Soczi 2014. Skoczkowie dostali skrzydeł

Rok temu na inaugurację sezonu Polacy uciułali ledwie siedem punktów, teraz zdobyli aż 223. - Polska fabryka skoków dopiero się rozkręca - mówi Sport.pl trener kadry Łukasz Kruczek. Kolejne zawody Pucharu Świata odbędą się w piątek o godz. 16 w Kuusamo. Relacja na żywo w Sport.pl.

Krzysztof Biegun - pierwszy, Piotr Żyła - piąty, Maciej Kot - szósty, Jan Ziobro - dziewiąty. Punkty zdobył także Dawid Kubacki, a drużyna zajęła czwarte miejsce z minimalną stratą do podium - tak wyglądał szalony weekend w Klingenthal. - Emocji było sporo, ale mniej więcej tego się spodziewaliśmy. Dostaliśmy może trochę z nawiązką, ale umieliśmy szczęściu pomóc - podkreśla Kruczek.

Po raz pierwszy od 1994 r. Puchar Świata nie zaczynał się na dalekiej północy, tylko w centralnej Europie. Nie trzeba było jechać do Kuopio, Kuusamo czy Lillehammer. Niemcy poświęcili dużo energii, pracy fizycznej oraz euro, by przygotować Vogtland Arenę. Ubiegłoroczny śnieg zmagazynowali niedaleko skoczni, przysypali go trocinami i kilka dni przed startem mozolnie rozrzucali, by przygotować zeskok. Solidnie się napracowali. Dlatego przedstawiciele Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) tak bardzo się starali, by mimo silnego wiatru w sobotę rozstrzygnąć konkurs drużynowy, a w niedzielę indywidualny.

- To miała być nagroda dla organizatorów - tłumaczy Kruczek. - Na wiatr nikt nie ma wpływu. Na granicy jesieni i zimy w całej Europie front ciepły styka się z zimnym i wieje. Konkursy w Kuusamo to też loteria, w której o wynikach decydował wiatr. W Klingenthal nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Pod względem poziomu sportowego to nie były sprawiedliwe zawody, ale w tej dyscyplinie takie też się zdarzają.

Konkurs drużynowy skończył się po ośmiu skokach serii finałowej. Żyła odrobił 2,5-punktową stratę do Japończyków, Polacy byliby za Niemcami i Słoweńcami, ale wtedy zaczęło mocniej wiać i jury skończyło rywalizację, anulując całą serię finałową. - Można było chwilę czekać, ale sędziowie chyba byli zbyt szczęśliwi, że udało się rozegrać choć jedną serię - mówi Kruczek.

O ile w sobotę skoczkowie szybko wrócili do hotelu, o tyle w niedzielę spędzili na skoczni cały dzień. Konkurs indywidualny miał się rozpocząć o 13.30, zaczął się po 15, skończył przed 17.

- Najgorsze było wyczekiwanie, dostawaliśmy komunikaty, że kolejna decyzja za kwadrans. Zawodnicy siedzieli w szatni - opowiada Kruczek. - Odpoczywali, ale byli w gotowości. W pewnym momencie myślałem, że się rozjedziemy do domów, bo prognozy nie zapowiadały poprawy, ale zaczął sypać śnieg i trochę się uspokoiło.

Z numerem piątym skakał 19-letni Biegun, dla którego był to drugi w życiu start w PŚ - w lutym w lotach w Oberstdorfie zajął 30. miejsce. Trzy tygodnie wcześniej w Libercu zdobył srebrny medal MŚ juniorów w drużynie.

W Klingenthal formą błysnął już w drużynówce, osiągnął najlepszy wynik spośród Polaków. Gdyby to był konkurs indywidualny, po pierwszej serii zajmowałby czwarte miejsce. - Krzyśka mieliśmy na oku od miesięcy, to nie jest zawodnik znikąd. W letnim Grand Prix zajął piąte miejsce w klasyfikacji generalnej, najwyższe z drużyny. Wygrał w Hakubie, był w drużynie, która zajęła pierwsze miejsce w Wiśle - opowiada Kruczek. - Niedzielny skok nie był nadzwyczajny, niewiele różnił się od jego innych prób. Krzysiek jest powtarzalny i wszystko szczęśliwie się ułożyło. Zaraz po skoku żartowaliśmy na wieży, że będzie wysoko. Po 25-30 zawodnikach ktoś rzucił, że może nawet wygra. Kiedy skakała pierwsza dziesiątka, wiedziałem już, że Krzysiek zwycięstwo ma w kieszeni. Warunki nie pozwalały na rywalizację z takim wynikiem, jaki on osiągnął.

Biegun uzyskał 142,5 m, o 4 m mniej od rekordu skoczni Niemca Michaela Uhrmanna. Nikt nie był w stanie się do niego zbliżyć, drugą odległość niedzieli (136 m) miał Żyła. Starczyło do piątego miejsca, co oznacza, że zaczął sezon na tej samej pozycji, na której skończył poprzedni.

- Początek mamy super - mówi Kruczek. - Pokazał sens pracy i dodał skoczkom pewności. Zakładaliśmy spokojne wejście w sezon, a dostaliśmy więcej. Konkursy były loterią, ale analizowałem skoki pod względem technicznym. Były dobre. W warunkach laboratoryjnych nie różniłyby się znacznie, może inni skakaliby lepiej i w pierwszej dziesiątce nie zostałoby czterech, tylko trzech naszych.

Ani jednego punktu nie zdobył Kamil Stoch, polski mistrz świata i trzeci zawodnik PŚ poprzedniej edycji. Skakał jako trzeci od końca i uzyskał 117 m. - Trochę wcześniej na zeskoku upadł Austriak Andreas Kofler, była przerwa i warunki zepsuły się do końca. Zaraz za progiem wiało z boku, a w dole cisza. Nie było nic pod nartami, nie dało się odlecieć - podkreśla Kruczek.

Słabo skoczyli tuż przed Polakiem Niemiec Freund oraz Słoweńcy Hvala i Kranjec, czyli inni zawodnicy z czołówki. - Mieli pecha. Tak jak Kamil. Mam nadzieję, że obudzi się w nim sportowa złość, bo na progu i w locie błędu nie popełnił. Skok był dobry, ale krótki - mówi Kruczek.

Po Stochu na rozbiegu zostali Norweg Anders Bardal i Austriak Gregor Schlierenzauer. Czekali długo. - Zmarzli na górze, więc od jury dostali trzy minuty na to, by się rozgrzali w ciepłym pomieszczeniu dla zawodników na szczycie - mówi Kruczek. - Później mieli wrócić i skoczyć. Gregor porozmawiał przez telefon z trenerem Pointnerem i z Bardalem zjechali windą. Nie stanęli na starcie, więc konkurs się skończył. Nie chcę tego komentować. Znamy obiekt w Klingenthal i wiem, kiedy zagraża zawodnikom. W niedzielę nie było niebezpiecznych warunków, tylko takie, w których nikt z czołowej dziesiątki nie miałby szansy walczyć o zwycięstwo.

Teraz skoczkowie przenoszą się pod koło podbiegunowe do Kuusamo. - Też będzie loteria - przewiduje Kruczek i zabiera do Finlandii tych samych zawodników, którzy startowali w Klingenthal. Rozważał, by nie brać Bieguna, który nie zna kapryśnej i ciężkiej skoczni w Finlandii. Zgodnie z planem miał wrócić do kadry za tydzień na zawody w Lillehammer, ale w sytuacji, gdy został drugim po Adamie Małyszu polskim liderem PŚ, trenerzy zmienili zdanie. - Liczę, że sobie poradzi. To dojrzały chłopak, nie obawiam się, że Kuusamo go rozreguluje - mówi Kruczek. - Krzysiek nie jest zostawiony sam sobie, nie został nagle liderem grupy, nie wszystko jest teraz na jego barkach. Odpowiedzialność rozkłada się na zespół, a w drodze powrotnej do Polski sporo rozmawiał z Kamilem o nowej sytuacji. Starszy kolega udzielił kilku rad.

Przed sezonem Stoch mówił, że "nie będziemy drugą Austrią, ale zobaczycie polskich skoczków, jakich nie widzieliście nigdy". - No i zobaczyliśmy już w Klingenthal - uśmiecha się Kruczek. - O polskiej szkole skoków będzie można mówić dopiero wtedy, gdy zaczniemy co rok-dwa dostarczać do Pucharu Świata choć jednego klasowego zawodnika. Na razie fabryka jest na etapie rozruchu. f

Podium w Klingenthal: drugi Niemiec Andreas Wellinger, zwycięzca Krzysztof Biegun i trzeci Słoweniec Jurij Tepes. - Mieliśmy Krzyśka na oku od miesięcy, to nie jest zawodnik znikąd. Latem w Grand Prix zajął piąte miejsce w klasyfikacji generalnej, najwyższe z drużyny - mówi trener Łukasz Kruczek.

Zobacz wideo
Więcej o: