Londyn 2012. Damian Janikowski jak Joker i Hulk

- Ja już mam uszy zapaśnicze. W pewnym momencie małżowina pęka przez otarcie, uderzenie. Krew się wlewa i powstaje kalafior. Ja się nie wstydzę, to coś fajnego. Jak się idzie ulicą, patrzy się na człowieka, to widać, że trenuje. Ja pierwszy kalafior miałem po siedmiu latach - mówi brązowy medalista w zapaśniczej kategorii do 84 kg Damian Janikowski.

Ile razy zabrzmi Mazurek Dąbrowskiego? Dowiesz się w serwisie Polacy w Londynie ?

Rozmowa z Damianem Janikowskim

brązowym medalistą igrzysk w zapasach, styl klasyczny (84 kg)

Radosław Leniarski, Jakub Ciastoń: Sprawi sobie pan nowy tatuaż?

Damian Janikowski: Mam już pomysł, projekt jest w komputerze. Będzie nawiązywał do mojej osobowości. Mam dwie maski, jedna jest na podobieństwo mnie lub Jokera. Koledzy mówią, że jak się uśmiecham, jestem do niego podobny. Druga to Hulk, zły, może to moja druga twarz.

Wiemy, że ma pan psa. Jaka rasa?

- Oj, zaraz powiecie, że niebezpieczny, agresywny, a to nieprawda, bo one kochają ludzi. To pit bull red nose, fajny. Dziwne byłoby, by facet chodził z jamnikiem, a lubię spacerować. Piti ma pół roku. Rudy, świecące, bursztynowe oczy. Mądry, ułożony, kochany. To, czy psy są agresywne, zależy od wychowania. Kolega się teraz opiekuje nim i moim mieszkaniem. Wczoraj znajomi zrobili show, wystawili telewizor z mieszkania, ubrali Pitiego w strój z nazwiskiem Janikowski. Muszę zobaczyć nagranie.

Podobno próbował pan sił w MMA...

- Dwa lata temu w Skale koło Krakowa. Wygrałem trzy pojedynki, a w finale zwycięstwo dał mi lewy sierp. Każdy na ulicy jakieś walki ma, więc umiem się posługiwać rękami. Opuścił gardę i weszło. Miałem jednak braki w boksie, bo nie trenuję go, nie ćwiczę też brazylijskiego jujitsu. Ale przez najbliższy rok zamierzam się podszkolić, choć z zapasów nie rezygnuję, bo jestem młody i mam sporo do osiągnięcia. Może jednak wystąpię w zawodach amatorskich, a jak pojawi się ciekawa oferta, to niewykluczone coś więcej. Mam przewagę, w MMA po 10 sekundach zawodnicy nie mają sił podnieść ręki, u nas trzeba wytrzymać pięć walk w dzień.

Dlaczego nie walczycie w nausznikach? Pana uszy wyglądają tak sobie.

- Młody zawodnik może nosić nauszniki. Ja już mam uszy zapaśnicze. W pewnym momencie małżowina pęka przez otarcie, uderzenie. Krew się wlewa i powstaje kalafior. Ja się nie wstydzę, to coś fajnego. Jak się idzie ulicą, patrzy się na człowieka, to widać, że trenuje. Ja pierwszy kalafior miałem po siedmiu latach. W zależności od stylu jedno ucho jest bardziej zniekształcone, drugie mniej, a ja jestem wyszkolony, wszechstronny, akcje robię na obie strony i dlatego mam takie same kalafiory na obu uszach. Jak powstają, trzeba je pielęgnować. Moje są ładne. Niektórzy nie dbają i mają odstające, zwisające, większe.

Z takimi uszami chyba pana na ulicy nie zaczepiają? Znak - trzymaj się z daleka.

- I dobrze. Po co ktoś ma mi wchodzić w drogę. Albo ja komuś.

Podobno zapasy znikną z programu...

- Absurd, to najstarsza dyscyplina olimpijska.

Mówił pan po walce, że medal dedykuje sobie, że nie ma pan idoli w zapasach. Trzeba być samemu?

- Tak. Walczę sam. Nie ma na macie zespołu. Jestem tu dzięki pracy mojej i trenerów, ale całościowo wszystko zawdzięczam sobie. Nie mam mistrzów, bo w mojej bardzo wyrównanej kategorii z roku na rok sytuacja się zmienia. Poprzedni mistrz olimpijski nie wszedł chyba do najlepszej ósemki. Ze dwudziestu zawodników mogło zdobyć medal. Na szczycie nazwiska się nie powtarzają.

Zapasy jakoś się przydają w życiu? Na przykład na bramce w dyskotece?

- Jak nie miałem za co żyć, pracowałem jako bramkarz, ale bramkarze nie biją. Bramkarze się bronią. Czasem trzeba wyprowadzić klienta, wtedy wystarczy go bezpiecznie obezwładnić. Najtrudniejsze walki stoczyłem na macie. Takie są czasy, że jak ktoś szuka zaczepki, to nie chodzi bez "sprzętu". Mam kolegę, dobrego zawodnika, który stanął w obronie i dostał nożem w plecy. Jeździ na wózku... Unikam kłopotów na ulicy, wolę się nie wtrącać, odwrócić, odejść. Chyba że trzeba dać prztyczka.

Otrzyma pan nagrodę, będzie lepiej. Bo finansowo zapasy nie dają kokosów?

- Generalnie bida. Należę do Fundacji im. Feliksa Stamma, która stara się mnie wspierać. Poza tym firma Under Armour z Krakowa zapewnia mi stroje treningowe. Tyle. Nie mam pomocy finansowej. Jestem zawodowym żołnierzem, otrzymuję pensję, a także stypendium sportowe. Medalistom olimpijskim żyje się łatwiej, wiem, że za jakiś czas dostanę emeryturę czy rentę do końca życia. Zapracowałem na nią. Zbieram na mieszkanie we Wrocławiu, dom mi nie jest potrzebny. I na ten cel przeznaczę nagrodę za Londyn [50 tys. zł].

Przyjechał pan tu po medal jakiego koloru?

- Celowałem w finał. Ale w każdym turnieju liczy się dla mnie tylko kolejna walka. I zawsze dziękuję Bogu, gdy wygrywam.

W walce o finał zostałem rzucony jak dzieciak, przez co nie byłem potem zmotywowany. Trenerowi powiedziałem nawet półżartem, że jak nie wejdę do finału, to z igrzysk wyjadę z niczym. Ale kolega i trener Szymon Kogut z reprezentacji Danii zmotywował mnie, bym nie robił tak jak jego zawodnik, który przegrał wejście do finału i odpuścił. Godzinę analizowałem walki z Francuzem, to, jakie mi chwyty robił, gdy sparowaliśmy we Władysławowie. Wygrywał tam ze mną. Ustawiłem sobie w myśli taktykę. Zawodnik powinien wiedzieć, co robić na macie, a trener - podpowiadać coś, czego zawodnik sobie nie uświadamia.

W przerwie chodziłem po szatni i nakręcałem się, budziłem adrenalinę. Mam ćwiczenia od dr. Graczyka i wiedziałem, że rozwalę Francuza. W pierwszej rundzie walczyłem pasywnie, to nie mój styl, ale musiałem. Ważne było to, że obroniłem pierwszy parter, bo Francuz był tu niebezpieczny. W drugiej rundzie zastosowałem mój chwyt, boczne wyniesienie. Musiałem je wykonać w 100 proc.

Spał pan wczoraj z medalem?

- Był obok. Spałem mało, godzinę. Do siódmej siedziałem ze znajomymi i gadaliśmy, bo tak byliśmy zachwyceni sukcesem. Alkoholu jeszcze nie było. Może dziś spotkam w Londynie przyjaciół.

Damian Janikowski ? z brązowym medalem

Więcej o: