Soczi 2014. Bode Miller szuka ślizgu, Aksel-Lund Svindal jogurtu

Wracający do wielkiej formy po operacji kolana 37-letni Bode Miller był najszybszy na pierwszym treningu przed niedzielnym alpejskim zjazdem. Jego pojedynek z Norwegiem Akselem-Lundem Svindalem może być ozdobą igrzysk

Była piękna pogoda, góry Kaukazu lśniły w ostrym słońcu, gdy brązowy medalista zjazdu sprzed czterech lat bez żadnych czarnych wspomnień pędził w dół po trasie, na której dwa lata temu uszkodził kolano.

Miller wyprzedził Szwajcara Patricka Kuenga i Austriaka Matthiasa Mayera. Kueng, który w styczniu wygrał skrócony klasyk w Wengen, na trasie w Chutorze Róża był zaledwie o 0,03 s wolniejszy od Amerykanina. Kolega Millera z reprezentacji Marco Sullivan był czwarty, choć w górnej partii trasy ominął bramki, ale ponieważ wyniki treningu są nieoficjalne, żadnymi konsekwencjami to nie grozi. Omijało je w czwartek wielu narciarzy.

Trasa jest bardzo wymagająca. Według Millera ma trudne technicznie ukształtowanie, ostre łuki i skręty w kierunku skoków. - Kiedyś była najtrudniejsza w całym sezonie, ale trochę kłów z niej wybili. To zjazd dla wybornego ślizgacza, dla technicznego zawodnika. Nie ma wśród nas wielu takich, którzy nie mają słabych punktów. Na szczęście należę do tej nielicznej grupy - mówił Miller.

Kanadyjczyk Eric Guay i Norweg Aksel-Lund Svindal, wicelider Pucharu Świata i lider klasyfikacji zjazdowej, czyli dwaj inni wielcy faworyci igrzysk, uzyskali dopiero siódmy i ósmy czas. Ale jest czas, by lepiej nauczyć się trasy. Przed niedzielą odbędą się jeszcze dwa treningi.

Dla Millera musiała to być wielka ulga po ciężkiej kontuzji, operacji i rocznej przerwie. W każdym razie, gdy wszedł na konferencję prasową amerykańskiej kadry, widać było w nim spokój człowieka pewnego siebie. Co prawda dziennikarze z lepszą pamięcią mogliby sobie przypomnieć, że na igrzyskach sprawiał już kiedyś wrażenie pana świata. - No dobrze, cztery lata temu w Vancouver byłem rzeczywiście bardzo pewny siebie, ale nie stały za tym ani wyniki, ani treningi. Myślałem, że nadrobię mankamenty mocną głową, dążeniem do zwycięstwa - tłumaczył się Amerykanin. Pamiętajmy, będąc średnio przygotowanym, zdobył w Kanadzie złoto w superkombinacji, a w sumie po jednym krążku każdego koloru, za zjazd - brąz, choć liczył na dużo więcej.

Trening pokazuje, że Miller w walce o zwycięstwo będzie się liczył również w Soczi. Rozpędza się, był o włos od zwycięstwa kilkanaście dni temu na najtrudniejszej trasie świata w Kitzbühel. Wygraną zabrał mu wtedy jeden błąd w środku trasy, ześlizgnięcie się kantów nart przy bardzo silnej kompresji. Szybsi byli ci, którzy jechali równo od góry do dołu - Austriak Hannes Reichelt i Svindal. - Dla Hannesa start w Kitzbühel był jego igrzyskami. Ten przypadek pokazuje, ile można zdobyć motywacją - mówił w czwartek Miller. Reichelta nie ma w Soczi. Zaraz po starcie w Kitzbühel zrezygnował z igrzysk z powodu kontuzji kręgosłupa, prawdopodobnie chodzi o przepuklinę, być może zresztą to jazda po zlodowaciałych dziurach Steilhangu przyspieszyła decyzję.

Moją uwagę zwróciło jednak co innego niż motywacja, której przecież na igrzyskach nigdy nie brakuje. Na Hahnenkamm w Kitzbühel wyprzedzili go zawodnicy, którzy tę trudną trasę pokonywali najrówniej. Miller jeździ inaczej. W Austrii były odcinki, które pokonywał najszybciej, ale były i takie, na których miał 49. czas. Już taki jest. W czwartek o to go zapytano, a właściwie o porównanie do Svindala, bo prawdopodobnie między nimi dojdzie do decydującej walki w zjeździe. - Znam Aksela od startów w Pucharze Europy. Jesteśmy całkowitymi przeciwieństwami. On jest solidny jak skała. Jeśli podejmuje ryzyko, jest ono bardzo skalkulowane, robi to na zimno. Ja? U mnie więcej jest intuicji, ryzyka.

Ktoś dopowiedział: - Jesteś, Bode, geniuszem kreatywności! Co wzbudziło brawa i owacje.

Na razie jednak Svindal nie wygląda na okaz konsekwencji i niewzruszonej emocjami skały. Z równowagi nie wyprowadziły go wprawdzie zbyt częste kontrole bezpieczeństwa i opóźnienia związane z transportem, czyli sprawy, które zawsze na igrzyskach, zwłaszcza zimowych, są uciążliwe. Norweg nie narzekał też na trasę. Powiedział, że śnieg jest fantastyczny, skoki długie, widoki zapierające dech w piersiach, a infrastruktura imponująca. - Jest jak na sportowym obozie - mówił Svindal, który w dwupokojowym apartamencie z jedną łazienką mieszka z dwoma kolegami.

Naprawdę zdenerwowała go jedna mała rzecz. Svindal wyszedł z siebie z powodu braku jogurtu. - A to jest mój codzienny rytuał! Miska naturalnego jogurtu z muesli. Dzięki temu unikam jedzenia dużej ilości cukru. Ale wytropić tutaj jogurt to prawdziwa sztuka - opowiadał Norweg.

Więcej o: