Biegi narciarskie. Aleksander Wierietielny: Mój strach przed Soczi

To będzie straszny rok. Dobra forma niczego nam nie zagwarantuje, bo pogoda może zamienić igrzyska w loterię. Czasami mam już tego dość - mówi Sport.pl trener Justyny Kowalczyk trzy tygodnie przed początkiem sezonu olimpijskiego.

Sport.pl: Od najbliższego piątku Justyna Kowalczyk startuje w Pucharze FIS w Muonio, 29 listopada zaczyna sezon Pucharu Świata w Kuusamo. Mówi, że przygotowania do tego sezonu to było kilka najcięższych miesięcy w jej życiu. Psychicznie, nie fizycznie. Pan może powiedzieć to samo?

Aleksander Wierietielny: Tak. Czasami szło nam jak po grudzie. Justyna jest bardzo dobrze wytrenowana. Nie oszczędza się, wkłada serce w pracę, na pewno będzie miała bardzo dobre wyniki, w to nie wątpię. Ale nie jest łatwo.

Dlatego że - jak mówi Justyna - coraz trudniej jest jej pogodzić życie sportowca z życiem prywatnym? A raczej z tym, co traci w życiu prywatnym?

- Tak mi się wydaje. Jest jej z tego powodu bardzo ciężko i prawdę mówiąc, mnie również. Spędzamy razem tak wiele czasu, że i mnie się ten nastrój udziela. Ale nic to, wytrzymajmy do Soczi. Byle się tylko nie dać porwać nerwom do tego czasu. Zobaczymy, jakie będą nasze humory po igrzyskach. Czy kończymy zabawę i dajemy sobie spokój, czy nie. Jak będą złe wyniki, to trzeba będzie podziękować i skończyć. A jak będzie dobrze, to się zastanowimy co dalej. Pewnie trzeba będzie dalej bawić publiczność, zdobywać medale.

A pan co wtedy Justynie doradzi?

- Myślę, że ona musi mieć czas, żeby się nacieszyć prywatnym życiem. Wszyscy oczekują, że będzie maszynką do dawania radości. "Dawaj, dawaj Justyna!", najlepiej przez następne sto lat. Ale tego się nie da godzić bez końca. Ona musi złapać głębszy oddech. I to nie na zasadzie - trochę odpocznę, a potem zobaczymy. To się nie uda, ona dwa tygodnie posiedzi i będzie chciała wracać. To musi być nastawienie: teraz jest czas na życie, biegi się nie liczą. Żaden sezon ulgowy tym bardziej nie wchodzi w grę. Ona niczego jeszcze na pół gwizdka w życiu nie zrobiła i tego też nie zrobi. Jak zdecyduje, że biegnie dalej, to pobiegnie jak kozica po górach.

Będzie pan zaskoczony, jeśli za rok się okaże, że jest pan z Justyną na kolejnym zgrupowaniu tuż przed sezonem?

- Jeśli będzie chciała ze mną dalej pracować, będę pracować. Ale wolałbym, żeby trochę odpuściła z nartami. Dla jej dobra. Bo tak dalej po prostu się nie da. Ja ją zachęcam, żeby sobie po Soczi zrobiła przerwę. Ale nie wiem, co ona naprawdę o tym sądzi. Najczęściej obraca wszystko w żart. Że do igrzysk w Korei chyba jeszcze będzie biegać. Cokolwiek postanowi, dostosuję się. Ja już mam legitymację emeryta rencisty.

Justyna mówi, że pytania o przyszłość przyjmuje dopiero po Soczi.

- I ma rację. Teraz można tylko gdybać.

Dla pana to już 13. sezon z nią, trzecie igrzyska. Nie znacie olimpiad bez medali Justyny: w Turynie był jeden, w Vancouver trzy. Takie sezony są podwójnie trudne, z powodu presji, czy właśnie łatwiejsze, bo mobilizacja przychodzi sama?

- Ta zima będzie wyjątkowo trudna. Psychicznie. Przed Vancouver było ciężko, ale wtedy widziałem, że Justyna jest w dobrej formie i że z tego na pewno będą medale. A teraz wiem, że Justynę stać na sukcesy, o ile tylko nie przydarzy się jakaś kontuzja. Ale boję się, że to niczego nie gwarantuje, bo te igrzyska będą loterią. Może sypnąć niespodziankami. Tam jest tak specyficzny klimat, pogoda zmienia się z jednej skrajności w drugą, że w biegach na Krasnej Polanie może się zdarzyć wszystko. Można być w świetnej formie, można być najlepszym na świecie, a zostać bez medalu, bo tak zdecyduje los. Od kilku lat już serwismeni z różnych firm próbują się tam dostać, przetestować smary, parafiny i wszyscy powtarzają, że to jest miejsce kompletnie nieprzewidywalne. A ja ciągle pamiętam mistrzostwa świata w Sapporo w 2007 z nieprzewidywalną pogodą. Tam drugie miejsce w biegu na 15 km zajął Białorusin Leanid Karniejenka, który nigdy nie był w trzydziestce Pucharu Świata, nawet w pięćdziesiątce bywał rzadko. Niespodziewanie spadł śnieg, a on obleciał trasę jeszcze po lodzie, gdy nie było ani płatka śniegu. Reszta rywali trafiła na śnieżycę. Złoto wtedy zdobył biatlonista Lars Berger. I takie rzeczy mnie martwią przed Soczi.

To Sapporo to jedno z waszych najgorszych wspomnień, jedyna od 2006 roku wielka impreza bez medalu Justyny.

- Tak, wtedy popełniliśmy mnóstwo błędów. Ja je popełniłem, gdy smarowałem Justynie narty do stylu klasycznego, popełnili je ludzie, którzy się nami tam opiekowali, choć akurat tego tematu nie chciałbym rozwijać. Bo chodzi o to, co w biegach pogoda może zrobić z wielką imprezą.

Przed Vancouver i pan, i Justyna narzekaliście, że są tam trasy turystyczne, czyli nie dla niej. Teraz trasy są znakomite, ale już próba olimpijska rok temu pokazała, że na Krasnej Polanie najmniejszy błąd się zemści.

- Tak. Justyna w obu biegach poniosła dotkliwe porażki (Kowalczyk zajęła 43. miejsce w sprincie stylem dowolnym, a biegu łączonego nie dokończyła), choć była w dobrej formie. Ale narty były zupełnie nieprzygotowane do warunków. Dobrze, że się tak stało, obecnie dmuchamy na zimne. Mam nadzieję, że teraz serwismeni spiszą się na medal. Tym bardziej że mamy ich już nie czterech, ale pięciu, wrócił do nas Ulf Olsson, fachowiec od stylu dowolnego, i liczymy na to, że stworzą zwartą, dobrze współpracującą grupę. Bo los będzie w dużej części w ich rękach.

Kto wpadł na pomysł, żeby zaprosić Olssona z powrotem do sztabu?

- Justyna. Ja myślałem o tym, ale czekałem na jej ruch, nie chciałem tego narzucać. I obydwoje widać doszliśmy do wniosku, że to najlepszy pomysł. Gdy Justyna coś napomknęła o Ulfie, od razu jej przytaknąłem. To, że Olsson miewa problemy osobiste, zostawiamy na boku. Jest świetnym fachowcem. A z problemami jakoś sobie będziemy radzić. Ma dużo chęci, właśnie nam pokazał na zgrupowaniu w Muonio, jak działa skonstruowana przez niego zamrażarka do nart. To bardzo ważne udogodnienie, bo w Soczi temperatury będą zapewne dodatnie, a w takich warunkach przygotować narty do stylu klasycznego smarami ciekłymi i klistrami jest bardzo trudno. Taka zamrażarka ułatwi nakładanie warstw smaru. Wszyscy nasi serwismeni pracują w Muonio od świtu do nocy, wzięli mnóstwo par nart.

Zobacz wideo

Mają coś do udowodnienia po ostatnim sezonie, gdy bywało z nartami bardzo różnie. Również podczas mistrzostw świata w Val di Fiemme.

- Nie mogą dać plamy. Wszystko musimy mieć zapięte na ostatni guzik. W Val di Fiemme wszystko się posypało przez wywrotkę Justyny w sprincie. Bo w formie była przecież i tuż przed, i tuż po mistrzostwach świata, wygrywała w Pucharze Świata.

Ulf Olsson się dobrze kojarzy - z mistrzostwami świata w Libercu w 2009, gdy razem z panem szykował Justynie narty. Na złoto.

- Ulf odpowiadał za smarowanie na jazdę, a ja na styl klasyczny. Dobrze nam się układało. Na dwa złota i brąz. To się nieczęsto zdarza. Ulf miał jednak swoje ambicje, chciał pracować z jakąś mocną drużyną. Norwegowie zauważyli, jak dobrze przygotowuje narty Justynie, i podkupili go. A ostatnio go odstawili i wraca do nas.

Wierzy pan, że się panu i Justynie może zdarzyć druga wielka impreza tak udana jak Liberec? Dziś, gdy ścisk wokół podium jest chyba największy w ostatnich latach?

- Nie ma co się oszukiwać, konkurencja do miejsc w pierwszej piątce jest ogromna. Trzeba będzie być nie tylko dobrze przygotowanym, ale też mieć szczęście. Norweżki tego, co wypracowały przez ostatnie lata, szybko nie stracą. Słyszę, że są w dobrej formie. Podciągną się jeszcze Niemki, Rosjanki, Amerykanki.

Zgodnie z pierwszymi planami miał pan być teraz z Justyną w Santa Caterina, na obozie wysokogórskim, a jesteście jednak w Muonio. Czyli jak zwykle w ostatnich latach. I Justyna jak zwykle wystartuje 15-17 listopada w tutejszych zawodach FIS. Brak śniegu w Santa Caterina mocno skomplikował przygotowania?

- Nie. We Włoszech byłoby dla nas trochę dogodniej, ale nie ma wyboru. Cała Europa ciepła, a w Finlandii warunki są dobre. Właśnie patrzę przez okno na ratrak przygotowujący trasę, kolejny już raz tego dnia. Temperatura minus pięć, śniegu pod dostatkiem, dobra pięciokilometrowa trasa. Nie ma co narzekać. Justyna już biegała tutaj sprawdziany z innymi ekipami. Puchar FIS będzie mocno obsadzony, choć oczywiście nie będzie ani Norwegów, szykujących się do swoich zawodów w Beitostoelen, ani Szwedów, którzy sprawdzą się przed sezonem w Bruksvallarnie.

Tym razem sezon zaczyna się nieco później niż zwykle, i nie biegiem na 10 km stylem dowolnym gdzieś w Szwecji czy Norwegii, ale wyścigiem etapowym w Kuusamo, gdzie Justyna lubi biegać, i jest dużo stylu klasycznego. Pierwszy raz zacznie sezon od miejsca na podium?

- Nie podejmę się przewidywać. My zawsze dostajemy na inaugurację coś innego, niż się spodziewamy. Już raz liczyliśmy, że będzie bardzo dobrze, a skończyło się 27. miejscem. W wielu ekipach tuż przed sezonem są eliminacje do kadry. Dlatego w tym okresie: listopad-grudzień, wiele zawodniczek już biega bardzo mocno. Do tego dochodzą młode zawodniczki, które od razu chcą sprawdzić, ile im dało dobrze przepracowane lato. I ruszają mocno od początku zimy. A Justyna nie musi walczyć o miejsce w kadrze, nie musi od razu sprawdzać formy. Wierzy na tyle w swoje sposoby, że spokojnie czeka. Bo ci, co się wyrywają do przodu na początku sezonu, często nie są w stanie dotrwać do głównej imprezy. Więc ja się zupełnie nie przejmuję.

Justyna zaczyna sezony słabiej, bo później niż rywalki kończycie ciężkie treningi. Tym razem też tak będzie?

- Nie, już skończyliśmy to, co najcięższe. Gdy przyjechaliśmy do Muonio, Justyna powiedziała: "Trenerze, zrób rozeznanie w innych ekipach, czy chcą się pościgać, bo ja już mam dość treningów, chcę trochę postartować". W sobotę już miała sprawdzian, niedługo startuje we wspomnianym Pucharze FIS, a potem podczas tych dwóch tygodni do startu Pucharu Świata też się sprawdzimy, bo Czesi chcą tu zorganizować jakieś wyścigi.

Jaki ma pan plan na ten sezon?

- Wszystko będzie podporządkowane igrzyskom. Byle przeżyć początek, do świąt, potem startujemy w Tour de Ski, bo jeszcze nigdy na tym źle nie wyszliśmy. Tour jest Justysi potrzebny do budowania formy. O Kryształowej Kuli pomyślimy dopiero po igrzyskach: jeśli będzie w zasięgu, nie odpuścimy. Ale to wszystko zdarzy się tylko po drodze do igrzysk.

Ma pan jakieś marzenie na ten sezon?

- Niech zostanie dla mnie.

Ale to jest marzenie sportowe? Związane z biegiem na 10 km stylem klasycznym w Soczi? To ulubiona konkurencja Justyny.

- Marzenie jest sportowe, ale nie dotyczy tego biegu. Bo nastawiać się akurat na 10 km stylem klasycznym byłoby niemądrze, bo ten bieg ze wszystkich olimpijskich jest największą pogodową ruletką. To będą igrzyska stylu łyżwowego, musimy się do tego dostosować. Żeby chociaż sprint był stylem klasycznym... wtedy zawsze byłaby większa szansa, że los się uśmiechnie, jeśli chodzi o smarowanie.

A ponieważ sprint jest łyżwą, to Justyna w nim nie wystartuje?

- Rozmawialiśmy o tym od początku przygotowań. Ja byłem za tym, żeby Justyna się do niego przygotowywała. Bo ma możliwości w tej konkurencji, tyle że w to nie wierzy. A skoro nie czuje się w tym dobrze, to i do przygotowań do sprintu się nie przykładała. Serca w tym nie było, więc jej odpuściłem sprinty krokiem łyżwowym. Bo na siłę robić nic nie ma sensu, to i tak dobrego wyniku nie da. Wątpię więc, żeby jeszcze zmieniła zdanie. Tak czy owak, niech już to Soczi nadejdzie, niech się już ta presja po nas przetoczy i minie. Nie żałuję żadnej chwili spędzonej w pracy z Justyną. Ale czasami już tego wszystkiego mam dość.

Więcej o: