Londyn 2012. Kłopoty Zary

Ma 11 lat urodził się w Irlandii, debiutuje w igrzyskach. Jest wałachem. Wpatrzone są w niego oczy miłośników królestwa. Dosiada go bowiem 14. w kolejce do brytyjskiego tronu Zara Philips. Żona Michaela Tindalla, o którym jeszcze napiszę. Zara to córka księżniczki Anny, tej, co spadła z konia, ale też olimpijki z 1976, i córka byłego męża księżniczki Marka Philipsa, złotego i srebrnego medalisty olimpijskiego z 1972 i 1988 roku. Oczywiście w jeździectwie.

Więc Zara ma błękitna krew i olimpijskie geny. W 2006 roku była nawet wybrana na najlepszego sportowca Wielkiej Brytanii, ale w Pekinie miała pecha. Jej koń Toytown dwukrotnie tuż przed igrzyskami zachorował. Obecny - High Kingdom - trzyma się dobrze, no i jest wielką nadzieją.

W gigantycznej stołówce w wiosce olimpijskiej siedzę obok Zary i jemy podobne sałatki. Nie ma wokół nas tłumów sportowców, którzy koniecznie chcą mieć zdjęcie z Kobem czy innym koszykarzem z NBA. Powiedzmy szczerze, że poza mną i kilkoma Anglikami nikt na tej sali nie ma pojęcia, co za persona siedzi obok mnie.

Zara miała pecha nie tylko do konia, także do kolejki do tronu, urodziła się według starego prawa, gdy chłopcy mieli pierwszeństwo. Dzisiaj byłaby dużo wyżej. Pewnie o tym nawet nie myśli, zwłaszcza, że mama nie życzyła sobie, by jej dzieci miały tytuły książęce. Może i dobrze, bo świeżo poślubiony (jesienią) małżonek, wspomniany Michael, wydaje się mężczyzną z dużą fantazją. Jak to rugbista, w dodatku kapitan reprezentacji Anglii. Podczas niedawnych mistrzostw świata dochodziły z Nowej Zelandii wiadomości niezbyt budujące dla młodej żony. Znosiła dzielnie publikacje na temat nocnych zabaw w klubach. Tabloidy donosiły nawet, że rugbiści z Anglii spotkali nad ranem niewysokiego mężczyznę i wykorzystali go jako piłkę, rzucając z rąk do rąk.

Z prawdziwej piłki rzucanej z rąk do rąk zaśmiewają się do łez w BBC. Nie mogą bowiem uwierzyć, że na kontynencie wymyślili taki śmieszny sport, gdzie bramkarz skacze jak pajacyk.

I tak Brytyjczycy raz jeszcze upewnili się, że tam za kanałem naprawdę mają szalone pomysły, ubawiliby się jeszcze bardziej, gdyby wiedzieli, że my w Polsce tę śmieszną - ich zdaniem grę - zwiemy szczypiorniakiem.

*Andrzej Person jest attaché olimpijskim