Soczi 2014. Justyna daleko od sielanki

Justyna Kowalczyk nie musi już brać środków przeciwbólowych, ale obita stopa wciąż nie daje o sobie zapomnieć. Pierwszy bieg igrzysk - łączony - już w sobotę.

Poznajcie Laurę, najładniejszą na igrzyskach. Przynajmniej w ich górskiej części: dziesiątki kilometrów trudnych tras, żadnych problemów ze śniegiem, biało i mroźno, bo to już na sporej wysokości. Dostać się tam trzeba kolejką, w gondolach, to zresztą jeden ze znaków rozpoznawczych tych igrzysk, nawet do niektórych hoteli jedzie się gondolami. Te w drodze do Laury przejeżdżają nad trasami do biatlonu, do biegów, obok trybun, wysoko nad strzelnicą, nad trenującymi akurat biegaczkami. Nad Justyną Kowalczyk, która w środę, w czarnym stroju, owinięta chustą, pod naszym wagonikiem akurat wchodziła w ostry wiraż na trasie do stylu klasycznego. Laura, olimpijski ośrodek biatlonu i biegów, to mogłaby być sielanka. Ale nie będzie.

Co się tak naprawdę stało ponad dwa tygodnie temu ze stopą Kowalczyk, nadal nie wiemy, i to się zapewne szybko nie zmieni. Justyna nie chce o tym zdarzeniu opowiadać, nie zgodziła się też, żeby lekarze z polskiej misji olimpijskiej zdradzali jakiekolwiek szczegóły jej stanu zdrowia, a w środę zapowiedziała, że nie chciałaby przez najbliższe dni wracać do tematu stopy. Ale zrobiła to po rozmowie, która dyskusji o tej kontuzji na pewno nie zakończy.

Co o urazie wiadomo dwa dni przed początkiem igrzysk? Widzieliśmy zdjęcie posiniaczonej i spuchniętej stopy, które Justyna pokazała na swoim facebookowym profilu. Możemy się z wypowiedzi Polki domyślać, że to stało się między startami w Szklarskiej Porębie a zgrupowaniem w Santa Caterina. Że przez pewien czas były poważne wątpliwości, czy w ogóle będzie mogła pobiec w Soczi, trzeba było przerwać treningi stylem klasycznym, treningi dowolnym robić w większym bucie, bo noga się nie mieściła, i brać środki przeciwbólowe, które organizm Justyny źle toleruje, co wiadomo od dawna, od historii z bolącymi piszczelami.

W środę Kowalczyk powiedziała, że już się stara leków przeciwbólowych nie brać. Ale też że nie ma zamiaru na razie sprawdzać, co się dokładnie stało ze stopą. - Stan stopy nie jest zdiagnozowany, i nie zrobię tego, póki nie przebiegnę dwóch pierwszych indywidualnych biegów: łączonego i 10 km stylem klasycznym [13 lutego]. Do tej pory nie mam na ten temat nic więcej do powiedzenia. Wiedza na temat stanu stopy nie jest mi w tym momencie do niczego potrzebna, bo tak czy tak zdecydowałam się na start, zdecydowałam, że będę walczyć. Wiedza mogłaby mnie tylko psychicznie zdołować - tłumaczyła Justyna.

Wizytę u lekarzy odkłada na dni między biegiem na 10 km klasykiem a kończącym igrzyska wyścigiem na 30 km stylem łyżwowym. - Chcę to zrobić na igrzyskach, bo tu jest świetna diagnostyka, a po Soczi od razu trzeba jechać na Puchar Świata do Lahti, nie będzie wtedy czasu na badania - mówi. Ale na 30 km i tak wystartuje.

Rozmawialiśmy po długim treningu, Kowalczyk była po kilku dniach spędzonych w Soczi w dużo lepszym humorze niż tuż po przyjeździe, jest zachwycona Laurą, słońcem, tym, że z tras do wioski olimpijskiej ma tylko pięć minut spacerem. Mieszka w apartamencie z Sylwią Jaśkowiec i jej serwismenką, dziś ma ślubowanie olimpijskie, podczas zamkniętej ceremonii. Na pewno każdy kolejny dzień działa na jej korzyść i ze stopą jest lepiej. Skoro dało się na niej dobiec w ostatnią sobotę w Toblach do piątego miejsca, to tydzień później w Soczi tym bardziej można powalczyć.

- Człowiek to mocna bestia, do wszystkiego się przyzwyczaja. I cieszę się, że pojechaliśmy do Toblach. Ten start pokazał efekty naszych różnych starań. Na pewno podjęłabym taką samą decyzję drugi raz - mówi Justyna.

I pozostaje nieodgadniona. Gdy na trasach Laury mijają cię trenujące Amerykanki, słyszysz je z daleka, sama radość i energia, Norweżki są bardziej skupione, ale też tam wesoło. Justyna po prostu robi swoje. Trener Aleksander Wierietielny też wątpliwości nie rozwiewa, nie chce rozmawiać.

Przed igrzyskami najgłośniej było o szansach Justyny w biegu na 10 km klasykiem, ale przecież biegi łączone to też jej specjalność, z medalowymi efektami, choć akurat na ostatnich mistrzostwach świata w Val di Fiemme Kowalczyk była poza podium. Trasa w Soczi jest specyficzna: łatwa część klasyczna, łyżwowa bardzo trudna. - Ekstremalnie trudna, ciekawie będzie się przekonać, jak to połączenie ekstremów wyjdzie - mówi Justyna. - Ale ze względu na to, co mi się przydarzyło, nie czuję atmosfery olimpijskiej, bo zajmuję się bardziej przyziemnymi rzeczami. Ani nie czuję żadnej presji - dodaje. I może to jest przed walką o medale zdanie klucz.

Stadiony na Soczi 2014 - po co i za ile? Kliknij, aby obejrzeć galerię!

Więcej o: