PŚ w Willingen. Messerschmitt przestaje latać

?Martin Schmitt to parówa? - czytał kiedyś o sobie niemiecki skoczek na polskich transparentach. Dziś wielki rywal Adama Małysza sprzed lat ma w naszym kraju fanów, którzy żałują, że karierę skończy w ten weekend w Willingen, a nie dopiero po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi. Kwalifikacje w piątek o godz. 17.30. Transmisja w Eurosporcie, relacja na żywo w Sport.pl

W 1999 roku Steffi Graf wygrała Rolanda Garrosa, odnosząc swe ostatnie, 107. singlowe zwycięstwo w karierze i 22. w turnieju wielkoszlemowym. Kilka miesięcy wcześniej Schmitt został mistrzem świata i drugim po Jensie Weissflogu Niemcem, który zdobył Puchar Świata w skokach narciarskich. Odchodząca mistrzyni i wschodząca gwiazda zostali laureatami plebiscytu na najlepszych sportowców w swoim kraju.

Gdy rok później Schmitt znów wywalczył Kryształową Kulę, jego rodacy byli pewni, że w kolejnych latach sukcesami przebije i Graff, i gwiazdę Formuły 1 Michaela Schumachera.

Potwór Małysz pożarł marzenia

Jeszcze w grudniu 2000 roku 22-latek był na najlepszej drodze do zostania skoczkiem wszech czasów. W Oberstdorfie wygrał pierwszy konkurs 49. Turnieju Czterech Skoczni. Na Schattenbergschanze zwyciężył wówczas już trzeci raz z rzędu. W ogóle w tamten sezon wszedł znakomicie, po czterech startach miał trzy zwycięstwa, a to z Oberstdorfu było już jego 24. w karierze. Świat leżał u stóp Niemca, aż nagle obudził się potwór, który pożarł wszystkie marzenia.

49. TCS ostatecznie był popisem Adama Małysza, który wygrał go z rekordową przewagą 104,4 pkt nad drugim Jannem Ahonenem i 125,8 pkt nad trzecim Schmittem.

W specyficzny sposób dominację Polaka m.in. nad niemieckim mistrzem odebrali nasi pseudokibice. "Martin Schmitt to parówa" - informowali w czeskim Harrachovie, gdzie światowa czołówka spotkała się tuż po Turnieju Czterech Skoczni, "Orzeł z Wisły" wygrywał tam konkursy lotów narciarskich, a drugi i trzeci Schmitt starał się zachować spokój. - Atmosfera? Fantastyczna. Pod warunkiem że nie jesteś Niemcem - ironizował. - Może się zdarzyć, że za chwilę stracę pierwsze miejsce na rzecz Małysza, ale nie przejmuję się tym, bo wkrótce zaatakuję ze zdwojoną siłą - dodawał, tłumacząc, że na próbę przedolimpijską do Salt Lake City nie leci, bo w tym czasie będzie się regenerował i poprawiał "kilka drobnostek".

Tamte poprawki pomogły na chwilę. W USA, pod nieobecność Schmitta, Małysz został liderem Pucharu Świata, ale w Hakubie to Schmitt był najlepszy. Małysz upadł w pierwszej serii, w drugiej z 20. miejsca przesunął się "tylko" na ósme i musiał oddać żółtą koszulkę Niemcowi.

Ale w Sapporo Schmitt założył ją po raz ostatni w karierze. Tam Małysz wygrał dwa razy, a Niemiec był siódmy i 49. W swoim Willingen miał się zrehabilitować, tymczasem kiedy Polak bił rekord skoczni, osiągając legendarne 151,5 m, on zajmował 44. miejsce.

13 lat temu pod Muehlenkopschanze dla Schmitta zjechało 50 tysięcy Niemców. Nastoletnie fanki wypisywały na transparentach, że zachowały dla niego dziewictwo, dodawały, że chcą mieć z nim dzieci. Kiedy przegrał, były zdruzgotane, a on nie chciał widzieć nikogo - zamknął się w samochodzie.

Formuła 1 bez Schmitta

"Wszystko po staremu. Martin znów dominuje" - nie dowierzał wkrótce "Berliner Zeitung". "Schmitt sprawił, że olbrzym Małysz stał się malutki" - triumfował "Bild", a "Tagesspiel" zauważał, że "niemożliwe stało się możliwe".

Tak reagowali Niemcy, gdy chwilę po Willingen Schmitt został mistrzem, a Małysz wicemistrzem świata w konkursie na dużej skoczni w Lahti. Na obiekcie normalnym panowie zamienili się miejscami, a gdy po fińskim czempionacie wygrali do spółki pięć (Małysz trzy, Schmitt dwa) z sześciu ostatnich w sezonie konkursów PŚ, nasi zachodni sąsiedzi byli pewni, że w świecie skoków przez lata rządzić będą as z Polski i as z Niemiec.

To wtedy telewizja RTL, bazując na świetnych wynikach oglądalności, nazwała skoki zimową Formułą 1 (były zaraz po niej i oczywiście po piłce nożnej ulubioną rozrywką niemieckich kibiców) i przekonywała, że latający zawodnicy działają na wyobraźnię podobnie jak niedoścignieni kierowcy bolidów. Schmitta i Małysza RTL porównywał do Schumachera i Mikki Hakkinena. Niemiecki kierowca był wtedy aktualnym mistrzem świata, który tytuł zdobył też w roku 2000 i wcześniej w 1994 oraz 1995, natomiast Fin wygrywał w latach 1998 i 1999. Małysz i Schmitt, jako zwycięzcy trzech ostatnich edycji PŚ, nagrali telewizyjną reklamę "Zimowej Formuły 1", znaleźli się też na sześciu tysiącach billboardów porozwieszanych w całych Niemczech.

Niestety, z emocjonujących Grand Prix na skoczniach nic nie wyszło, bo Schmitt już za chwilę zaczął jeździć w niższych seriach, a pozycję lidera w niemieckiej kadrze zabrał mu Sven Hannawald. Przez 10 lat kolejnych startów Schmitta i Małysza zdarzyły się tylko dwa takie, po których wspólnie stanęli na podium. W 2002 roku, zaraz po Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City Niemiec minimalnie powetował sobie tylko siódme i dziesiąte miejsca w konkursach indywidualnych. W Lahti wygrał konkurs, znów - jak na MŚ - wyprzedzając Małysza, który z igrzysk wrócił z brązowym i srebrnym medalem.

Dla Schmitta było to 28. i zarazem ostatnie zwycięstwo w karierze. Przez 12 kolejnych lat Niemiec doskoczył tylko do jeszcze czterech miejsc na podium konkursów PŚ. Małysz po sezonie 2001/2002 zdobył jeszcze dwa Puchary Świata i trzy tytuły mistrza globu, dorzucił do nich brąz tej imprezy i dwa olimpijskie srebra, a ponadto wygrał 18 konkursów PŚ i w sumie w aż 56 wskoczył na podium. Ze Schmittem spotkał się na nim tylko raz - znów w Lahti, w 2007 roku, gdzie wygrał, a Niemiec był trzeci.

Bilans sukcesów Schmitta w ostatnich, chudych dla niego 12 latach uzupełniają tytuł wicemistrza świata z 2009 roku zdobyty w jednoseryjnym, loteryjnym konkursie w Libercu oraz drużynowe srebro igrzysk w Vancouver (2010) i również drużynowy brąz MŚ w Oslo (2011).

Był świetnym skoczkiem, jest dobrym człowiekiem

Schmitt marzył, że jeszcze choćby tylko w drużynie wystartuje w Soczi i może przeżyje to, co w Salt Lake City, gdzie pomógł zdobyć złoto, po pasjonującej walce z Finami (Niemcy byli lepsi o 0,1 pkt). Ale Austriak Werner Schuster, który prowadzi niemiecką kadrę, już w połowie Turnieju Czterech Skoczni stwierdził, że stary mistrz jest wyraźnie słabszy od niemieckiej młodzieży, dlatego w Rosji nie wystartuje.

Wkrótce to Schmitt będzie nauczycielem młodzieży. Jesienią przyszłego roku skończy Akademię Trenerską w Kolonii, w której studiuje od października 2012 roku.

Co cenne, swoich podopiecznych będzie mógł nauczyć nie tylko skakania. - Kiedyś po zawodach Pucharu Kontynentalnego w St. Moritz zamiast nagród pieniężnych najlepszym zawodnikom wręczano niewielkie złote samorodki. Mam go do dzisiaj. Od tamtego czasu zyskał sporo na wartości - mówi.

Były student ekonomii przyznaje, że nigdy nie trwonił pieniędzy, samego siebie określa jako konserwatywnego inwestora, który ma trochę akcji, ale preferuje lokaty terminowe i bezpieczne aktywa. Krótko mówiąc, każdy milion marek, a później każdy milion euro, który począwszy od 1999 roku rokrocznie wypłacał mu producent czekolady Milka, znalazł się w dobrych rękach.

A nawet w bardzo dobrych, bo Schmitt pieniędzmi potrafi się dzielić. Razem ze swym bratem Thorstenem (wicemistrz świata z 2003 roku w kombinacji norweskiej) założył fundację na rzecz walki z rakiem, a gdy w 1999 roku w Planicy o zeskok rozbił się Walerij Kobieliew, to właśnie Schmitt sfinansował kosztowną operację rosyjskiego skoczka.

Kobieliew wrócił do sportu, zdarzało mu się nawet wskakiwać do pierwszej "dziesiątki" konkursów PŚ, a karierę zakończył w 2006 roku, zajmując 47. miejsce w Willingen.

Dawno temu Schmitt na Muehlenkopschanze trzy razy stawał na podium. Teraz, startując, mógłby uzyskać podobny wynik, jak przed laty Kobieliew, a to byłoby smutne, bo stary mistrz powinien odchodzić właśnie jak mistrz.

Dlatego Schmitt skoczy tylko poza konkursem. - To był pierwszy wielki rywal Adama. To, że Małysz podjął z nim rywalizację i zaczął wygrywać, będziemy pamiętać zawsze. Jak również to, że wcześniej Niemiec przez dwa lata nie miał sobie równych - mówi prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner. - Schmitt zawsze traktował nas bardzo sympatycznie, my z Adamem też go lubiliśmy - dodaje były trener Małysza. - Martin był trochę zagubiony, nawet lekko wystraszony popularnością. Jego miła buzia i równie miły styl bycia spowodowały w końcu, że zamknął się w domu. Szkoda, że z byciem na świeczniku nie poradził sobie tak dobrze jak Adam. Teraz, kiedy kończy karierę, szczerze życzę mu wszystkiego dobrego, zresztą jak chyba wszyscy, nawet ci, którzy przed laty nie umieli docenić jego klasy - kończy Tajner.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS , na Androida i Windows Phone

Więcej o: