Soczi 2014. Justyna na cienkiej czerwonej linii

W czwartek najważniejszy bieg Justyny Kowalczyk na igrzyskach, 10 km klasykiem. Prowadzi do niego slalom: między wyciszaniem bólu stopy a pozbawianiem jej czucia, między komfortem biegania a zatruwaniem organizmu. Bieg na 10 km klasykiem w czwartek o godz. 13.00. Transmisja w TVP, relacja na żywo w Sport.pl.

Obstaw dzisiejszy wynik Justyny Kowalczyk. Wygraj książkę >>>

Wszyscy schodzili się właśnie na rozgrzewkę i testowanie nart przed sprintami stylem łyżwowym, gdy Justyna przypięła narty do klasyka i z wielkimi słuchawkami na uszach wyjechała na inną trasę.

Gdy zaczynały się eliminacje sprintu, pierwszego indywidualnego biegu, jaki się Justynie Kowalczyk zdarzyło opuścić na igrzyskach, jej już na stadionie biegowym nie było. Całe to szaleństwo wtorkowego ścigania: upadki, kolizje w walce ramię w ramię, zderzenia z ogrodzeniem, łamiące się narty, porażki Polaków już w kwalifikacjach, klęska Marit Bjorgen, która nie awansowała nawet do finału, wywracając się na finiszu, Justyna śledziła z daleka.

Ma tutaj swój program. Ze sprintu zrezygnowała jeszcze przed kontuzją stopy, czując, że akurat na tej trasie i w tej konkurencji nic tam po niej. A teraz każdą chwilę poświęca na takie przygotowanie się do czwartkowego biegu, by mimo złamanej kości śródstopia walczyć o medal. Gdy o tych przygotowaniach opowiada doktor Stanisław Szymanik, lekarz związku narciarskiego, ordynator oddziału ortopedii jednego z krakowskich szpitali, pachnie prochem. - Czwartek to nasz dzień zero - mówi doktor. - Poruszamy się po cienkiej czerwonej linii - dodaje. Cienkiej linii między znieczuleniem miejsca, które Justynę boli, a pozbawieniem jej czucia w całej stopie, bo to byłaby w biegu klasycznym katastrofa. Siła Justyny w walce o medale tym stylem to technika, ona potrafi biegać klasykiem tak ekonomicznie jak żadna z najgroźniejszych rywalek. I tego nie chcieliby zepsuć.

Testują to trochę tak jak Justyna narty tuż przed biegiem. Serwismeni proponują jej rozwiązania, ona po przejazdach wybiera to, z którym się czuje najlepiej. Tak samo jest z walką z bólem - doktor ma swoje pomysły, ale tylko ona sama może powiedzieć, gdzie jest próg bólu nie do zniesienia. I testowanie z doktorem Szymanikiem musi się zacząć dużo wcześniej, kilka dni przed biegiem. Tak było przed łączonym w ostatnią sobotę i tak będzie w czwartek. Doktor proponuje, Justyna sprawdza na treningach, mówi o odczuciach i starają się znaleźć jeszcze lepsze wyjście. Miejsce złamania piątej kości śródstopia, tej najbardziej na zewnątrz stopy, znieczulają tak, jak się to robi u dentysty. I próbują wyeliminować ból, jednocześnie starając się, by okolica znieczulenia była jak najmniejsza.

Wariant z biegu łączonego się sprawdził, ale zawsze jest możliwość jakichś drobnych poprawek. Wycofali się już zupełnie z leków przeciwzapalnych, które źle działają na organizm, zwłaszcza układ pokarmowy. - Wszystko, co podajemy, jest absolutnie dozwolone przez przepisy antydopingowe. Biorę za to stuprocentową odpowiedzialność. Leki nie wpływają na ogólny stan zdrowia Justyny, kondycję w dniu startu - zapewnia doktor Szymanik.

Nie miał żadnych wątpliwości, że Polkę należy mimo złamania kości dopuścić do startu. - Taki uraz nie jest żadnym powodem do zabronienia zawodnikowi rywalizacji. Również rywalizacji na olimpijskim poziomie. Nie ma tu zagrożenia zdrowia, w niczym Justynie nie szkodzimy i ona sama sobie nie szkodzi. Gdyby mnie poprosiła o konsultacje wcześniej, zanim przyjechała do Soczi, doradziłbym jej taką samą decyzję, jaką podjęła: kontynuować przygotowania do igrzysk - mówi Szymanik. - Oczywiście, że można było zrobić prześwietlenie wcześniej, a nie dopiero w wiosce. Lekarz zawsze będzie za tym, po to jest świetny sprzęt diagnostyczny, mamy XXI wiek, a nie czasy doktora Wilczura. Dzięki prześwietleniu skończyliśmy z gdybaniem, łatwiej podjąć pewne decyzje. Ale rozumiem podejście Justyny. A od samego badania nic się tak naprawdę nie zmieniło: ani poziom bólu, ani problemy z bieganiem - tłumaczy Szymanik.

Justyna chodzi normalnie, nie ma wielkich problemów, gdy zakłada buty. U wielu pacjentów ten rodzaj złamania też leczy się bez gipsu, sugerując odciążenie stopy na jakiś czas i chodzenie w butach na twardej, niezginającej się podeszwie. Ale tutaj odciążanie nogi nie wchodzi w grę. I oprócz znieczulania trzeba też ustabilizować stopę w bucie. Od tego są specjalne termoplastyczne wkładki, które Justyna już wcześniej miała. Używa ich od lat tak jak wielu amatorów, by ograniczać mikrodrgania, stabilizować właśnie okolice śródstopia. Chronić przed zmianami przeciążeniowymi i przemieszczeniami. - W tym przypadku przemieszczenie kości jest praktycznie niemożliwe, Justyna naprawdę nie robi niczego nierozsądnego. Gdyby to było złamanie niestabilne, daję słowo, że pierwszy namawiałbym Justynę do innej decyzji. Ale tak nie jest. To, że złamanie jest po urazie mechanicznym, a nie zmęczeniowe, to też z punktu widzenia lekarza lepiej - mówi doktor. Gdyby coś się jednak działo, mogą powtórzyć zdjęcie rentgentowskie, zrobić rezonans, tomograf. Wioska olimpijska jest znakomicie wyposażona.

Doktor przygotowuje Justynę na trzy startowe godziny: rozgrzewkę, testowanie nart, wreszcie bieg, który potrwa ponad pół godziny. Potem będą już na nią czekali fizjoterapeuci. Bezpośrednio po biegu cierpienie jest większe, bo pojawia się obrzęk, znieczulenie puszcza. Potrzebne są masaż, schładzanie, fizykoterapia.

Ile razy trzeba będzie po tej cienkiej czerwonej linii stąpać na igrzyskach, zdecydują Justyna z trenerem Aleksandrem Wierietielnym. Czy jakiś bieg jeszcze wykreślić z programu, czy dobiec do finałowego wyścigu igrzysk na 30 km bez opuszczania startów. - Od strony medycznej nie ma żadnych przeciwwskazań, by Justyna wystartowała w każdym olimpijskim biegu - mówi Szymanik. A potem czeka ją decyzja, co robić dalej, bo leczenie się tu nie skończy. - Zaproponowaliśmy Justynie rozwiązania, ona jako pacjentka wybierze najlepsze dla niej. To już nie jest decyzja ściśle lekarska, bo zawsze można leczyć albo operacyjnie, albo zachowawczo. Ona i trener muszą zdecydować, czy rezygnują z następnych startów w Pucharze Świata, czy nie - tłumaczy.

Sprinty mimo słabszego dnia Bjorgen i mimo kolejnej porażki Pettera Northuga były norweską paradą, wśród kobiet wygrała Maiken Caspersen Falla przed Ingvild Flugstad Oestberg, wśród mężczyzn Ola Vigen Hattestad; w strefie wywiadów przepytywał ich następca tronu książę Haakon. Marit nie sprawiała wrażenia szczególnie zmartwionej, choć poluje tutaj na kilka medali, a w sprincie nieprzerwanie od igrzysk w Vancouver brała w wielkich imprezach złoto. - Odpadła w półfinale, trudno, miała słabszy dzień; pewnie i tak miałaby kłopoty w wyścigu finałowym. Mogła się zacząć wcześniej koncentrować na biegu na 10 km - mówił nam trener Norweżek Egil Kristiansen. Zresztą gdy obok w olimpijskim finale sprintu biegnie Astrid Jacobsen (była czwarta), która kilka dni temu dowiedziała się o nagłej śmierci brata, nikomu chyba nie przyjdzie do głowy płakać nad straconym medalem. Nad złamaną kością śródstopia zresztą też.

Historia kariery Justyny Kowalczyk i biegów narciarskich w jednej książce. Przeczytaj >>

Więcej o: