Igrzyska olimpijskie Rio 2016. Doping w Kenii: Uprzejmie donoszę. Za 10 tysięcy funtów

Jeśli po dyskwalifikacji lekkoatletów Rosji pytaliście: "A co z Kenią?, to - źle z Kenią. Jeden z najważniejszych działaczy został przyłapany na żądaniu łapówek za uprzedzanie lekkoatletów o zbliżających się kontrolach antydopingowych. Jak surowe będą teraz IAAF i MKOl?

Major Michael Rotich, menedżer lekkoatletycznej reprezentacji Kenii, miał być w Rio jednym z najważniejszych członków kenijskiej delegacji, ale gdzieś się nagle zawieruszył. Miał być na ceremonii otwarcia igrzysk, ale tam też się nie pojawił. Okazało się w sobotę, że zamiast na ceremonię, ruszył w podróż powrotną do Kenii, odesłany tam karnie, po tym jak niemiecka telewizja ARD i angielski "Sunday Times" przyłapali go podczas dziennikarskiej prowokacji. Rotich opowiadał do ukrytej kamery o tym, jak wiele może. Na przykład: przez trzy miesiące ostrzegać grupę sportowców przed wyrywkowymi testami antydopingowymi. W zamian za łapówkę. - Powiedzmy, że dziesięć tysięcy - mówił Rotich.

Do Kenii wrócił już jako podejrzany. - Zareagowaliśmy od razu i wycofaliśmy go z ekipy żeby zbadać, jaką rolę pełnił - ogłosił kenijski związek lekkoatletyczny. To na razie dochodzenie dyscyplinarne. Ale niewykluczone, że Rotichowi może grozić nawet proces, bo w Kenii od niedawna doping jest ścigany karnie. I od razu po wprowadzeniu tych przepisów zaczęły się policyjne naloty na obozy treningowe prowadzone przez najbardziej wpływowych menedżerów. Niektóre naloty skończyły się znalezieniem EPO i postawieniem zarzutów. Kilka tygodni przed igrzyskami został zatrzymany i usłyszał sześć dopingowych zarzutów Federico Rosa, jeden z najsłynniejszych menedżerów działających w Kenii. W stajni Rosy są m.in. Rita Jeptoo, złapana już na dopingu trzykrotna zwyciężczyni maratonu w Bostonie, ale też Asbel Kiprop, mistrz świata na 1500 m, który zawsze wypowiadał się ostro na temat niedozwolonego wspomagania.

Tacy lekkoatletyczni biznesmeni jak Rosa, opiekujący się grupą biegaczy zarabiających krocie w wyścigach ulicznych, i zdobywających medale na bieżni, są bardzo aktywni w Kenii i Etiopii. Zwłaszcza menedżerowie z Włoch, ale również Holendrzy. To ojciec Federico, Gabriele Rosa, kardiolog i specjalista od medycyny sportowej, wprowadził do Kenii w latach 90 profesjonalne treningi maratońskie. Gdy zaczynał tam pracę, w pierwszej setce rankingu było tylko trzech maratończyków z Kenii. W 2015 było ich już 142 w czołowej dwusetce.

Zmianą prawa, nalotami na obozy treningowe i próbą budowy sprawnego systemu walki z dopingiem Kenia uratowała swoich sportowców przed wykluczeniem z międzynarodowych startów. Bo IAAF i WADA miały już dość kenijskiej opieszałości we wprowadzaniu antydopingowych standardów. Nie wyśrubowanych standardów - jakichkolwiek standardów.

Kenijczycy, kiedyś biegacze jakich wiele, przez ostatnie dziesięciolecia rośli, rośli, rośli, aż w ostatnich mistrzostwach świata wyrośli na największą potęgę lekkiej atletyki. Wygrali klasyfikację medalową MŚ w Pekinie, zdobywając 16 medali, w tym siedem złotych. Przez lata byliśmy karmieni opowieściami o tym, że kenijskie sukcesy biorą się z genów, wychowania na wysokości i determinacji, by przez biegi średniodystansowe i długie odmienić swój los. To na pewno jest w jakiejś części prawda. Bieganie to w Kenii i biznes i rzecz święta. Przyzwyczajenie do biegania na dużej wysokości daje Kenijczykom bardzo dużo. Najlepsi są wybierani z rzeszy chętnych. Maratończycy są lokalnymi bogaczami, którzy dają innym przykład kariery. Ale też Kenia była przez te wszystkie lata krajem dopingowej wolnoamerykanki. Nie miała własnej komisji antydopingowej, a naloty kontrolerów z zagranicy ograniczały się tylko do prób pobrania moczu. Krwi nie było sensu pobierać: czas jej transportu do najbliższego laboratorium przekraczał limity wyznaczone przepisami, nawet gdyby sportowców przyłapano na dopingu, wybroniliby się przed sądem, wskazując na złamanie procedur. Pobieranie moczu też często kończyło się tylko na próbach odnalezienia wybranego zawodnika. Podobnie zapuszczona antydopingowo była Jamajka, kolejny lekkoatletyczny cud naszych czasów (druga za Kenią w klasyfikacji medalowej MŚ 2015, przed Stanami Zjednoczonymi), ale ona wcześniej wzięła się za porządki. A Kenia dopiero w przeddzień igrzysk w Rio została przez WADA wykreślona z czarnej listy krajów, które nie spełniają wymogów kodeksu antydopingowego.

Teraz, gdy w Kenii coraz głośniej o brzydkim tle wielu sukcesów, ludziom rozwiązały się języki. Pojawiają się opowieści o biegaczach, którzy mieli w domach tajne przejścia, by się schronić gdy przyjechał kontroler, o tych którzy do testów wystawiali kuzyna itd. A jak pokazuje sprawa Roticha, wielu dość czasu na przygotowanie się do testów, bo byli o nich uprzedzani. Rotich chwalił się do ukrytej kamery, że dowiaduje się o nalocie kontrolerów dwanaście godzin wcześniej. W tej sytuacji system kontrolowania Kenijczyków poza zawodami, podstawa walki z dopingiem - na zawody przyjeżdżają skażeni dopingiem tylko najgłupsi, najbezczelniejsi, albo ci którzy wiedzą że FSB podmieni ich mocz na czysty przez dziurę w ścianie - był fikcją.

Pytanie tylko, czy teraz Kenia powinna być ukarana tak samo surowo jak Rosjanie. Z jednej strony, nie ma żadnych wątpliwości, że jest tam i doping i dopingowa korupcja. Z drugiej - nie ma informacji, żeby tak jak w Rosji, stało za tym państwo i żeby system był aż tak rozległy. Upraszczając: w Rosji był doping państwowy i z centralnego rozdzielnika, a w Kenii doping prywatny i rozproszony. Do niedzieli wieczorem nie było oficjalnego komunikatu o tym jak IAAF i MKOl zamierzają zareagować.

A związek lekkoatletyczny Kenii zareagował oficjalnie nie tylko informując o odesłaniu Roticha do kraju. Athletics Kenya napisał też ze swojego oficjalnego konta na Twitterze do dziennikarzy "ARD" i "Sunday Timesa", sugerując że są nieudacznikami, których napędza zazdrość o kenijskie sukcesy. I przypominając igrzyska w Montrealu 1976, które wiele krajów Afryki zbojkotowało. Potem związek wpis usunął.

Sprawdź klasyfikację medalową

Zobacz wideo
Więcej o: