Soczi 2014. Kmiecik: Tory zadaszyć, ze straży nie rezygnować

- Zagotowało się we mnie, jak zobaczyłem, że sześciu Holendrów biegiem ruszyło do sędziów. 3,8 cm - taka przewaga dała nam złoto na dystansie 1500 metrów. Niepojęte - mówi Wiesław Kmiecik. Trener Zbigniewa Bródki w niedzielę wysłał mistrza olimpijskiego na rower, a resztę zawodników już szykuje na walkę o medal w drużynie.

Łukasz Jachimiak: Po złotym medalu Zbigniewa Bródki wszyscy ważni deklarują, że w Polsce powstanie kryty tor dla panczenistów. W niedzielę zaczęliście rozmawiać z zawodnikami, jak fajnie będzie trenować w kraju i nie spędzać już 3/4 roku na obcym lodzie?

Wiesław Kmiecik: Nie ma sensu psuć sobie nerwów, zwłaszcza że mamy tu jeszcze coś do zrobienia. W niedzielę wstaliśmy i poszliśmy na trening.

Od razu zagonił pan mistrza olimpijskiego do pracy?

- Zbyszek poszedł na rower, jeździł sobie po parku. Jest tu fajna, pięciokilometrowa pętla, więc mógł i potrenować, i porozmyślać nad tym, czego dokonał. Z drużyny, która pojedzie pod koniec igrzysk [21 lutego eliminacje, 22 lutego walka o medale] na lodzie był Janek Szymański, byli jeszcze z nami sprinterzy - Arturowie Nogal i Waś.

Po złocie Bródki już wszyscy wiedzą, że nie przesadzał pan, mówiąc, że drużyna celuje w olimpijski medal.

- Cel się nie zmienia, ale trochę martwi nas kontuzja Konrada Niedźwiedzkiego. W niedzielę był na badaniu, bo w sobotę naciągnął mięsień przywodziciela.

Denerwuje się pan?

- Nie tam, damy radę (śmiech). Spokojnie popracujemy i będzie dobrze.

Zawsze pan taki spokojny?

- Jak w sobotę Koen Verweij dojechał do mety, to spokojny nie byłem. W pierwszej chwili pomyślałem, że będą dwa złote medale, ale błyskawicznie sobie przypomniałem, że jest nowy przepis i albo Zbyszkowi, albo Holendrowi złoto dadzą tysięczne części sekundy. Aż się we mnie zagotowało, jak zobaczyłem, że sześciu Holendrów biegiem ruszyło do sędziów. Na szczęście Witek Mazur [trener kadry kobiet] był blisko, zachował czujność i wskoczył w to towarzystwo. Chociaż w sumie sam nie wiem, dlaczego mówię "na szczęście". To emocje. Bo przecież prawda jest taka, że niesamowicie precyzyjna maszyna wyświetla czas i można krzyczeć, ile się chce, a wyniku się nie zmieni. Trzy tysięczne sekundy, 3,8 centymetra - taka przewaga dała nam złoto na dystansie 1500 metrów. Niepojęte.

Holendrzy twierdzą, że jednak powinny być dwa złote medale, że to byłoby bardziej ludzkie.

- Rozumiem ich o tyle, że nie chciałbym być na ich miejscu. Ale prawda jest taka, że właśnie tak wygląda łyżwiarstwo szybkie. Tu są ogromne emocje, wielkie szybkości i minimalne różnice. A to dlatego, że rywalizacja stoi na bardzo wysokim poziomie. Taki jest zresztą cały współczesny sport. Dziwię się, że w skokach narciarskich pomiary robi się co pół metra. Dla mnie to jest śmieszne, to z czasem musi się zmienić, bo i tam różnice między zawodnikami są coraz mniejsze.

Bródka dużo mówi o swoich starych płozach, na których pojechał po złoto. Nowe, których użył na dystansie 1000 m, zajmując 14. miejsce, rzeczywiście śniły wam się po nocach?

- On to przeżywał bardziej, ja już dzień po tamtym starcie byłem pewny, że będzie dobrze. Widziałem na treningu, że Zbyszek jedzie świetnie, dlatego naprawdę spokojnie czekałem na 1500 m.

Nie powie pan chyba, że był pewny złota?

- Nie będę kłamał. Wiedziałem, że będzie dobry bieg, czułem, że da medal. Myślałem, że może nawet Zbyszek będzie pierwszy, ale odrzucałem tę myśl, bo ona mi się wydawała zbyt piękna.

Co z tym krytym torem? Będzie czy znów skończy się na obietnicach?

- Nie mam pojęcia, ale śmiać mi się chce, jak na to wszystko patrzę. Robi się z tego wielki problem, a tu trzeba normalnie podejść do sprawy i zadaszyć nie jeden tor, tylko wszystkie cztery, które mamy w kraju. To da się zrobić za małe pieniądze.

Podobno zbudowanie nowego toru kosztowałoby 200 mln złotych.

- Szkoda, że nie 500. Kwoty padają bardzo różne, głos zabierają ludzie, którzy nie mają o sprawie pojęcia. Mam projekt, który w Tomaszowie Mazowieckim można zrealizować za 30 mln. I wszystko by było - hala z boiskami, a dookoła bieżnia. I solidna firma by to zrobiła. Za 200 mln to wszystkie nasze tory by się zadaszyło i jeszcze by się kupiło kilka tysięcy par łyżew, żeby dzieciaki miały na czym jeździć. Bo przecież takie tory miałyby też przeznaczenie rekreacyjne.

Nowego toru nie chcecie, wystarczą wam dachy nad tymi, które już istnieją?

- Nowy też by się bardzo przydał. Niedawno rozmawiałem z panią wiceprezydent Krakowa. To duże miasto, fajny obiekt rekreacyjny na pewno jest tam potrzebny. Przecież dzieciaki chcą naśladować sportowych idoli. Trzeba dać im szansę. A tam mógłby powstać wielki ośrodek dla łyżew szybkich, figurowych, dla short-tracku i hokeja. I ten obiekt służyłby ludziom przez większą część doby. Nam na trening wystarczyłyby cztery godziny.

Zostawmy marzenia i wróćmy do rzeczywistości. Mistrz olimpijski Zbigniew Bródka nadal będzie strażakiem?

- Na razie nic nie wskazuje na to, żeby mógł przestać nim być. No, chyba że się pojawią tacy sponsorzy, którzy zapewnią mu spokojny byt. Na pewno jego sytuacja poprawi się o tyle, że dostanie stypendium (7590 złotych netto miesięcznie). Ale to nie są kwoty, które rzucają na kolana, z nich nie odłoży się tyle, żeby po zakończeniu kariery spokojnie żyć, a coś będzie trzeba wtedy robić. Dlatego ze straży lepiej nie rezygnować. Zwłaszcza że stypendium za rok czy dwa można stracić.

Więcej o: