NHL. Los Angeles Kings w finale Pucharu Stanleya

Napisać, że finał Konferencji Zachodniej NHL sezonu 2013/14 był fantastyczny, to jak nic nie powiedzieć. Los Angeles Kings pokonali Chicago Blackhawks po dogrywce 5:4 w siódmym meczu i o Puchar Stanleya zagrają z New York Rangers.

Andrzej KulasekAndrzej Kulasek Fot. Jacek Dymkowski Kiedy Chicago wyciągnęło rywalizację ze stanu 1-3 na 3-3, wygrywając mecz nr 5 po dwóch dogrywkach, a nr 6 na wyjeździe w LA, można było obstawiać w ciemno, że siódmy mecz będzie pełen fajerwerków. I był jak diabli! Emocji było tyle, że obsługujący oficjalnego Twittera Blackhawks nie zauważyli, jak kazali prezydentowi Meksyku, no, dość poważnie go obrazili.

Po kolei. Blackhawks zaczęli tak, jak na obrońców Pucharu Stanleya przystało. Po niespełna dziewięciu minutach prowadzili 2:0 po golach Brandona Saada i Jonathana Toewsa, ale największe brawa i tak zebrał Patrick Kane, skrzydłowy Chicago, który zaliczył asysty przy obu golach. Publiczność w hali United Center świętowała, jakby zapominając o dwóch rzeczach: Po pierwsze - przewaga dwóch goli to najgorsza przewaga w hokeju (oprócz tej, której nie posiadasz, jak twierdzi dziennikarz The Hockey News Adam Proteau) i po drugie - Chicago w serii z LA już dwukrotnie roztrwoniło dwubramkowe prowadzenie.

I teraz też tak było. Gole Jeffa Cartera i Justina Williamsa, strzelone w przeciągu zaledwie 51 sekund dały Kings wyrównanie! Williams to w ogóle niezły gość. Gol, którego strzelił, pozwolił mu zrównać się z Dougiem Gilmourem, jeśli chodzi o punkty uzyskane w meczach numer 7 fazy play-off. Nawet Wayne Gretzky czy Mark Messier nie mają takich statystyk!

Co z tego, kiedy 12 (sic!) sekund później Patrick Sharp - gwiazda Hawks, niemal kompletnie niewidoczna w tych play-offach - znów wyprowadził Chicago na prowadzenie?! I to wszystko w ciągu zaledwie 20 minut gry!

W połowie drugiej tercji Kings wyrównali, bo wreszcie i do nich uśmiechnęło się szczęście - po strzale Matta Greene'a krążek odbił się od centra Hawks Michala Handzusa i trafił na kij Tylera Toffoliego. 3:3! Ale pod koniec tej odsłony znów cieszyli się Blackhawks - bramkarz LA Jonathan Quick podczas jednej z interwencji zgubił kij, co skrzętnie wykorzystał Sharp, któremu podawał Saad. Właśnie wtedy rozemocjonowana załoga Twittera Blackhawks "zaćwierkała": #ChingueAsuMadreEPN. Miało być #CHIvsLAK, ale Twitter automatycznie wybrał hashtag, radzący Enrique Penii Nieto, prezydentowi Meksyku. Wróćmy do meczu.

aa Fot. a

Kiedy do końca brakowało niewiele ponad 7 minut, Marian Gaborik przejął krążek po strzale kapitana Kings, Dustina Browna, i wepchnął go do siatki. 4:4! Ale taka seria zasługiwała na dogrywkę w meczu nr 7! W niej największym pechowcem okazał się Nick Leddy. Obrońca Blackhawks nie dość, że zgubił kij podczas ataku Kings, to jeszcze odbity od niego krążek po strzale Aleca Martineza przeleciał na ramieniem bramkarza Chicago Coreya Crawforda. Koniec! Kings w finale Pucharu Stanleya. "Królowie" stali się pierwszą ekipą w historii NHL, która w trzech kolejnych seriach play-off wygrała wyjazdowe mecze numer siedem - w pierwszej rundzie z San Jose Sharks, w drugiej z Ahaheim Ducks. A Martinezowi przy zwycięskim golu asystował oczywiście Williams. Pseudonim "Pan mecz nr 7" zobowiązuje!

Korzystasz z Gmaila? Zobacz, co dla Ciebie przygotowaliśmy

Więcej o: