Igrzyska olimpijskie 2016. Rio na rolkach

Rzuciliśmy wyzwanie systemowi. Systemowi transportu olimpijskiego. Na rolkach. To działa, tak jak się spodziewaliśmy. Ale nie spodziewaliśmy się, że wywoła takie zainteresowanie.

Kto nie poznał transportu olimpijskiego, ten nie był ni razu człowiekiem.

Czy to igrzyska letnie, czy zimowe - jeśli coś może pójść nie tak, na pewno pójdzie. Zwłaszcza w pierwszych dniach, gdy kierowcy i wolontariusze wszystkiego się uczą. Zdarzały nam się już na igrzyskach podróże autobusami uprowadzonymi przez kierowcę, który nie znał drogi i nie chciał stanąć oko w oko z tą prawdą. Jeździliśmy z kierowcami, którzy sami wymyślali sobie, gdzie jest przystanek. Zdarzało nam się wysiąść przez okno, gdy japoński kierowca nie chciał otworzyć drzwi, a zbliżał się start Adama Małysza. Widzieliśmy kierowców, którzy ruszali do rękoczynów, gdy ktoś ich wersji rozkładu przystanków nie przyjął. Ale nawet z tymi uprzedzająco grzecznymi i pilnującymi wyznaczonych przystanków - Brazylia oddelegowała do tej trudnej służby bardzo pokojowo nastawionych ludzi - często marnujesz czas. Transport olimpijski został wymyślony po to, żeby każdy akredytowany dojechał tam gdzie chce. Ale niekoniecznie po to, żeby dojechał na czas. Zawsze znajdzie się taka linia autobusowa, która jest przemyślnie zastawioną pułapką: masz przejechać kilometr, a po godzinie jeszcze cię nie ma na miejscu. Są takie linie w Rio. Ale się im nie damy. Zabraliśmy z Warszawy swój własny transport. Ciężki, łącznie szesnastokołowy, panoszy się w walizkach. Ale było warto.

"Wylądowaliśmy w Rio, zobaczyliśmy raj"

Pomysł nie jest nowy, jeden z nas (dla ułatwienia napiszemy, że Paweł) wypróbował go już w Londynie. I zadziałało. Ale bez przyjemności, bo Londyn jest - a przynajmniej był cztery lata temu - koszmarem rolkarza. Niby są przyjemne ścieżki dla rowerzystów. Ale rowerzysta nie ma na nich pierwszeństwa - a przynajmniej nie miał cztery lata temu - przed samochodem wyjeżdżającym z bocznej dróżki czy bramy. Rolkarz tym bardziej nie ma, a rolki mają bardzo kiepskie hamulce. Nie jest to mieszanka, która buduje wewnętrzny spokój podczas podróży.

Dlatego dwa lata temu opadły nam szczęki. Wylądowaliśmy w Rio. Zobaczyliśmy raj. Przyjechaliśmy do Brazylii pisać i kręcić reportaże o gospodarzu mundialu. Wyszliśmy na pierwszy spacer wzdłuż plaż Rio, a tam po horyzont ludzi na rolkach, na rowerach, biegających po specjalnych traktach... Kilometry ścieżek do przejechania. Ech!

Pamiętamy, że jechaliśmy wtedy aleją wzdłuż Lagoa de Freitas, gdzie niedługo zaczną się regaty olimpijskie wioślarzy i kajakarzy, i marzyliśmy, żeby opuścić nagrzane auto i ruszyć na rolkach po pięknej alei, wzdłuż wybrzeża.

To znaczy Paweł marzył na głos, a Radek nie, bo nigdy nie miał rolek na nogach. Na łyżwach jeździł od dziecka, ale na figurowych, i to białych. Wstyd na całe lodowisko. Na hokeje przesiadł się jako 40-latek. Jeśli chodzi o rolkowe doświadczenie, ogranicza się ono do pociesznego przejazdu wzdłuż trasy Konstancin - Wilanów, gdzie nie musiał hamować. Miało to prawdopodobnie kolosalne znaczenie dla zachowania zdrowia podczas tego pierwszego przejazdu.

I z takim doświadczeniem znaleźliśmy się 3 sierpnia na Copacabanie, w miejscu, które sobie wymarzyliśmy na rolki dwa lata temu. Znaleźliśmy się służbowo, z rolkami na nogach, akredytacjami na szyjach i plecakami wyładowanymi małą elektroniką.

Nawet nie zdążyliśmy dobrze założyć na nogi rolek, a już udzielaliśmy w ich sprawie pierwszego wywiadu dla telewizji. Była to chińska stacja CCTV. Było nie było, oficjalny olimpijski nadawca, już od wielu lat. Kamerzysta CCTV obniżył się do poziomu asfaltu, aby mieć najlepsze ujęcie, gdy Radek zawiązywał swoje rolki, choć nie są one wcale czymś nadzwyczajnym. Mają pomarańczowe kółka 90 mm, widzieliśmy już tutaj neonowe i świecące jasnym blaskiem, gdy kółka zaczną się kręcić. A reporterka nieśmiało poprosiła, aby Paweł do wywiadu usiadł na krawężniku, bo inaczej sięgała mu do pasa i źle to wyglądało na wizji.

Pojechaliśmy potem wzdłuż plaży z innymi, wyprzedzaliśmy rowerzystów, nas wyprzedzano, błyskawicznie dotarliśmy do metra, w którym nosić rolek na nogach nie można. Ale czas podróży na takich krótkich odcinkach i tak skraca się rewelacyjnie.

Koniec kompromisów. Tylko rolki

Jazda wzdłuż Copacabany lub Laguny de Freitas jest przyjemnością. Ale najbardziej rolki przydają się w Barra da Tijuca, gdy trzeba jakoś zapanować nad połaciami Parku Olimpijskiego, a trwa autobusowa loteria: to że raz autobusem X pojechałeś trasą Y, nie oznacza że jutro i pojutrze będzie tak samo. Po pierwszej podróży, która przeciągnęła się do 50 minut, mimo że do pokonania był kilometr w linii prostej, uznaliśmy: koniec kompromisów. Tylko rolki. Zwłaszcza że jedzie się tu po tak jedwabistym betonie, jakby wylali go wczoraj i przez noc pieścili miękką gąbką. Po drodze mijamy żołnierzy. Zza ich przeciwsłonecznych okularów patrzy kamienna twarz Bustera Keatona, albo Arniego Schwarzeneggera jako Terminatora. Gdy jechaliśmy pierwszy raz, stali w grupce nieruchomo, jakby byli ekspozycją u Madame Tussaud. Przemykając obok machnęliśmy ręką w pozdrowieniu, żeby zobaczyć, czy w ogóle to ludzie. Zero reakcji. I nagle największy uniósł rękę łagodnym ruchem i pokazał kciukiem do góry "Dobra robota". Mogło to również oznaczać "Darowuję ci życie, żebyś nauczył się lepiej jeździć na rolkach". Radek skłaniał się do drugiej wersji.

W ogóle zauważyliśmy, że one, rolki, działają zmiękczająco. Ludzie pokazują, że im się pomysł jazdy na nich do pracy przy olimpiadzie bardzo podoba, są zainteresowani, pytają, a skąd dokąd, a czy się nie boimy, a skąd jesteśmy, ojej, pierwszy raz jeździsz i od razu u nas! Reporter telewizji O'Globo pytał nas kilkakrotnie na zmianę, gdzie na tych rolkach jeździmy, gdy nie jesteśmy na igrzyskach, jakby nie wierzył, że poza Brazylią też są ludzie, którzy to potrafią, albo którzy chcą to robić w pracy.

Odpowiedzieliśmy mu: No, pewnie, że są. Tylko nie mają takich rolkostrad do pracy. Nie mają też wściekle nacierających rikszarzy, którzy upodobali sobie podróż pasem dla rolek i rowerów. No ale, nie można mieć wszystkiego.

W Rio zrobiło się bardzo gorąco. Fotoreporter Reutersa nie mógł się powstrzymać [ZOBACZ ZDJĘCIA]

Okładki gazet na igrzyska w Rio

Więcej o: