Titaniczeskij wysiłek Justyny Kowalczyk

Marit Bjorgen zdobyła w sprincie drużynowym drugie złoto igrzysk, Finowie pierwsze zimowe złoto od 12 lat, a Justyna z Sylwią Jaśkowiec były piąte po pięknej walce. - Szkoda, że tak późno tę konkurencję odkryłam - mówi Kowalczyk.

Nazywają to sprintem, choć wysiłek jest ze sprintem nieporównywalny. Jest też inny niż w biegu długim, bo tam chodzi o to, żeby zakwaszenie mięśni odwlekać jak najdłużej. A tutaj się nie odwleka. Dwie osoby biegną sprintem na zmianę po trzy razy. Odpoczywają podczas rywalizacji tylko tak długo, jak biegnie koleżanka czy kolega z drużyny, i znowu ogień.

Obok w zagrodach przy mecie serwismeni uwijają się jak w ukropie, by ten, kto odpoczywa, wrócił na trasę z jak najlepszymi nartami. I to ćwiczenie z interwałów trzeba w drodze do podium przerobić dwa razy, w półfinale i finale. Pod koniec mniej się już liczy szybkość, bardziej wytrzymałość. A boli tak, że Sylwia Jaśkowiec po finale długo nie mogła się ruszyć. Nawet gdy wyszła już przebrana z kabiny, uprzedzała: wywiadu mogę udzielić, ale nie ręczę, że wyjdzie dobrze, bo jeszcze nie bardzo wiem, co się ze mną dzieje.

Jaśkowiec miała w sprincie jasne zadanie: stracić na każdej pętli jak najmniej. A potem ruszała odrabiać straty Justyna, którą spiker na stadionie za każdym razem wywoływał jako "lidiera sbornej komandy Polszy". Nasza "sborna komanda" półfinał skończyła na drugim miejscu po niesamowitym biegu Kowalczyk na ostatniej pętli. Zapachniało medalem, Jaśkowiec nie ukrywała, że to się czuło. W finale przybiegły piąte. Spiker krzyczał tym razem, że widzimy "titaniczeskij" wysiłek Justyny, Polki pobiegły o 15 sekund szybciej niż w półfinale, ale rywalki narzuciły niesamowite tempo. Norweżki daleko z przodu, za nimi Finki i długo nikt, dalej walczące o brąz Szwedki, Niemki i Justyna z Sylwią. Kowalczyk na podbiegu ostatniej pętli zrozumiała, że już podium nie dogonią. - Wtedy przestałam biec na 140 procent - opowiadała później. Łączny czas sześciu biegów miała tylko o kilka sekund gorszy od Bjorgen. Dla Kowalczyk to był pierwszy taki start w karierze. Sprintu drużynowego spróbowała wcześniej raz - miesiąc temu w Libercu. Ale wtedy biegnąca z nią Agnieszka Szymańczak miała źle nasmarowane narty, wywróciła się już na pierwszej zmianie i Polki odpadły po półfinale, a to jednak tylko połowa wysiłku. W Soczi dostały z Sylwią pełną dawkę i przyznały - złapały bakcyla. Będą teraz próbować razem sił w kolejnych takich sprintach, w łyżwie to Sylwia będzie biegła na drugiej zmianie, bo ma w tym stylu lepszy finisz.

Justyna pierwszy raz na tych igrzyskach wystartowała bez znieczulenia lewej stopy. - Półfinał poszedł na żywca - opowiadała. Ale po eliminacjach, jak ściągnęła buty, to już nie mogła wstać i trzeba było pojechać do polikliniki na znieczulenie. - Początkowo mówiłam, że nie trzeba, ale doktor Szymanik się ze mnie śmiał i okazało się, że miał rację. Lekarz ma zawsze rację. Muszę pochwalić Sylwię, w eliminacjach była trochę spięta, ale w finale już było dobrze - mówiła Kowalczyk. - Czuję trochę niedosyt, że odcięło mi prąd na ostatnim podbiegu. Inni dokładali, a ja już pływałam w skrajnym zmęczeniu - wspominała Sylwia.

Sprint wygrały Norweżki, Marit Bjorgen w parze z Ingvild Flugstad Ostberg. Norwescy serwismeni, mocno przeczołgani przez ostatnie kilka dni, wreszcie trafili z przygotowaniem nart (- Gdyby wszyscy w Norwegii pracowali tak ciężko jak ci serwismeni, bylibyśmy szczęśliwym krajem - mówił potem do dziennikarzy trener Egil Kristiansen). Bjorgen zdobyła swoje drugie złoto w Soczi, piąte złoto igrzysk w ogóle, dziewiąty medal. Więcej na zimowych igrzyskach zdobyli tylko Ole Einar Bjorndalen (13 - ostatni niedługo po Bjorgen, w sztafecie mieszanej), Bjorn Dahlie (12), Raisa Smetanina i Stefanie Belmondo (10). A wicemistrzynie sprintu Finki wskakiwały na siebie z radości i tańczyły na nartach podczas rundy honorowej. Nie wiedząc jeszcze, że najlepsze przed nimi.

- Poświętowałyśmy i stanęłyśmy, by oglądać finał chłopaków. Patrzę, a tu mój braciszek zostaje mistrzem olimpijskim - mówiła "Wyborczej" Kerttu Niskanen, na przemian śmiejąc się i płacząc. Jej młodszy brat Iivo w parze z Samim Jauhojärvim zdobyli nie byle jakie złoto: pierwsze dla Finlandii na zimowych igrzyskach od 12 lat (w tym czasie na letnich Finowie też cierpieli, zdobyli tylko jedno w Pekinie). Było trochę nerwów, bo prowadzący przy wjeździe na stadion Niemiec Tim Tscharnke się wywrócił, mało nie ściął z nóg Rosjanina Nikity Kriukowa, i Niemcy złożyli protest, próbując winę przerzucić na Finów.

Ale protest został odrzucony. A potem zaczęły przychodzić wiadomości o kolejnych golach strzelanych Rosji przez fińskich hokeistów. Aino-Kaisa Saarinen ogłosiła środę dniem fińskim, Mika Kojonkoski, szef programu przygotowań najlepszych sportowców Finlandii, skakał z radości pod sufit namiotu rodziny olimpijskiej przy trasach biegowych. Kerttu Niskanen zaglądała mi w telefon, żeby się upewnić, że z niej nie żartuję z tym wynikiem hokeja. Miło było na ich radość popatrzeć. A już w sobotę kończący igrzyska biegaczek wyścig na 30 km. Sobota będzie dla nas?

Więcej o: