Londyn 2012. Siatkówka. Lech Łasko: Polska prawie perfekcyjna

- Jestem przekonany, że Polacy będą mieli bardzo mało godnych siebie przeciwników. To co pokazali ostatnio, to już prawie perfekcja - mówi mistrz olimpijski z Montrealu - Lech Łasko. Ojciec atakującego reprezentacji Włoch Michała Łaski uważa Polskę za faworyta turnieju olimpijskiego siatkarzy w Londynie. Pierwszy mecz biało-czerwoni rozegrają w niedzielę z Włochami o godz. 21. Relacja na sport.pl i zczuba.pl.

Łukasz Jachimiak: Cztery zwycięstwa nad Brazylią, pobicie Kuby, Bułgarii i wielkie 3:0 z USA w finale Ligi Światowej - włoskie media przypominają ostatnie triumfy polskich siatkarzy przed meczem swojej drużyny właśnie z Polską?

Lech Łasko: Oczywiście. Polskę wszyscy traktują tu bardzo poważnie. Inaczej do zespołu, który wygrał Ligę Światową podejść się nie da. Włosi naprawdę nas się obawiają, czują, że nie są faworytem. I wcale im się nie dziwię. Według mnie drugiego takiego zespołu jak Polska w tej chwili na świecie nie ma.

Czym tak mocno imponują panu podopieczni Andrei Anastasiego?

- Aktualna forma całej drużyny jest świetna. Widać, że trener ma 12 ludzi do grania, a gdyby mógł, to do Londynu zabrałby nawet 14 takich, z których każdy mógłby wyjść w pierwszej szóstce. W tak dobrej sytuacji naszego zespołu dawno nie widziałem. Bardzo optymistycznie to wygląda. Miejmy nadzieję, że w końcu przyjdzie powtórka z Montrealu. Najwyższy na to czas.

Mamy wszystko, by zdobyć złoto?

- Polska już od paru ładnych lat jest drużyną bardzo wartościową. Tylko siatkówka to skomplikowana gra. Żeby osiągnąć wynik, świetnie musi grać 80 procent zespołu. Jeśli są jednostki, które tak grają, jeśli nawet 60 proc. drużyny prezentuje znakomitą formę, a reszta w takiej dyspozycji nie jest, to nic się nie wygra. Tu naprawdę najważniejsze jest uchwycenie momentu, w którym w gazie jest cała drużyna. To rola trenera. I Anastasi pokazuje, że wie, na czym polega jego praca.

Anastasi świetnie zna Włochów. Myśli pan, że są go w stanie czymś zaskoczyć czy tradycyjnie będą próbowali wygrać, bombardując nas zagrywkami?

- Na pewno tego spróbują, ale na miejscu naszych siatkarzy wcale bym się nie obawiał, bo Polacy świetnie odbierają zagrywki, a poza tym sami też serwują bardzo dobrze. Według mnie wcale nie są w tym elemencie gorsi od Włochów, Rosjan, Brazylijczyków i Amerykanów. A świetni są w bloku. W naszej drużynie wszystko gra. To Włosi mają problem, bo mają tylko jedną broń. I wcale nie jest powiedziane, że ona wypali.

Chce pan powiedzieć o tym, na co niedawno zwrócił uwagę Ryszard Bosek, a więc że minie trochę czasu, zanim Włosi przyzwyczają się do hali i zaczną serwować po swojemu?

- Zawsze musi minąć trochę czasu, zanim człowiek przyzwyczai się do świateł, do gabarytów sali. Może być tak, że na samym początku akcje nie będą wychodziły. Błędy mogą być popełniane nie tylko na zagrywce, ale też w ataku. W siatkówce znajomość hali jest ważna. Weźmy katowicki Spodek. To duża hala, tam ciężko się odnaleźć gościom, trudno im znaleźć punkt, na którym da się zaczepić wzrok. Trzeba dużo potrenować, żeby się z tym miejscem oswoić. Ale w Londynie, z tego co wiem, każdy zespół dostał tyle samo czasu na treningi w hali meczowej i dla każdej ekipy było go za mało. Dlatego błędy na początku będzie pewnie popełniał każdy. Oczywiście więcej zrobi ich ten, kto mocniej będzie ryzykował. Z zagrywką tak już jest, że można dzięki niej zdobyć nawet pięć punktów z rzędu i wygrać seta, ale nie da się utrzymać takiego rytmu przez cały mecz. Mecze wygrywać będą ci, którzy mają więcej atutów niż tylko zagrywka.

Włosi tych atutów nie mają?

- Ich forma jest dla mnie taką samą niewiadomą, jak dla pana. Kiedy Polacy wygrywali Ligę Światową, oni tylko trenowali. Od syna wiem, że dużo pracowali nad siłą, ostatnio sukcesywnie zmniejszając obciążenia. Trudno powiedzieć coś więcej o zespole, który widziało się w akcji kilka miesięcy temu.

Sparingowe zwycięstwa nad Serbią 4:0 i 3:0 robią wrażenie.

- To tylko sparingi, zresztą jedyne przed igrzyskami. Nie wiem dlaczego zespół grał tak mało. W każdym razie zaraz po meczach z Serbami drużyna poleciała na igrzyska.

Może jeszcze w Londynie mieli zaplanowany jakiś sparing?

- Nic na ten temat nie wiem. Na miejscu są od poniedziałku, a z rozmów z synem wiem tylko, że nie podobają im się warunki, jakie zastali. Michał mówi, że sala treningowa i siłownia w ogóle nie przystają do rangi takiej imprezy. Siłownia, z której mieli korzystać, była tak słabo wyposażona, że postanowili znaleźć inną.

Na łóżka w wiosce olimpijskiej syn też się skarżył?

- Nie, a co jest z nimi nie tak?

Do nas docierały doniesienia się, że siatkarze dostaną łóżkach o długości 173 cm, w końcu okazało się, że są o 17 cm dłuższe.

- To już nawet nie tyle dziwne, co śmieszne. Widać, że o siatkówce i siatkarzach Anglicy za dużo nie wiedzą.

Wróćmy do Włochów. Nasi kibice marzą o złocie, a włoscy wierzą w medal swoich siatkarzy?

- Polska dawno wygrała wszystkie zawody jeżeli chodzi o kibicowanie i zdziwiłbym się, gdyby ludzie nie wierzyli w złoto po tym, co zobaczyli w turnieju finałowym Ligi Światowej. Natomiast we Włoszech o siatkarzach mówi się niewiele. Kibice na igrzyska się wybierają, ale głównie na inne zawody. Na siatkówkę pojadą przy okazji. Nie twierdzę, że zagorzałych kibiców tego sportu tu nie ma. Są, ale w porównaniu z Polakami tworzą garstkę. To zupełnie inne zjawisko.

Pora na chwilę szczerości - przyzna pan, że bardziej niż Polakom kibicuje synowi?

- Oczywiście, że za syna kciuki trzyma się najmocniej. Ale przy tym trzeba być realistą. Jeżeli w drużynie gra wielu doświadczonych ludzi, to jest nadzieja, że ta drużyna kawałek czegoś wygra. Ale co innego liczyć na taki zespół, a co innego czekać na kolejny popis Polski, która dopiero co ograła wszystkich w Lidze Światowej.

Wziąłby pan w ciemno srebro dla Italii i złoto dla Polski?

- Jeżeli doszłoby do jakiegokolwiek zdarzenia, dzięki któremu Włosi mogliby zdobyć medal, to już byłoby super. A finał Polska - Włochy? Nie ma sprawy, wszystko załatwione (śmiech). Mówiąc serio, to jestem przekonany, że Polacy będą mieli bardzo mało godnych siebie przeciwników. To co pokazali, to już prawie perfekcja. A Włosi muszą grać swoje lepiej niż potrafią. Do strefy medalowej wejdą tylko jeśli zagrają na 110 proc. swoich możliwości.

Pan za faworyta olimpijskiego turnieju uznaje Polskę, a Michał niedawno stwierdził, że złota najbliżsi są Rosjanie.

- Patrząc na potencjał to może i on ma rację. Ale Rosjan ostatnio nikt nie widział, a Polskę widział każdy i każdy wie, że obecnie jest najmocniejsza. Rosjanie mają niesamowite warunki fizycznie i jak się rozegrają, ciężko ich zatrzymać. Ale nie uważam, żeby bez grania można było coś osiągnąć. Rozumiem, że czasem trener unika grania, bo musi doprowadzić swoich zawodników do stanu używalności. Ale nie rozumiem jak można przyjąć jakąś zabobonną taktykę polegającą na unikaniu grania. Anastasi grając z najlepszymi i wygrywając zrobił najlepiej, jak mógł. Drużyna upewniła się, że jest mocna. Nikogo się nie boi. Takie turnieje jak olimpijski wygrywa ten, kto moc pokazuje już jakiś czas wcześniej. Przecież Brazylia w gazie była przez dziesięć lat. Owszem, zdarza się, że mistrzami Europy zostają Hiszpanie albo że Francuzi dochodzą do finału. Ale później to się nie powtarza. A drużyny rzeczywiście klasowe nie wygrywają jednego medalu, tylko wchodzą minimum do półfinału każdej dużej imprezy. W przypadku Polski to już jest normą.

Żałuje pan, że w składzie Polski nie ma Michała Łaski?

- Bardzo. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem świata, gdyby Michał był w tej chwili w naszej kadrze i miał szansę grać o złoto igrzysk. Ale powiedzmy sobie szczerze, że Zbigniew Bartman i Kuba Jarosz grają bardzo dobrze. Wcześniej był Mariusz Wlazły, to wszystko pokazuje, że w Polsce nie ma problemu z atakującymi. Michał, tak jak choćby Iwan Zajcew [syn Wiaczesława Zajcewa, który w barwach Związku Radzieckiego walczył z Polską w olimpijskim finale w Montrealu] akurat we Włoszech dorastał, tam uczył się gry, stamtąd dostał propozycję i ją przyjął, bo czemu miał nie przyjąć? Przecież z ojczyzny nikt nic nie proponował. Raz tylko z Waldkiem Wspaniałym rozmawialiśmy. Ale w żartach, parę ładnych lat temu. Jest jak jest. Teraz, po latach, Łasko i Zajcew to przyjaciele z jednej drużyny. Obaj trzymają się jeszcze z Draganem Travicą, bo to słowiańskie dusze w tej włoskiej kadrze.

Więcej o: