punktów Brazylijczyka Oscara Schmidta z 1988 roku z Seulu, zabrakło niewiele. Doncić miał 18/29 z gry (6/14 za trzy) oraz 6/7 z wolnych. Do tego dodał 11 zbiórek oraz pięć asyst.
A Słowenia z łatwością pokonała silną, doświadczoną Argentynę – było aż 118:100. Dzięki wygranej zgłosiła mocny akces do ćwierćfinału w najtrudniejszej grupie na igrzyskach – grają w niej także mistrzowie świata Hiszpanie oraz gospodarze z Japonii.
I znów reflektory będą mocne, Doncić zapewne będzie błyszczał. Bądźmy gotowi na wszystko.