Soczi 2014. Tylko dla orłów nad Chutorem Róża

Trener może mówić, co chce, ale trzeba było wziąć starą rolkę materiału i z niej skroić startowe kombinezony. Malinowe jak na mistrzostwach świata w Val di Fiemme. Wczoraj próbowali ich polscy skoczkowie. Kwalifikacje w sobotę o 17:30, konkurs w niedzielę o 18:30. Relacje Z Czuba i na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl Live.

- Nie będziemy robić nic nowego, igrzyska to takie same zawody jak każde, przyjechaliśmy tu z marszu. A wy co? Robiliście dziś coś niezwykłego może oprócz dojazdu? Nie, prawda? - mówił trener Łukasz Kruczek w wiosce olimpijskiej, kiedy staliśmy między nowiusieńkimi budynkami minikurortu 700 m nad Chutorem Róża. Ale nie do końca mówił prawdę.

Trzeba przyznać, że Kruczek trafił z tym transportem, bo z Gorki do wioski olimpijskiej jedzie się trzema liniami autobusów i chyba najdłuższą trasą gondolową świata. Wcześniej rzeczywiście czegoś takiego nie doświadczaliśmy. Ekipa jest w górskiej wiosce tak bardzo ukryta, że żaden dziennikarz nie ma szans się tam dostać bez akceptacji trenera. Już na dole przy pierwszej stacji gondoli prześwietlani byliśmy pierwszy raz. Wioska jest więc jak zamek w słynnym filmie "Tylko dla orłów". - To zupełnie inna sytuacja niż w Salt Lake City w 2002 roku, gdzie z Adamem Małyszem zaszyliśmy się przed paparazzim w Cedar City, a i tak to niewiele dało. Wtedy były wyniki i presja, teraz są wyniki - mówił Apoloniusz Tajner.

Trener Kruczek w Soczi jest w sytuacji psychologa-sapera, którego zadaniem jest nie tylko doprowadzić do formy swojego największego asa Kamila Stocha, lecz także spowodować, żeby nie poczuł żadnego niekomfortowego ciśnienia z zewnątrz, mimo że wygrał dwa ostatnie konkursy Pucharu Świata i że największe autorytety skoków, jak na przykład Hannu Lepistö, uważają, iż na skoczniach w Esto-Sadok wygra dwukrotnie. - Teraz skaczemy na małej skoczni, a Willingen to wielka skocznia - tonuje euforię Kruczek i z jego wypowiedzi wyczuć można, że to jest jego przemyślana taktyka.

Wygląda to trochę na usypianie się, być może brzmi mało energetycznie jak na najważniejszy start w karierze dla zawodników i trenera. Ale nie, nikt z tej grupy nie śpi. - Mamy do przetestowania jedno rozwiązanie, o którym nie chcę mówić. Stosuje je część naszych zawodników, ale nie wszyscy zdążyli je sprawdzić i chcemy jeszcze zdążyć to zrobić - mówi tajemniczo Kruczek.

Nie ma szans, aby wydobyć z trenera informację, co testują. Być może chodzi o nowe, sztywniejsze kevlarowe buty ze Słowenii, takie, które pozwalają na lepszą kontrolę nad nartami w locie. - To nie jest tajemnica, że wszyscy na skoczni będą się oglądać i sprawdzać - mówi i dodaje, zgodnie ze swoją taktyką obniżania ciśnienia. - My też. Jesteśmy rozrzuceni po skoczni i każdy wie, co obserwować. Widzimy, z czym przyjeżdżają inni, i wiemy, czy to działa. Najczęściej nie działa. Czyli większość tych wynalazków działa na głowę, a tylko niewielka część na nogi.

Być może trener Kruczek miał na myśli kombinezony, które trzeba było tak czy siak przetestować, bo na igrzyskach muszą być inne niż na konkursach Pucharu Świata ze względu na olimpijski zakaz reklam. Zawodnicy zabrali ze sobą po trzy kombinezony uszyte przez firmę Huligans, a właściwie przez żonę Stefana Huli Marcelinę, kobietę po włókiennictwie, ale część z nich testowała wczoraj malinowy kolor. Ten z beli szwajcarskiego materiału, która została z transportu sprzed mistrzostw świata w Val di Fiemme w 2013 roku, gdzie Stoch zdobył złoto, a drużyna brąz. A więc jednak zawody w Soczi nie są takie jak każde, bo polscy skoczkowie czekali z wykorzystaniem tego niezwykłego materiału właśnie na ten moment.

Część kibiców uzna, że to czystej wody autosugestia, bo stroje są dla wszystkich takie same, określa je homologacja. Ja jednak byłem w domu Macieja Kota w Zakopanem, kiedy przez półtorej godziny przekonywał mnie o tym, że między kombinezonami w różnych kolorach istnieje wielka różnica. Przyniósł różne swoje kombinezony i sprawdzaliśmy. Palpacyjnie. Przez potarcie. Dla mnie kombinezon malinowy był taki sam, jak czarny, ale Maciej wyczuwał różnicę w chropowatości powierzchni i twierdził, że malinowy jest znacznie lepszy. Oprócz tego kombinezony mają większe lub mniejsze fragmenty bardziej przepuszczalne i zawodnicy również to wyczuwają, choć to już nie zależy od koloru - przekonywał Kot, który na punkcie technologii w skokach jest pozytywnie zakręcony.

Ponieważ jednak odczucia zależą od człowieka, nie wiadomo, ilu zawodników wybrało malinowe na start. Wczoraj skakali w nich Piotr Żyła, Dawid Kubacki i Jan Ziobro. Cała piątka oddała po trzy skoki treningowe. Dzisiaj być może dwóch z nich będzie jeszcze uczestniczyć w porannym treningu, ale o tym trener zdecydował później. - Będziemy o 1 w nocy z powrotem w domu. Gdybyśmy chcieli uczestniczyć w porannym treningu, odpoczynek byłby zbyt krótki - powiedział trener.

Dopiero dziś rano po ostatniej serii treningowej Kruczek ogłosi, kto wystartuje w konkursie na normalnej skoczni. Jednego zawodnika trener musi skreślić, mając na uwadze charakterystykę normalnej skoczni - wymagającej tak zwanego kopyta, czyli silnego odbicia. Najmocniejszym dysponuje Kamil i Piotr, potem klasyfikacja jest niejasna. - Zawsze jest to samo. Najgorzej, że muszę skreślić kogoś, kto skacze praktycznie tak samo, jak ten, którego nie skreślę - powiedział trener. Ale wiadomo, że będzie się wstrzymywał z tym do ostatniej chwili. Ktoś zapytał: "Czy w skokach tydzień to dużo? Może się coś zmienić w formie zawodnika?" - myśląc o Stochu, bo przecież i kibiców dręczy obawa, czy forma się utrzyma. - Proszę pana, jeden skok może zmienić wszystko - odpowiedział trener.

Więcej o: