Tajemnica zielonego plecaka. Uratował setki osób, ale szybko zaczął się koszmar

27 lipca 1996 roku na igrzyskach olimpijskich w Atlancie wybuchła bomba. Szybko okazało się, że zamach był tragiczny nie tylko dla ofiar i rannych, ale też dla ochroniarza Richarda Jewella, który wszystkich chciał przed niebezpieczeństwem uchronić. Siebie od koszmaru nie ocalił, ale jego życia w traumę nie zmienił ładunek z gwoździami i metalem, a media i FBI.

Względny spokój na igrzyskach trwał 24 lata. Tyle minęło od masakry w Monachium w 1972, kiedy to w wyniku zamachu palestyńskiej organizacji Czarny Wrzesień zamordowano 11 izraelskich sportowców. Te 24 lata miały oczywiście swoje ciemne i smutne karty, wliczając polityczne bojkoty igrzysk (w Moskwie i Los Angeles) czy dopingową ciuciubabkę (zniknięcie dokumentacji medycznej w Los Angeles), ale nie były krwawe. Niezmącone aktami terroru święto sportu trwało aż do nocy 27 lipca 1996 roku. Wtedy to na jednym z posterunków policji w Atlancie odebrano niepokojący telefon: "W parku olimpijskim jest bomba. Macie 30 minut" - zakomunikował krótko męski głos.

Zobacz wideo Kurek: Złoto na igrzyskach? Jesteśmy w stanie to zrobić

Pół godziny później doszło do eksplozji. To cud, że w wyniku detonacji materiału wybuchowego, do którego zamachowiec dołączył gwoździe i kawałki metalu, zginęła tylko jedna osoba - amerykańska turystka. Policja miała trochę szczęścia, bo na pozostawiony plecak uwagę zwrócił jeden z ochroniarzy, niejaki Richard Jewell. Kibiców i przypadkowych ludzi szybko zaczęto zatem z podejrzanej strefy ewakuować. Siła wybuchu była jednak duża. Rannych i tak zostało 111 osób. Ofiarami wydarzeń w parku olimpijskim nie była jednak tylko amerykańska turystka. Pośrednio zamach wpłynął na życie tureckiego operatora kamery, który biegnąc na miejsce zdarzenia, miał atak serca oraz na bohaterskiego ochroniarza, który pierwszy zwrócił uwagę na pozostawiony bagaż. Po trzech dniach, przez które był bohaterem Ameryki, stał się głównym podejrzanym w sprawie, a jego życie zmieniło się w koszmar. Z jednej strony trwała walka o medale igrzysk (zawodów podobnie jak w 1972 roku nie przerwano), z drugiej prowadzono jedno z najdziwniejszych i najmniej chlubnych śledztw w końcówce XX wieku. W sprawie mąciły też media.

Eksplozje i czas igrzysk

Sportowo? Atlanta do dziś kojarzy się Polakom z jednymi z najlepszych igrzysk. Choć podczas ceremonii otwarcia na płycie głównego stadionu zasłabł szef polskiej misji olimpijskiej (potem zmarł w szpitalu), to biało-czerwoni walczyli tak, jakby Eugeniuszowi Pietrasikowi chcieli swoją postawą oddać hołd. Po złocie i brązie Renaty Mauer w strzelectwie (drugi na podium był też Mirosław Rzepkowski) świat zachwycili nasi zapaśnicy. Na matach zwyciężali: Włodzimierz Zawadzki, Ryszard Wolny, Andrzej Wroński. Srebro zgarnął też Jacek Fafiński, a brąz Józef Tracz. W judo swoją klasę potwierdził Paweł Nastula (złoto) i Aneta Szczepańska (srebro). Drudzy na podium byli też biało-czerwoni floreciści. 21 lipca Polska przez chwile prowadziła nawet w klasyfikacji medalowej, 27 lipca miała na koncie 11 krążków i była blisko podium. Ostatecznie igrzyska ukończyła na 11. miejscu z 17 medalami.

W feralną noc, kiedy doszło do wybuchu bomby, nikogo z polskich sportowców i kibiców w pobliżu sceny w parku olimpijskim nie było. To tam doszło do detonacji. Nie było tam też wielu sportowców z innych krajów, może dlatego, że po godzinie pierwszej w nocy ostatni z nich wracali z zawodów do olimpijskiej wioski, inni już w niej odpoczywali, a kolejni o zamachu dowiedzieli się rano, gdy włączyli telewizję lub zapytali dlaczego flagi olimpijskie są opuszczane do połowy. Pod sceną byli głównie kibice, turyści i miłośnicy zespołu Jack Mack and the Heart Attack, który szykował się do koncertu. Było tam też sporo ochroniarzy.

Jednym z nich był Richard Jewell, nie tylko dlatego, że lubił amerykańską kapelę, ale przede wszystkim lubił swoją pracę. Kilka miesięcy wcześniej Jewell aplikował o posadę ochroniarza podczas igrzysk. Impreza w Atlancie miały być zapamiętana, jako jedna z lepiej zabezpieczonych. Amerykanie na jej ochronę wydali 303 mln dolarów, zatrudnili trzy razy więcej służb porządkowych niż było sportowców w wiosce olimpijskiej i wprowadzili elektroniczne akredytacje. O zamachu z parku olimpijskiego też powstał film w 2019 roku. Reżyser Clint Eastwood zatytułował go "Richard Jewell".

Od bohatera do podejrzanego

Jewell był typem wiecznego stróża. Zawsze chodził w czapce z daszkiem, interesował się bronią i chciał być policjantem. Pracował jako strażnik więzienny. Potem został nawet zastępcą szeryfa hrabstwa Habersham w stanie Georgia, gdzie przeszedł szkolenie w zakresie obchodzenia się z materiałami wybuchowymi, ale zrezygnował z tej pracy z powodu sporu z przełożonymi. Pracował też jako stróż w jednej z amerykańskich szkół, gdzie było na niego sporo skarg. Głównie obrywał za nadgorliwość. Dość często zwracał uwagę hałasującej czy pijącej alkohol młodzieży i nieustannie informował o jej wybrykach dyrekcje placówki. Jewell w 1996 roku cieszył się nie tyle z rozgrywanych w Atlancie sportowych zawodów, ile z tego, że będzie mógł pomagać w zachowaniu na nich porządku. Feralnej nocy 27 lipca 1996 roku funkcjonował tak, jak zwykle. Zwracał uwagę tym, którzy zachowywali się niekulturalnie, skontaktował się nawet z jednym z agentów FBI, by wspólnie skarcić grupę niesfornej młodzieży. 

W pewnym momencie uwagę przykuł pozostawiony pod jedną z ławek znajdujących się przy wieży zielony plecak. Tą sprawą zajął się już wraz z przybyłym na miejsce kolegą z FBI Tomem Davisem. Dość szybko okazało się, że bagaż nie należał do nikogo z pobliskich osób. Obaj zaczęli więc przepędzać stamtąd ludzi i zgłosili sprawę przełożonym. Jak szacowano w "The New York Times" mogło to ocalić od 75 do 100 osób, bo mniej więcej tyle permanentnie znajdowało się wówczas w sąsiedztwie bomby.

- Jedyne, czego żałuję to, że nie mogliśmy wyciągnąć z tego obszaru więcej osób - opisywał następnego dnia w rozmowie z CNN. Podczas ewakuacji ładunek eksplodował. Jego siła była potężna. Ławka, pod którą znajdował się plecak, wyleciała w powietrze. W każdą stronę buchnęła gorąca fala powietrza oraz poleciały kawałki gwoździ i skrawki metalu. To dlatego rannych było tak wiele osób.

Jewell następnych kilka dni spędził jeżdżąc od telewizji do telewizji. Udzielał wywiadów, tłumaczył wydarzenia, wysyłał wyrazy wsparcia dla tych, którzy w wyniku eksplozji ucierpieli. Zostając na miejscu, sam też narażał swoje życie, szczęśliwie nic mu się nie stało. Przynajmniej jeśli chodzi o ciało. Bohaterem Ameryki był dokładnie przez trzy dni. Potem dla niektórych zamienił się w jej wroga, stał się więźniem swojego mieszkania i toczył bitwy z destrukcyjnymi myślami.

Medialny koszmar i śledztwo FBI

Widząc występującego w mediach Jewella, do FBI szybko zadzwonił dyrektor uczelni, w której korpulentny ochroniarz kiedyś pracował. Tej samej placówki, w której dał się poznać - jak to wówczas ujmowano - jako nadgorliwiec i niezrealizowany policjant. Dyrektor podzielił się ze śledczymi swoimi przemyśleniami, wspomniał o marzeniach Jewella, który chciał być zawsze policjantem i pragnął uwagi.

Śledczy dostali jeszcze kilka sygnałów od osób, które go znały. Małe kamyczki w śledztwie wrzucane do ogródka Jewella nie mogły mieć rażącej mocy, ale rozbudzały wyobraźnię. Znajomi Jewella przyznali, że ochroniarz miał kiedyś zielony plecak, wiadomo było, że przez przebyte szkolenia umiał obchodzić się z materiałami wybuchowymi, ktoś z jego otoczenia wprost oznajmi, że ochroniarz chwalił się kiedyś, iż wie, jak działają bomby rurowe. Inny dorzucił, że niedawno Jewell powiedział mu, że "będzie o nim głośno". Służby zastanawiały się też, dlaczego tak bardzo chciał pracować przy scenie i często znikał w toalecie.

FBI w kręgu podejrzanych miało wiele osób, wiele osób musiało też sprawdzić, ale w wyniku artykułu w "The Atlanta Journal", w którym to Jewella opisano jako głównego podejrzanego, medialna machina ruszyła. Inne media podchwyciły informacje i uwaga Ameryki skupiła się na 33-letnim ochroniarzu. W telewizjach i gazetach porównywano go do amerykańskich zamachowców. Reporterka śledcza, która pierwsza skierowała na niego podejrzenia, w filmie Eastwooda miała dojście do niektórych informacji dzięki romantycznej znajomości z agentem FBI. To rzekomo po tych spotkaniach naszkicowała sylwetkę Jewella jako tą, odpowiadającą profilowi zamachowcy. Po ukazaniu się filmu wydawnictwo "The Atlanta Journal" wystosowało protest do reżysera obrazu i Warner Bros, w którym domagano się publicznego orzeczenia, że ten wątek scenariusza jest fantazją.

"Założenie, że ambitna dziennikarka musi sypiać ze swoimi źródłami, nie różni się tak bardzo od założenia, że grubas mieszkający z matką musiał podłożyć bombę" - ironicznie komentował sprawę "New York Times", który w 1996 roku był ostatni w ferowaniu wyroków.

Czy reżyser w filmie przesadził? Na pewno opisał, że to nie był chlubny czas amerykańskich mediów. Szaleństwo komentarzy i opinii w sprawie zamachu w parku olimpijskim, tysiące dolarów wydawane dziennie przez ABC, CBS, CNN i NBC na studia lokalizowane w apartamentach naprzeciw mieszkania Jewella, chęć zajrzenia do jego pokoju i ciągłe podejrzenia były dla niego koszmarem.

Na śledczych też nakładano presje. Prezydent Stanów Zjednoczonych Bill Clinton, obiecał "nie szczędzić wydatków, by znaleźć i ukarać sprawców zamachu. Sportowa impreza trwała przecież dalej. MKOl prosił, by smutnych wydarzeń nie łączyć ze sportem, odrzucał analogię do tragedii z Monachium. Burmistrz Atlanty wsparł ten przekaz słowami, że "incydent mógł mieć przecież miejsce w dowolnym miejscu w dowolnym czasie". Z jednej strony uspakajajano świat sportu i kibiców, z drugiej sięgano po wykrywacze metali i zaostrzono kontrolę dla osób wchodzących na olimpijskie imprezy.

"Chciałem być tylko osobą, która dobrze wykonuje swoją pracę"

W śledztwie Jewella FBI posuwało się do technik wykraczających poza regulaminy. Manipulowano nim, oszukiwano, dawano do podpisu dokumenty, których podpisać nie powinien. Dobrze, że szybko nabrał podejrzeń do władz i był czujny, ale wszystkiego miał już dość. Szczególnie kiedy po piątym czy szóstym, a może siódmym przesłuchaniu, kilkudziesięciu agentów przekopywało jego mieszkanie, a on musiał kolejny raz tłumaczyć matce, z którą mieszkał, że nic złego nie zrobił. Nie mógł normalnie wyjść do sklepu, nie mógł normalnie pracować i funkcjonować.

Jewellowi bardzo pomógł wówczas prawnik Watson Bryant, który od strony formalnej porządkował jego sprawę i był dobrej myśli. Zbierając materiały na Jewella, FBI miało niewiele, głównie poszlaki. Od początku śledczy zastanawiali się zresztą, jak ochroniarz miałby zdążyć wyjść z parku olimpijskiego zadzwonić na policję z budki telefonicznej i wrócić na miejsce zamachu, ale do tego dało się dorobić teorię - pewnie pomógł mu jakiś partner, a on jest homoseksualistą. Nie było jednak dowodów, że Jewell z kimś współpracował. Tyle, ze sprawa wyglądała tak jakby bardziej szukano luki w jego zeznaniach, niż konstruktywnie łączono fakty. Po 88 dniach FBI skapitulowało. Departament Sprawiedliwości przyznał, że Richard Jewell nie był mężczyzną, którego szukali i że nie miał nic wspólnego z zamachem.

- Media i FBI niemal zniszczyły życie moje i mojej matki. Dzięki mamo, że cały czas ze mną byłaś i we mnie wierzyłaś - mówił w zorganizowanej przez siebie konferencji prasowej, na której jego matka płakała, a jemu łamał się głos. - Tej nocy 27 lipca nie chciałem być bohaterem. Chciałem być tylko osobą, która dobrze wykonuje swoją pracę - dodał. - Stałem się mężczyzną, który przez każdą minutę, przez 88 dni musiał żyć z niepewnością czy nie zostanie aresztowany za okrutną zbrodnię, której nie popełnił. To było 88 dni koszmaru - dodał patrząc na milczących tego dnia dziennikarzy.

Milczeli przez chwilę. Zainteresowanie nim nie skończyło się z dnia na dzień. Jewell pracę znalazł półtora roku po swej przemowie. Wreszcie mógł realizować się jako policjant w Luthersville, małym mieści 40 mil od Atlanty. Domagał się też sprawiedliwości od mediów, wytoczył kilka procesów, niektóre z nich zakończyły się ugodą, inne oddaleniem jego roszczeń.

By ustalić prawdziwego zamachowca, amerykańskie służby potrzebowały kilkunastu miesięcy. By go złapać - dziewięciu lat. Terrorystą okazał się Eric Rudolph, który był powiązany także z innymi zamachami; m.in. w gejowskim klubie nocnym, czy klinice aborcyjnej. Miejscem dwóch z tych trzech zamachów była Atlanta, więc fakty połączyć było ławiej. Za schwytanie Rudolpha wyznaczano milion dolarów nagrody. Przestępca został złapany w Północnej Karolinie. Pomógł przypadek i fakt, że Rudolph grzebał w środku nocy w koszu na śmieci znajdującym się przy supermarkecie. Zainteresował się nim początkujący policjant, może trochę nadgorliwie, ale podjął wówczas czynności wyjaśniające. W 2005 roku Rudolph przyznał się do zamachów bombowych.

W zeznaniach opisał jak 27 lipca 1996 roku podłożył ładunek w parku olimpijskim, ustawił bombę na niemal godzinę i poszedł do budki. Ponieważ droga zajęła mu więcej, niż się spodziewał, policję o zagrożeniu poinformował dość późno. Twierdził, że nie chciał nikogo zabić, bardziej wywołać "niepokój i niestabilność, opróżnić place wokół aren, zmniejszyć zyski ze święta globalnego socjalizmu, zawstydzić rząd Waszyngtonu za jego odrażające sankcjonowanie aborcji na żądanie".

Końca procesu Rudolpha - który po współpracy ze śledczymi dostał poczwórne dożywocie, a nie karę śmierci - Jewell nie dożył. Ochroniarz, policjant i "bohater Atlanty", jak w nekrologu określił go "New York Times", zmarł z powodu powikłań związanych z cukrzycą.

Przewodniczący MKOl-u Juan Antonio Samaranch, zamykając igrzyska w Atlancie, zmienił swój zwyczaj. Tym razem nie użył popularnej formułki: "to były najlepsze igrzyska w historii”.

Przeczytaj także: