Soczi 2014. Ski cross. Bolszoi taki, że aż nogi odpadają

Skoro lawina jej nie dała rady, to chyba tym bardziej ski cross nie da rady zakopiance Karolinie Riemen-Żerebeckiej. - Potrzebuję adrenaliny i mam ją dzięki ski crossowi.

Ta gra powinna się nazywać rosyjską ruletką. Czterech startuje, linię mety mija jeden na nartach, trzech na plecach. Tak właśnie było w czwartek na ski crossie, kiedy fotokomórka musiała rozstrzygnąć, czy Rosjanin Jegor Korotkow wjechał na plecach głową do przodu do półfinału, czy raczej zrobiło to dwóch innych zasuwających po śniegu w takich samych pozycjach. Ostatni skok jest kilkudziesięciometrowy, zawodnicy przewracają się tam hurmem i nie było w czwartek bodaj żadnego biegu, w którym metę osiągał komplet startujących prawie 200 metrów wyżej. Medale zdobyli w czwartek Jean Federic Chapuis, Arnaud Bovolenta, Jonathan Midol, czyli Trójkolorowi - czerwony, biały i niebieski - ale czwarty, Kanadyjczyk Brady Leman, wygrzmocił się kilkaset metrów wcześniej. Był to pierwszy francuski triplet w zimowych igrzyskach olimpijskich i pierwszy od 90 lat w jakichkolwiek igrzyskach. Dla statystyków i wnikliwych, którzy lubią się zastanawiać nad przyczyną rzeczy: jest to szósty triplet w Soczi. Pod tym względem to rekordowe zimowe igrzyska. Stało się to głównie dzięki łyżwiarzom szybkim z Holandii, którzy zaliczyli cztery, i więcej nie będzie.

W Extreme Park z głośników leci muzyka z "Mission Impossible", energetyczne kawałki Chemical Brothers, chłopaki są malowniczy, z wąsiskami a la detektyw Poirot, jak Słoweniec Filip Flisar, z popimi brodami, jak Australijczyk Anton Grimus, w kolorowych strojach prosto ze stoków na Jaworzynie czy Szymoszkowej. Zabawa jest przednia i wcale nie przypomina ramolstwa, z jakim kojarzą się sporty Międzynarodowej Federacji Narciarskiej, kontestowanej przez wielu narciarzy startujących w X Games, czyli igrzyskach dla sportowych ekstremistów.

Ale jednak zabawa się często kończy źle. Wciąż nie wiadomo, w jakim stanie jest Rosjanka Maria Kommisarowa, który złamała na snowboardowym treningu kręgosłup i ma za sobą już trzy operacje. - W wiosce między sportowcami wiele o tym mówimy. Ludzie, którzy widzieli wypadek, twierdzą, że pomoc medyczna była nieprofesjonalna - mówi "Gazecie Wyborczej" Karolina Riemen-Żerebecka, olimpijka w ski crossie. - Gdy uderzyła głową i nie miała czucia w nogach, zawinęli ją w płachtę, z niej przerzucili ją na tobogan, zjechali z nią na dół, wsadzili do karetki. To nie tak powinno wyglądać. Maria musiała natychmiast zostać przełożona na twarde podłoże i odlecieć do szpitala śmigłowcem. To przerażające, że na igrzyskach jest tak niski poziom zabezpieczenia.

Riemen-Żerebecka wystartuje w piątek w skicrossie kobiet - eliminacje od 8.45, finały od 10.30. To jest twarda zakopianka. Została wychowana przez ojca TOPR-owca, od dziecka spędzała dnie i noce na Kasprowym Wierchu, bo ojciec brał chętnie dyżury właśnie tam, i trudno mu się dziwić. - Było tak, jakby wiecznie trwały ferie. Byłam tam przed szkołą, po szkole, przed treningiem, po treningu - wspomina Karolina. Zjeżdżała wraz z nim po trasach, którymi teraz nie zjedzie nikt, bo to zabronione, wszędzie wiszą na drzewach kamery.

Pierwszy zjazd poza trasą zrobiła, gdy miała siedem lat, pod linami kolejki, do Myślenickich Turni. Potem było narciarstwo alpejskie, freeride, freestyle, wszystko, co można robić na nartach. Ale alpejski świat ją rozczarował, bo stwierdziła, że za dużo tam złej atmosfery, za mało adrenaliny. Znacznie jest jej więcej w zjeżdżaniu poza trasą, choć często nie o sportowe emocje chodzi. 10 lat temu całą grupę freeride'owców zasypała lawina w Świńskim Kotle, niedaleko Kasprowego. Około 25 osób, które przed sekundą jeszcze budowało skocznię, żeby ćwiczyć triki, znalazło się pod śniegiem. Mieli szczęście, że byli w miejscu, gdzie lawina traciła impet. Jednego przemieliła tak, że mu tylko noga wystawała, innemu głowa, komuś ręka. Cześć ludzi szybko się wygrzebała i wygrzebywała innych, w tym Karolinę, której wystawał ze śniegu but.

W piątek emocje będą raczej sportowe. Karolina startuje z wyższej pozycji startowej niż w Vancouver, dokąd pojechała po dwóch pełnych sezonach startów i po rekonstrukcji więzadeł krzyżowych kolana. Była tam 16. W tym sezonie Pucharu Świata - z nowym trenerem, z poprzednim się nie dogadywała - była dwukrotnie ósma, trzykrotnie 10., szósta w mistrzostwach świata w Deer Valley w 2011 roku, 10. w ostatnich - w Norwegii. To nie brzmi optymistycznie, ale jak widać, nie wszyscy dojeżdżają do mety i zawody są rosyjską ruletką. W snowboard crossie do finału nie dobrnęła na przykład czterokrotna mistrzyni w X Games Lindsay Jacobellis, w wśród mężczyzn ośmiokrotny mistrz X Games odpadł w ćwierćfinałach.

Trasa jest niemal identyczna jak na zeszłorocznych zawodach testowych. - Mam kłopot na początku. Nie mogę dobrze wstrzelić się w pierwszy grzbiet, na którym jest dodatkowy wał. A trzeba to dobrze pokonać, aby nie stracić prędkości, bo potem długi odcinek jest płaski - mówi Riemen-Żerebecka.

Następnie jest w miarę łatwo. W zależności od prędkości trzeba tłumić grzbiety albo je przeskakiwać. Łatwe odcinki kończą się na miejscu zwanym Bolszoi, gdzie miała kraksę Kommisarowa.

- To będzie coś wyjątkowego. Dotąd na jednym treningu pokonałam trasę dwukrotnie i muszę powiedzieć, że bardzo wchodzi w uda, a jak dobrze pójdzie, to będę miała pięć zjazdów. Szczególnie w miejscu, który nazywa się Kreml, trzeba uważać, aby nie wyskoczyć za wysoko. Bo wtedy spada się pionowo w dół i nogi odmawiają posłuszeństwa - mówi Riemen.

W czwartek oglądała na trybunach dla sportowców męskie finały. Złoty medalista Chapuis jest w Pucharze Świata na 9. miejscu, lider Szwed Victor Oehling Norberg był tym nieszczęśnikiem, który zjechał na plecach do mety o ułamek sekundy później niż Korotkow. Karolina jest wśród kobiet 12. I to już brzmi bardziej optymistycznie.

Więcej o: