Paweł Klisz: Tak, po rozmowie z trenerem Januszem Krężelokiem liczę na starty na dystansach, bo w nich czuję się lepiej niż w sprintach. Myślę, że pobiegnę w skiathlonie (15 km stylem klasycznym + 15 km stylem dowolnym) i na 15 km klasykiem. Mam też nadzieję na "50" stylem dowolnym, a skład sztafety zostanie ustalony wtedy, kiedy trener przekona się, w jakiej dyspozycji jest każdy z jego pięciu zawodników.
- Ostatnio zmieniły mi się priorytety. Przez długi czas mistrzostwa w Val di Fiemme miały być moją najważniejszą imprezą w tym roku, ale z racji tego, że dostałem się do składu na Soczi, zmieniliśmy plan treningowy, żebym najlepszą formę miał w czasie igrzysk. Właśnie dlatego starty we Włoszech mi nie wyszły. Czułem mocny trening, w jakim byłem. Jeszcze tydzień przed mistrzostwami robiłem codziennie długie wybiegania, takie po dwie, dwie i pół godziny. Wszystko pod dystanse w Soczi.
- To prawda, ale zamieszanie trwało jeszcze dzień przed biegiem łączonym. Wtedy z Włoch wyjechało dwóch serwismenów nam towarzyszących, bo obaj musieli się przygotować do olimpijskiej odprawy. Mieliśmy więc problem ze smarowaniem nart. Warunki w Val di Fiemme były bardzo trudne, padał deszcz.
- Zamieszanie było duże. Na Pucharze Świata w Novym Meście [11-12 stycznia] trener Krężelok zauważył, że jestem w dobrej formie [56. miejsce w sprincie stylem dowolnym], i powiedział, żebym się starał, bo mam szansę pojechać na igrzyska. Walczyliśmy o nie z Konradem Motorem, wszystko miało się rozegrać tydzień później w Jakuszycach. Tam miałem dwa udane biegi [46. miejsce w sprincie "łyżwą" i 38. pozycja na 15 km "klasykiem"], a później rozmawiałem z prezesem Apoloniuszem Tajnerem. Powiedział, że właśnie ja jestem brany pod uwagę jako ten zawodnik, który może dołączyć kadry, i że jest 50 procent szans, że tak się stanie. Kilka godzin później prezes powiedział, że na wyjazd mam już nawet 90 procent szans. A następnego dnia, kiedy pojechaliśmy na zgrupowanie do austriackiego Tauplitz, dostaliśmy wiadomość, że do Soczi nie pojadę ani ja, ani nawet pewni już swego Janek Antolec i fizjoterapeuta kadry. Bałagan w związku i w PKOl był duży, jeszcze tego samego dnia fizjoterapeuta dostał zgodę na wyjazd. Następnego dnia potwierdzenie obecności w olimpijskiej kadrze dostał Jasiek, a ja straciłem już nadzieję, aż w końcu, po trzech dniach, dowiedziałem się, że też będę w Soczi.
- Wiem i było mi ciężko. Czułem się rozczarowany po tym, jak w 90 procentach czułem się olimpijczykiem, a następnego dnia myślałem, że już na pewno nim nie będę. Wtedy to było dla mnie duże przeżycie, w kolejnych dniach już lepiej znosiłem wszystkie zmiany w swojej sprawie. A teraz cieszę się, że dostanę szansę wyjazdu na najważniejszą sportową imprezę i nie męczę się myśleniem o tych osobach towarzyszących.
- Nie, bo wiem, że na igrzyska jedzie się przede wszystkim wtedy, kiedy się zrobi limit.
- No tak, trzeba było zająć miejsce od 1. do 25. w biegu Pucharu Świata albo chociaż zdobyć jeden punkt lub być w czołowej "10" w sztafecie albo w sprincie drużynowym. Prezes uznał, że byłem blisko, bo w Szklarskiej Porębie zająłem 38. miejsce. Przymknął oko, bo zależało mu, żeby pojechało jak najwięcej z nas. Dostałem dodatkową szansę, i to dobrze, bo w sierpniu skończę dopiero 22 lata, a już teraz przeżyję coś wielkiego, co pozwoli mi zebrać bardzo dużo doświadczeń. Nie będę teraz sobie robił wyrzutu, że jestem słaby i jadę, żeby się w kadrze zmieścili jacyś oficjele, trenerzy czy dodatkowi serwismeni. Cieszę się, że nadarzyła się dla mnie okazja i chcę z tej okazji korzystać.
- Od kiedy pracujemy z trenerami Ivanem Hudaczem i Januszem Krężelokiem, zrobiliśmy bardzo duży postęp. Przez te dwa lata poszliśmy w dobrym kierunku, wszyscy wierzymy, że przez cztery kolejne lata dogonimy światową czołówkę. Jesteśmy najmłodszą kadrą w całym Pucharze Świata, a mamy już naprawdę dobrych zawodników. Maciek Staręga regularnie zdobywa punkty, niedawno był dziewiąty w sprincie Pucharu Świata.
- Na pewno w pierwszej "15". Trzeba mierzyć wysoko. W Pyeongchang będę miał 26 lat, to odpowiedni czas, żeby biegać na najwyższym, światowym poziomie.
- Wtedy byłem jeszcze w szkole, oglądałem igrzyska, siedząc przed telewizorem. I myślałem sobie, że w Soczi chciałbym już startować. Zaraz po Vancouver zaczął się dla mnie dobry czas. Trener Krężelok dostał wtedy propozycję pracy w Polskim Związku Narciarskim, za chwilę zajął się kadrą i wkrótce musiałem się przyzwyczaić, że człowiek, którego znałem jako zawodnika, który trzymał się z moim bratem, został moim szkoleniowcem. Ale liczyłem, że ciężką pracą u niego dojdę do startu w Soczi. Jak widać, marzenia się spełniają.
- Bardzo ciężkie, ale być może realne będzie wejście do najlepszej "30" któregoś biegu. W Szklarskiej Porębie zająłem 38. miejsce. Wiem, że tam brakowało wielu dobrych zawodników, ale moja strata do 30. miejsca i punktów PŚ nie była ogromna.
- W Pucharze Świata biegają panowie mający po 28-30 lat. Oczywiście zdarzają się takie talenty jak Peter Northug, który w wieku 24 lat zdobył Kryształową Kulę. Ale biegi to nie skoki, tu 16-, 17-latek nie ma szans wygrać wielkiej imprezy. Nasz sport uczy cierpliwości, pokory i zmusza do bardzo ciężkiej pracy. My trenujemy bardzo dużo.
- Myślę, że podobnie. Jak jedziemy na obóz w okresie przygotowawczym, np. w lipcu, to codziennie w ramach pierwszego treningu mamy nawet pięć godzin marszobiegu, a później są siłownia, nartorolki, pchanie. W ciągu dnia wychodzi osiem godzin zajęć. To kawał roboty, prawda? W kilometrach tego nie liczymy, ale robi się w górach po ok. 40 km.
Kalendarz biegów narciarskich