Piotr Kula po MŚ w Falmouth: przesuwałem się sukcesywnie do przodu

Piotr Kula zajął 6 miejsce w klasyfikacji generalnej w zakończonych 18 maja Mistrzostwach Świata klasy Finn w angielskim Falmouth. Zawodnik wywalczył jednocześnie kwalifikację na Igrzyska Olimpijskie. Szósta lokata jest najwyższą pozycją Polaka w regatach mistrzostw świata od 2004 roku. - Przesuwałem się sukcesywnie do przodu - podsumowuje Piotr Kula.

Na tegoroczne Mistrzostwa Świata, zwane Gold Cup, w angielskim Falmouth przyjechaliśmy prosto ze zgrupowania na akwenie olimpijskim w Weymouth. Dwa dni przed startem szybko zgłosiliśmy się do regat i zrobiliśmy kilkugodzinny trening. Dzień przed zawodami spędziliśmy jeszcze mniej czasu w porcie, bo wystartowaliśmy jedynie w wyścigu próbnym, żeby przymierzyć się do czołówki. Już tutaj zanosiło się na dobre pływanie, bo żeglowałem od początku z przodu, z bardzo dobrą prędkością. Tego samego dnia wieczorem wyczyściłem dokładnie dno, wymieniłem kilka linek i ogólnie dopieściłem sprzęt. Trzeba dopełniać rytuału przygotowania do startu, zarówno siebie samego, jak i łódki. To dobrze nastraja i wycisza przed walką. Daje poczucie, że jest się gotowym na cały tydzień wyzwań.

Poranek pierwszego dnia Mistrzostw nie różnił się niczym od dwudziestu kilku poprzednich poranków tego wyjazdu. Toaleta, ważenie ciała, pomiar tętna spoczynkowego, rower na rozruch, prysznic i bardzo obfite śniadanie. Później przygotowanie prowiantu na wodę, pakowanie pianek, słuchawki w uszy i jazda do portu. Wszystko w zasadzie co do minuty, bo mamy ustaloną godzinę odjazdu i każdy musi być na czas. Kilka minut spóźnienia wywołałoby niepotrzebne nerwy. Zwykle auto prowadził Rafał. Jeździ bardzo płynnie i może się to wydawać błahostką, ale to też ma wpływ na ekipę. Od rana skupiamy się na wyścigach i im więcej komfortu tym lepiej.

W porcie sprawdzamy komunikaty. Zapasowe żagle, torby z jedzeniem i ciepłymi ubraniami zanosimy na motorówkę. Z powodu bardzo słabego wiatru wywieszona zostaje flaga AP, wygląda jak skarpeta w biało czerwone paski i oznacza, że wyścig jest odroczony. Po około dwóch godzinach zostaje zdjęta, i zbieramy się na wodę. Jeszcze krótka rozmowa z trenerem Andrzejem Piaseckim o aktualnym stanie rzeczy. Pan Andrzej wyczuwa o czym trzeba powiedzieć. Wie kto w ekipie potrzebuje jeszcze kilku oddechów na wyciszenie, a kogo należy kopnąć w tyłek i pobudzić do walki. Mówi czego można się ewentualnie spodziewać na wodzie.

Niektóre rzeczy da się przewidzieć choćby po prognozie pogody. Sytuacji może być masa. Tego dnia mieliśmy długie oczekiwanie na start, wywołane słabym, niestabilnym wiatrem. Z góry wiedzieliśmy, że musimy zabrać więcej wody, jedzenia i koniecznie mieć ciepłą kurtkę, do ubrania na czas dopłynięcia na trasę i okres oczekiwania. Wychłodzenie wyciąga za dużo energii. Przebieramy się przy samochodzie, jest zimno, niewiele rozmawiamy ze sobą. Każdy w swoim rytmie zbiera się na wodę. Wciągamy żagle, wodujemy łódki i płyniemy na start. Trzeba opłynąć statek Komisji i się "zameldować" żeby mogli nas spisać i sprawdzić czy wszyscy przypłynęli. Stres przedstartowy lekko narasta. Robię przymiarki prędkości z naszymi i innymi zawodnikami, o których wiem, że są szybcy. Wczorajszy wyścig próbny poszedł dobrze, ale była tylko część ludzi. Dziś są wszyscy i każdy z nich chce wygrać. Przymiarki na niewiele się przydają, bo wiatr kręci na tyle, że w końcu mamy odroczenie wyścigu. Czekamy ponad półtorej godziny. Żeglarstwo w wielu wypadkach polega na oczekiwaniu.

W końcu ruszył wyścig i po niezłym starcie ścigałem się z przodu. Gdzieś w dwudziestce, co w stawce dziewięćdziesięciu czterech łódek otwiera drogę do walki na resztę wyścigu. Rafał cały wyścig żeglował w czubie i skończył go na trzecimi miejscu. Ja przesuwałem się sukcesywnie do przodu zarabiając po kilka miejsc na kolejnych bokach trasy i finiszowałem dziewiąty. W drugim wyścigu znów dobrze wystartowałem. Nie rewelacyjnie, po prostu jak należy. Powtórzyła się historia z poprzedniego wyścigu: od początku z przodu, walczyłem z czołówką i starałem się ograć ludzi z najbliższego otoczenia. Na drugim pełnym do mety było dość gorąco. Płynąłem jedenasty, przy czym do dziesiątego zawodnika z Czech, Mika Maiera miałem ponad czterdzieści metrów straty, ale bezpośrednio za mną było kilku mocnych przeciwników. Skupiłem się więc na obronie tego co już miałem i na prędkości surfowania po falach. Byłem szybki i utrzymywałem przewagę nad goniącymi mnie z tyłu, a do tego wszyscy zbliżaliśmy się do Czecha. Przed samą metą, gdy już wiedziałem, że nikt z tyłu mnie nie wyprzedzi, spróbowałem znaleźć sposób na poprawę pozycji. Maier broniąc się przed całą naszą grupą wybrał gorszy koniec linii mety i wtedy zaatakowałem. Geometrycznie linia była ustawiona względem nas neutralnie, ale gdy zrobiłem szybką rufę miałem lepszy kąt do wiatru i fali. Zarobiłem na tym kilka metrów finiszując jeszcze jedno miejsce wyżej. Tak skończył się pierwszy dzień Mistrzostw Świata.

Opis tych regat zajmie więcej miejsca i czasu niż zwykle. Dlatego muszę go podzielić na odcinki. Wydawać by się mogło, że po tak dużych regatach i zakończonych eliminacjach do Igrzysk, będzie czas na odpoczynek. Nic z tych rzeczy. Już w weekend po powrocie wystartowałem w regatach Puchar PZŻ w Pucku, które miałem przyjemność wygrać. To były ciężkie zawody, zwłaszcza że obok zmęczenia, miałem lekkie braki prędkości na dość płaskiej wodzie Zatoki Puckiej - zupełnie innej niż akwen w Falmouth. Cieszę się podwójnie, bo dotąd nigdy nie wygrałem tej imprezy. A żeby nie stęsknić się zbyt mocno za Anglią, jestem już z powrotem w Weymouth, gdzie startuję w Pucharze Świata Skandia Sail For Gold.

Tak dobrze to dotąd działało, że i tym razem pozwolę sobie poprosić: Trzymajcie kciuki!

Piotr Kula POL 17

Piotr Kula szósty na MŚ i z olimpijską kwalifikacją!

Więcej o: