Mistrz olimpijski został wrobiony? Z podejrzeń oczyścił go sąd. Sprawa rodem z "Archiwum X"

Raz do dopingu się przyznał, drugi raz zarzekał, że niczego złego nie zrobił. Uwierzył mu w to po latach tylko włoski sąd, który stwierdził, że "mogło dojść do zmanipulowania próbki moczu". Przy sprawie rodem z "Archiwum X" oberwała WADA i IAAF, a w tle ośmioletniej dyskwalifikacji chodziarza Aleksa Schwazera są też rosyjscy hakerzy.

Na rozstrzygnięcie tej sprawy Włoch Alex Schwazer czekał od 2016 roku, gdy znów tuż przed kolejnymi igrzyskami olimpijskimi w świat poszedł komunikat "dopingowicz". Wtedy dodano jeszcze "recydywista". Pierwszy raz za stosowanie EPO zawieszono go bowiem w 2012 roku, tuż przed igrzyskami w Londynie. Wtedy chodziarz uderzył się w pierś. Powiedział: przepraszam, zbłądziłem. Wyrok dyskwalifikacji przyjął i po trzech i pół roku zawieszenia wrócił do spotu.

Tyle że to, co wokół niego działo się w 2016, było już dużo bardziej skomplikowane. Właściwie do tej pory wygląda jak sportowe "Archiwum X". Schwazer najpierw nasłuchał się krytycznych opinii środowiska zdegustowanego jego powrotem. Gianmarco Tamberi, halowy mistrz świata w skoku wzwyż, określił go "włoskim wstydem". Jednak chodziarz robił swoje. Trenował i przechodził kontrole antydopingowe. Do badania przeprowadzonego 1 stycznia 2016 długo nikt nie miał zastrzeżeń. Pojawiły się dopiero wtedy, kiedy Schwazer zakwalifikował się do Rio.

Aneta Konieczna w jedynce na torze Eton"Na igrzyskach w Londynie bardziej niż rak bolała mnie zdrada" - Aneta Konieczna [nieDawny Mistrz]

Nagle okazało się, że ponownie przetestowana styczniowa próbka zawodnika dała wynik pozytywny. Odkryto w niej sterydy anaboliczne. Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) wydała wyrok: osiem lat zawieszenia. Tyle że tym razem Schwazer krzyczał: "jestem niewinny". Zamiast na trasę 20-kilometrowego chodu w Rio lekkoatleta przystąpił do batalii w gabinetach.

Zobacz wideo

Sprawa trwała pięć lat, jej stawką nie były medale, a głównie dobre imię zawodnika. Wyrok w skierowanej przeciw niemu sprawie karnej opublikowany właśnie na 87 stronach przez sąd w Bolzano tylko pozornie historię zamknął. Bardziej dolał oliwy do ognia i zaskoczył dużą część środowiska. Sędzia orzekł, że w 2016 roku lekkoatleta "nie popełnił zarzucanego przestępstwa". Dodał, że istnieje prawdopodobieństwo, iż ktoś celowo "zmanipulował próbkę moczu zawodnika". "La Repubblica" już kiedyś pisała, że sprawa może mieć charakter spisku przeciw chodziarzowi i jego trenerowi Sandro Donatiemu, ostremu przeciwnikowi dopingu, który nieraz starał się ze sportowymi oszustami rozprawiać. Jeszcze ciekawsze jest to, że sąd miał też zastrzeżenia do zachowania i działań WADA i IAAF (niegdyś Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych, dziś World Athletics). WADA tym rozstrzygnięciem i zarzutami do niej kierowanymi jest zbulwersowana. Zapowiedziała kroki prawne.

"Szereg naruszeń"

Mistrz olimpijski na 50 km z Pekinu nie był sportowym świętoszkiem. Schwazer po złotym medalu z 2008 roku uchodził za jednego z faworytów do podium w Londynie. Tyle że komisja antydopingowa miała z nim swoje przejścia. Raz, gdy kontrolerzy zapukali do jego drzwi, ówczesna dziewczyna zawodnika, łyżwiarka figurowa Carolina Kostner, powiedziała, że chłopaka nie ma. Potem przyznała prokuraturze, że kłamała, by ten uniknął problemów. Wyjaśniła, że jej chłopak spał wtedy w specjalnej komorze hiperbarycznej. WADA takich metod nie zabrania, ale informacją nie byli zachwyceni włoscy śledczy. Wysokościowych komór, pobudzających organizm do wytwarzania czerwonych krwinek, zabrania bowiem włoskie prawo. W toku śledztwa okazało się też, że Schwazer trzymał EPO w lodówce Kostner, o czym ta nie wiedziała - to jej wersja zdarzeń, mało przekonująca dla sportowych władz. Kostner za krycie narzeczonego została zawieszona na 16 miesięcy. Dla jej chłopaka, którego kontrolerzy WADA w końcu i tak przebadali, ślady EPO w organizmie oznaczały dyskwalifikacje. - Chciałem być silniejszy na tych zawodach, popełniłem błąd - przyznał i ogłosił, że kończy karierę. Po upływie dyskwalifikacji do sportu jednak wrócił i szło mu nieźle, bo uzyskał kwalifikację olimpijską. Drzwi do Rio zatrzasnął mu zbyt wysoki poziom testosteronu, odkryty przy drugim badaniu pobranej w styczniu 2016 roku próbki.

Rosja wygrała drugą edycję Pucharu ATPWerdykt ws. Rosji prawie nie działa. Grają, wygrywają, a Niemcy pytają: "dlaczego?"

Sprawa tej próbki jest jednak niejasna, przynajmniej dla Schwazera i włoskiego wymiaru sprawiedliwości. WADA, IAAF, czy sportowy trybunał arbitrażowy, do którego zawodnik odwoływał się, ponieważ dostał osiem lat dyskwalifikacji, uznali go za winnego. Ogłosili, że pobrany materiał wykazał niedozwoloną substancję. Włoski sędzia prowadzący sprawę karną (Walter Pelino) spojrzał na nią inaczej. Przytoczył ekspertyzy swoich biegłych sugerujące, że "stężenie pewnych substancji w moczu nie odpowiada fizjologii człowieka". Zasugerował, że mogło dojść do ingerencji w materiał, tak by próbka stała się pozytywna.

"Hipoteza manipulacji nie tylko pozwala nam wyjaśnić, w jaki sposób i dlaczego doszło do nietypowych wyników badań chemicznych, lecz także stanowi obecnie jedyne przekonujące wyjaśnienie tej sprawy" - orzekł sędzia, który już cztery lata temu wniósł o przebadanie próbki pod kątem DNA oraz o przeprowadzenie analizy chemicznej przez międzynarodowych ekspertów "w celu ustalenia, czy substancje znalezione w moczu można było do niego dodać później".

Anders BessebergSeks, kłamstwa i strzelanie. Jedli rosyjskim działaczom z ręki i tuszowali doping

Zwrócił też uwagę na dokumenty od rosyjskich hakerów "Fancy Bear". Ci rzekomo wykradli IAAF 23 maile wymieniane między kierownikiem kontroli antydopingowej IAAF Thomasem Capdeviellem a prawnikiem Rossem Wenzelem. Dotyczyły one strategii obronnej przeciwko sądowi w Bolzano, który wszczął procedurę zajęcia próbek chodziarza przechowywanych w laboratorium w Kolonii w celu analizy DNA. Te maile wyrażały "wątpliwości, sprzeczności i obawy" z tym związane. Sędzia zwrócił też uwagę na problemy z samym uzyskaniem dostępu do próbek. Pelino miał zaangażować nawet niemieckie Ministerstwo Sprawiedliwości, by te wpłynęło na laboratorium w Kolonii, które zwlekało z wysyłką materiału do Włoch. Trwało to niemal dwa lata. Sędzia nakreślił też pejoratywny obraz IAAF i WADY, które nie tolerują kontroli zewnętrznych, robią wiele, by im zapobiec, a nawet wydają fałszywe oświadczenia. Jego zdaniem "istnieją dowody na to, że dokonano szeregu naruszeń w celu zapobiegnięcia stwierdzenia manipulacji próbki".

"Sędzia odrzucił dowody na rzecz bezpodstawnych teorii"

WADA na treść orzeczenia robi wielkie oczy. Jest "zbulwersowana licznymi lekkomyślnymi i bezpodstawnymi zarzutami wysuwanymi przez sędziego przeciwko organizacji i innym stronom w tej sprawie" - czytamy w jej oświadczeniu.

"WADA przedstawiła przytłaczające dowody, które zostały potwierdzone przez niezależnych ekspertów. Sędzia odrzucił je na rzecz bezpodstawnych teorii" - dodają przedstawiciele antydopingowej agencji. Zapewniają, że podtrzymują wszystkie sformułowane przez siebie ustalenia w tej sprawie. Po przeanalizowaniu pełnego wyroku WADA ma "rozważyć wszystkie dostępne opcje, w tym czynności prawne, jakie może wszcząć".

Siergiej SzubienkowPisał listy do Putina, żeby ratował rosyjską lekkoatletykę. Teraz sam ją pogrąży?

- Na Aleksie popełniono już sportowe morderstwo. Po tym, co zrobił w 2012 roku, wielu osądziło go od razu też w 2016 - mówi trener chodziarza, cytowany przez gazetę "La Repubblica". - Nie wierzyli mu, ale wątpili też we mnie. Uważali mnie w najlepszym przypadku za naiwnego. Podjąłem jednak wszelkie środki ostrożności, wiedziałem, co robię i szybko zorientowałem się, że to zasadzka. Też przecież w jakiś sposób zostałem wrobiony w tę historię: jako ten głupiec lub wspólnik dopingującego się zawodnika. Nie jestem ani jednym, ani drugim - mówił Sandro Donati. To trener, który od lat walczy z dopingiem, a w wielu sprawach ma status sygnalisty. Niegdyś pomagał nawet dziennikarzowi "Sunday Timesa", gdy ten prześwietlał powiązania Lance'a Armstronga ze słynnym "dopingowym doktorem" Michelem Ferrarim. W 2015 roku Donati zgodził się trenować żałującego za swe dawne czyny Schwazera. Jedna z teorii włoskiego sądu i oskarżonej o doping strony głosi, że w sprawie chodziło nie tylko o zdyskredytowanie samego zawodnika, ale właśnie jego trenera. To Donati pierwszy skomentował wyrok sądu w Bolzano i podziękował za walkę o dojście do prawdy. Potem głos zabrał sam Schwazer.

- To mój największy triumf. Jak złoto z Pekinu. Tam wiedziałem wprawdzie, co mnie czeka, dużo ćwiczyłem, a na trasie zawodów czułem się jak ryba w wodzie. Teraz to było jak przejście przez pustynię, ale razem z moimi aniołami, Sandro Donatim i prawnikami - opisywał sprawę Schwazer. - Wszyscy myśleli, że walczyłem, bo chciałem wrócić do sportu. To było tylko małą częścią motywacji. Przede wszystkim chciałem dowieść swojej niewinności. Spędzenie reszty życia w takiej niesprawiedliwej niesławie byłoby dla mnie nie do zniesienia - mówił cytowany przez "La Gazzetta dello Sport". Czy 35-latek myśli teraz odwołaniu się od swej sportowej dyskwalifikacji, która kończy się w 2024 i chciałby bić się o igrzyskach w Tokio? - Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie. Przecież nadal trenuję, choć czasu do tej imprezy jest mało. Szybko jednak dodał. - Pomyślę o tym jutro. Teraz mam przyjęcie rodzinne i częstuję się kawałkiem ciasta. Przez lata traciłem dużo energii.