Londyn 2012. Wyspy spierają się o plastikowych Brytyjczyków

Brukowce nazywają ich oszustami. Dziennikarze każą recytować hymn i pytają, gdzie wyparowały miliony wpompowane w import zapaśników z Ukrainy. - Odczepcie się. To nasz nowy dom - mówi Yamilé Aldama, urodzona na Kubie brytyjska lekkoatletka

Termin "plastic Brits", czyli "plastikowi Brytyjczycy", wprowadził Martin Samuel, felietonista "Daily Mail" (znanego także m.in. z ataków na Polaków "zabierających pracę wyspiarzom"). Chodzi o kilkudziesięciu sportowców, którzy przed igrzyskami w Londynie zostali zaimportowani do brytyjskiej kadry - ukraińskich zapaśników, urodzonych w USA i na Karaibach lekkoatletów, szwedzkich piłkarzy ręcznych itd.

Świat importuje sportowców, rozdając paszporty, od dziesięcioleci. Dla Brytanii - na taką skalę - to nowe doświadczenie. Dlatego media, kibice i sami sportowcy nad Tamizą dopiero teraz włączyli się w jedną z najbardziej kontrowersyjnych dyskusji współczesnego sportu.

"To oszustwo. Ci ludzie byli zbyt słabi, żeby zakwalifikować się do reprezentacji swoich krajów, więc zaprzyjaźnili się z nami. To nie fair wobec kibiców, innych zawodników, naszego sportu. Niech będzie słabszy, ale nasz. Rozwijajmy go własnymi siłami" - pisał Samuel.

Najwięcej argumentów przeciwnikom "plastikowych Brytyjczyków" dostarczył skandal wokół kadry zapaśników. Wyspiarze sprowadzili zawodników z Ukrainy i Bułgarii. Początkowo jako sparingpartnerów Brytyjczyków - mieli uczyć, ale szybko wypchnęli ich z kadry i zaczęli startować pod flagą Zjednoczonego Królestwa. - Teraz my jesteśmy ich sparingpartnerami - mówił Mark Cocker. Związkowi to pasowało, bo Ukraińcy byli lepsi, można było dostać większe dotacje od UK Sport, rządowej agendy finansującej przygotowania. Na szkolenie poszło w sumie aż 3,5 mln funtów. Ukraińcy po pewnym czasie dostali paszporty, żyli dostatnio, ale na igrzyska się w końcu nie zakwalifikowali. Okazali się za słabi, a Myrosław Dykun wpadł na dopingu. Minimum spełniła tylko Olga Butkiewycz. Jeszcze kilka tygodni temu obawiano się, że zapasy będą jedyną dyscypliną bez brytyjskiego sportowca w Londynie. - To największy skandal przygotowań do igrzysk. Przykład na marnotrawienie pieniędzy, bezmyślną politykę. Zapasy można było po prostu odpuścić, a nie starać się wystartować za wszelką cenę - mówi Robert Mendick, dziennikarz "Sunday Telegraph".

Kontrowersje są też wokół drużyn piłki ręcznej, które opierają się na Skandynawach z mniej lub bardziej naciąganymi brytyjskimi korzeniami. W Londynie przegrywają jednak w kompromitujących okolicznościach - różnicą 20 bramek, nie mają szans na ćwierćfinał, a ze względu na niską popularność szczypiorniaka, po igrzyskach pewnie przestaną istnieć. Niektórzy już pytają: "Po co wydaliśmy na to pieniądze?".

W sportach - z brytyjskiego punktu widzenia - dziwnych i bez medalowych szans atakowanie "plastikowych" przychodzi dość łatwo. Największe kontrowersje budzi jednak lekkoatletyka. "Daily Mail" niezwykle ostro atakował Tiffany Porter, sprinterkę na 100 m ppł., urodzoną w Michigan, która przypomniała sobie, że jej mama jest Brytyjką, dopiero gdy nie dostała się do kadry USA. W Londynie przyjęli ją z otwartymi rękami, bo szósta sprinterka Ameryki jest lepsza od Brytyjek. "Wolałbym jednak, żeby rekord kraju wciąż należał do Angeli Thorp, bo to jest uczciwie najlepszy brytyjski wynik na tym dystansie od 15 lat, a nie do Amerykanki, która zmieniła obywatelstwo ze swoich samolubnych pobudek" - pisał Samuel. Podobnie atakował Sharę Proctor, skoczkinię w dal z karaibskiej Anguilli i startującą na 400 m Shanę Cox, Amerykankę z Long Island.

W czasie halowych MŚ w Stambule dziennikarze poprosili Porter wybraną przez holenderskiego trenera Charlesa van Commenee na kapitana, by wyrecytowała zwrotkę hymnu "God Save the Queen". Sprinterka odmówiła. - To nie ma nic do rzeczy. Tiffany jest kapitanem, bo ma zdolności przywódcze - bronił zawodniczki van Commenee. Ale brukowce wyśledziły, że potajemnie nakazano potem uczyć się "plastikowym" hymnu.

Nie wszystkie media przyłączyły się do nagonki "Daily Mail". Poważne dzienniki wytykały brukowcowi hipokryzję - Fabio Capello, włoski trener piłkarzy, był w porządku, dopóki wygrywał. Nikt nie czepia się trenera brytyjskich wioślarzy - Niemca Jürgena Gröblera. Nikt nie pamięta, że ostatni brytyjski mistrz Wimbledonu Fred Perry zmienił obywatelstwo na amerykańskie albo że wielu krykiecistów urodziło się poza Wyspami.

Kibice najzacieklej bronią takich sportowców, jak Mo Farah, mistrz świata na 5 km z Daegu, który urodził się w Somalii, ale uciekł przed wojną domową i mieszka na Wyspach od dziecka. "Odczepcie się wreszcie od nas. To jest nasz dom. Mieszkam tu od 11 lat, moje dzieci chodzą tu do szkoły, czuję się Brytyjką. Skończmy tę nagonkę" - apelowała w dramatycznym tekście w "Guardianie" Yamilé Aldama. 40-letnia trójskoczkini na igrzyska w 1996 r. pojechała jako Kubanka, osiem lat później w Atenach wystartowała pod flagą Sudanu, w Londynie będzie reprezentowała Wielką Brytanię.

Więcej o: