Roman Imielski: Wygraj w hokeja lub giń!

Ten turniej ma pokazać, że nie tylko geopolitycznie Rosja naprawdę wstała z kolan. Bo w historii hokejowej sbornej ostatnich dwóch dekad jak w lustrze odbija się historia państwa rządzonego dziś przez Władimira Putina.

Rok 2000 Rosjanie zapamiętali z dwóch powodów. Putin pewnie wygrał wtedy swe pierwsze wybory prezydenckie i usankcjonował nowy ład, jaki zapanował w Rosji - ładnie nazwany "suwerenną demokracją". To była tylko formalność, bo od dłuższego już czasu był pierwszoplanową postacią w kraju - najpierw jako wszechwładny szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa, a potem premier u prezydenta Borysa Jelcyna.

Ten rok miał też pokazać, że w swojej ulubionej dyscyplinie sportu Rosja jest jednak potęgą. Po rozpadzie ZSRR i wielu latach upokorzeń miała odzyskać mistrzostwo świata, i to na własnym terenie. Co więcej, turniej zorganizowano w ukochanym mieście Putina Sankt Petersburgu - jeszcze pod nazwą Leningrad - w którym prezydent się urodził i wychował.

Przygotowania do imprezy przypominały ze strony Rosjan operację specjalną. I wcale nie chodziło o bezpieczeństwo, ale o przekonanie najlepszych rosyjskich graczy, by przyjechali do kraju i wylali pot za ojczyznę.

W latach 90. nie było z tym najlepiej. Rosyjskie gwiazdy popędziły do ligi NHL, zaczęły zarabiać miliony dolarów i dla wielu występy w narodowych barwach były niepotrzebnym dodatkowym wysiłkiem. Ale skoro turniej miał się odbyć w Sankt Petersburgu, żartów nie było. Ponoć wiele gwiazd usłyszało, że jeśli odmówią gry dla Rosji, ich rodziny mogą spotkać przykrości.

Karnie stawili się tacy zawodnicy, jak: Pawieł Bure, Aleksiej Jaszyn, Walerij Kamienski czy Siergiej Gonczar. Nadzieje były wielkie, bo dwa lata wcześniej na igrzyskach w Nagano sborna na chwilę odzyskała dawny blask. W turnieju, w którym po raz pierwszy grali najlepsi zawodowcy z NHL, Rosjan dopiero w finale zatrzymali Czesi. Bure został z dziewięcioma golami nie tylko najlepszym strzelcem, ale wybrano go też na najlepszego zawodnika turnieju.

Mistrzostwa w byłym Leningradzie skończyły się jednak kompromitacją, i to na oczach samego Putina. Pierwszy mecz z Francją nie zapowiadał katastrofy - Rosjanie pewnie rozbili rywali 8:1. Ale potem było już tylko gorzej - kolejno przegrywali z USA, ze Szwajcarią, z Łotwą, Białorusią... Nie weszli do ćwierćfinału, turniej zakończyli na 11. miejscu. Tajemnicą poliszynela były kłótnie gwiazd i mało sportowy tryb życia, jaki prowadzili w Sankt Petersburgu.

Takiej zniewagi Kreml znieść nie mógł. Oligarchowie i państwowe firmy dostały nieformalny nakaz finansowego wsparcia rosyjskiego hokeja, a związek - przygotowania programu naprawczego. Trwało to kilka lat, ale Rosja rzeczywiście zaczęła powoli wstawać z kolan. Siłą inercji zdobyła srebro na MŚ i brąz na igrzyskach w 2002 r., a po kilku latach posuchy na wielkich imprezach w 2008 r. odzyskała mistrzostwo świata, powtarzając sukces w 2009 i 2012 r.

W rosyjską ligę i kluby zainwestowano setki milionów dolarów, zawodnicy zaczęli zarabiać tak dobrze, że wielu nie opłaca się już jechać do NHL. Wreszcie stworzono wzorowaną na północnoamerykańskich rozgrywkach Kontynentalną Ligę Hokejową (KHL), w której grają też zespoły z wielu krajów Europy.

Szefem KHL jest obecnie Aleksandr Miedwiediew, na co dzień wiceprezes gazowego giganta Gazpromu, przez kilka lat także szef hokejowej drużyny SKA Sankt Petersburg. Gazprom to przy okazji jeden z głównych sponsorów ligi.

Dla Rosjan nie ma rzeczy niemożliwych. Potrzebujemy w lidze kolejnego zespołu, np. z Finlandii? Nie ma sprawy! W czerwcu zeszłego roku trójka bliskich Putinowi oligarchów - Giennadij Timczenko oraz Arkady i Borys Rotenbergowie (ich prezydent zna jeszcze z czasów młodzieńczych) - kupiła klub Jokerit Helsinki i oznajmiła, że będzie grał w KHL. Przy okazji - Timczenko to nowy szef SKA Sankt Petersburg i szef rady nadzorczej Ligi.

Legendą jest już walizka z milionem dolarów dla czeskiego gwiazdora Jaromira Jágra, która miała go ponoć przekonać do gry dla Awangarda Omsk w sezonie 2004-05. Akurat trwał lokaut w NHL, bo zawodnicy nie mogli się dogadać z władzami ligi co do swoich zarobków, więc Jágr wrócił na chwilę do HC Kladno. Jednego z najlepszych graczy w historii hokeja zapragnął jednak mieć u siebie Roman Abramowicz, ówczesny sponsor Awangarda. A w takiej sytuacji pieniądze nie grają roli. Czech odpłacił się świetną grą w 32 spotkaniach i tym, że zdobył w dogrywce decydującego gola w meczu o Puchar Europy z fińskim Oulun Kärpät.

Tak oto w Rosji polityka przenikała się i przenika z biznesem i sportem. Cel wyznaczony przez Władimira Putina, który na własne oczy będzie zapewne śledził każdy mecz sbornej, jest zaś jasny. - Soczi? Najważniejsze jest złoto w hokeju - stwierdził minister sportu Witalij Mutko.

Lepiej dla niego i szefów związku, by zadanie wypełnili. Wiceprezes Komitetu Olimpijskiego Rosji Ahmed Biłałow, który odpowiadał za budowę skoczni w Soczi i nie bardzo sobie z tym radził, w dodatku w szybkim tempie inwestycja stawała się coraz droższa, został przez Putina publicznie zdekapitowany. Niedosłownie oczywiście, ale po tym, co prezydent w złości wypowiedział przed kamerami telewizyjnymi, Biłałowowi dobrali się do skóry śledczy. Przed niechybnym łagrem uchroniła go ucieczka do Wielkiej Brytanii.

Sam Putin chce mieć pewność, że zrobił wszystko, by hokeiści okazali się najlepsi. Osobiście sprawdził jakość lodu w olimpijskiej hali, rozgrywając miesiąc przed igrzyskami mecz w zespole gwiazd złożonym m.in. z Pawieła Bure, prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki i ministra obrony Rosji Siergieja Szojgu. Drużyna Putina pewnie pokonała rywali.

Kiedy już na lód wyjadą prawdziwi herosi hokeja, dla nas, kibiców, będzie to ekscytujący widok - patrzeć, jak Sborna gryzie lód, by po 22 latach odzyskać olimpijski tytuł. Bo rywale jej go nie podarują. f