Londyn 2012. Siatkarze wyższej generacji

Nasi siatkarze, którzy znów na stałe wtargnęli do światowej czołówki, doskoczyli ostatnio do podium wszelkich możliwych imprez poza najwyższym, bo najbardziej prestiżowym. Na igrzyskach nie wznieśli się ponad ćwierćfinał - w 2004 roku do boiska przydusiła ich Brazylia budująca powoli reputację drużyny wszech czasów; w 2008 roku zatrzymał ich Andrea Anastasi.

Prowadził wtedy rodaków. Ostro posiniaczonych. Podstarzałych, schorowanych, cudem przywracanych przez masażystów do życia na kolejne mecze. Gdyby w siatkówce istniały remisy, tamten ćwierćfinał musiałaby rozstrzygać dogrywka, ale w istocie Włosi odnieśli wówczas wspaniałe zwycięstwo. Oni walczyli z piętrzącymi się przeciwnościami losu, to Polacy - wówczas aktualni wicemistrzowie świata - uchodzili za faworytów.

Od tamtej pory hierarchią na szczytach potargało. Czołówka, wcześniej ściśnięta do wąziutkiej elity, znacząco się rozrosła. Boska Brazylia sprzeciętniała, nabrała ludzkich skaz i, choć nadal się liczy, przegrywa już jak każdy. Wreszcie Polacy przestali nieśmiało między najlepszych zaglądać, stali się powszechnie szanowaną potęgą.

I weszli w rolę w naszym sporcie drużynowym absolutnie niezwyczajną. Polacy sami siebie uważają za faworytów, Polacy otwarcie się do pewności siebie przyznają, Polaków obawiają się rywale ("trzeba ich unikać w ćwierćfinale", przestrzega rosyjska prasa), za wiarą w Polaków nie stoją odosobnione medalowe podskoki, lecz długotrwałe utrzymywanie się na medalowych pułapach.

Nowa era nastała wraz z przybyciem selekcjonera Anastasiego - nałogowego wygrywacza, który przy poprzednikach, przecież też znakomitych, wygląda chwilami jak procesor wyższej generacji.

Z Raulem Lozano reprezentacja na medal rozkwitła nad siatką raz (srebro mundialu), by w następnym sezonie zwiędnąć do druzgocącej klęski (11. miejsce na mistrzostwach Europy). Z Danielem Castellanim też po medal rozkwitła raz (złoto ME), by też zwiędnąć do druzgocącej klęski (13. miejsce mistrzostw świata). Z Anastasim nigdy nawet nie przywiędła. Sukcesy jej nie ciążą, przeciwnie, zapowiadają następne. W coraz ładniejszych kolorach. Najpierw był brąz Ligi Światowej (jeszcze podparty przywilejem gospodarzy, czyli doborem "właściwych" przeciwników), potem brąz ME, srebro Pucharu Świata, wreszcie złoto LŚ. Pod rządami Włocha nasi wpychają się na podium wszędzie, gdzie zagrają.

Imponujący wzlot zawdzięczamy oczywiście postępowi całej polskiej siatkówki. Liga nieustannie potężnieje i zmusza do krańcowego wysiłku w każdej serii gier, w nowych rocznikach rozbłyskują nowe talenty, kolejni selekcjonerzy czerpią z bogatszej puli (spośród wicemistrzów świata AD 2006 w kadrze ostali się już tylko obaj rozgrywający i Michał Winiarski). Nie sposób jednak zignorować kompetencji i osobowości Anastasiego, dla którego permanentne wygrywanie to środowisko naturalne.

Jako gracz klubowy zdobywał europejskie puchary. Jako gracz reprezentacji zdobywał MŚ i ME. Jako selekcjoner Włochów, którym został jeszcze przed czterdziestką, brał medale igrzysk, ME i LŚ (w sumie osiem krążków). Hiszpanów zaprowadził na szczyt mistrzostw kontynentu, wywołując sensację na miarę pamiętnego futbolowego złota Greków w 2004. Wreszcie wszedł w głowy polskie. I już ozdobił je czterema medalami. Jeszcze jeden, a zrówna się z mitycznym Hubertem Wagnerem, ojcem chrzestnym pięciu popisów na miarę podium.

Anastasi zerwał z pobłażliwym traktowaniem imprez pomniejszych, by magazynować energię na ważniejsze - strategią stosowaną przez poprzedników, sam jej zresztą sprzyjałem, sądząc, że nikt nie zniesie ekstremalnego wyskakiwania nad siatkę przez okrągły rok. Włoch chce zwyciężać zawsze. Do zwyciężania przywykł, swoimi przyzwyczajeniami zaraża podwładnych, porażka to jego śmiertelny wróg. Oczekuje, że siatkarze wygrają nawet wtedy, gdy zaaplikuje im ciężki trening i po ćwiczeniach na siłowni czują się, jakby mieli łydki obwieszone workami cementu. Banalne błędy, gapiostwo czy odstępstwo od taktycznych zaleceń złoszczą go także podczas sparingów, bo w jego wizji na boisku wolno przebywać wyłącznie w stanie totalnego skupienia. I nie wolno hamletyzować w rozstrzygających chwilach, lecz ciąć z serwisu, by rozpruć przeciwnika, zanim rozpocznie akcję zaczepną.

W bieżącym roku Polacy (piszę to przed olimpijską inauguracją z Włochami) oddali ledwie dwa z 21 meczów - Finlandii niedługo po wielogodzinnej podróży do Toronto oraz Brazylii w jej hali. Niedawny Memoriał Wagnera zakończyli z setowym stosunkiem 9-1, wcześniejszy turniej finałowy LŚ rozpoczęli od przegrywania na inaugurację 1-2 z "Canarinhos", by następnie wygrać 11 partii z rzędu - właśnie z Brazylią, Kubą, Bułgarią oraz USA. Poszli za mentalnością szefa i od zwyciężania się uzależnili. Nikt inny w świecie nie wziął medali z czterech ostatnich imprez, nikt inny nie poleciał do Londynu po równie imponującej passie - ich ostatnie sety składają się na bilans 23-1!

Turniej olimpijski ma oczywiście zupełnie inny wymiar, tam wszyscy skaczą wyżej, zbijają mocniej, bronią zajadlej niż zazwyczaj. Runda grupowa to zaledwie rozgrzewka, po której nastąpi nagła kumulacja emocji i stawki - wystarczy dzień lekkiego załamania w ćwierćfinale czy półfinale, by zapomnieć o złocie. Nasi potrzebują wytrwać w nałogu, odstawienie wygrywania na choćby jedno popołudnie czy wieczór grozi bolesnymi, nieodwracalnymi konsekwencjami. Bo paradoks polega na tym, że choć drużyna Anastasiego zwycięża na masową skalę, to drużyny Lozano i Castellaniego mimo wszystko odniosły triumfy okazalsze - wicemistrzostwo świata i mistrzostwo Europy.

Dopiero obecna reprezentacja uniosła się jednak na poziom, na którym medale z pośledniejszego kruszcu, np. brązowe, rozczarują. Przypominają się czasy Huberta Wagnera, naszego jedynego trenera wystarczająco bezkompromisowego i bezczelnego, by przed igrzyskami hałaśliwie deklarować, że interesuje go tylko złoto.

Więcej o: