Podnoszenie ciężarów. Soćko: Jest ciężko, ale się nie poddajemy

- Z siódemki, która wystartuje w mistrzostwach tylko trzy zawodniczki mają stypendia. Zdarza się, że dziewczyny rezygnują z ciężarów, bo muszą zarobić choćby na studia - mówi trener kobiecej reprezentacji Polski w podnoszeniu ciężarów, Ryszard Soćko. Na rozpoczynających się w poniedziałek w Turcji mistrzostwach Europy jego podopieczne będą walczyły o miejsce w trzyosobowej kadrze na igrzyska olimpijskie. - Nie poddajemy się, w Londynie chcemy zdobyć medal - zapowiada trener.

My też mamy zdanie! Dzielimy się nim na Facebook/Sportpl ?

Łukasz Jachimiak: Na mistrzostwa Europy do Turcji zabrał pan siedem najlepszych w tej chwili w Polsce zawodniczek. Trzy z nich pojadą na igrzyska w Londynie. Która ma największe szanse, by medalem zapewnić sobie miejsce w olimpijskiej kadrze?

Ryszard Soćko: O medale nie będzie łatwo, bo wiele drużyn walczy jeszcze o nominacje olimpijskie i tę imprezę traktuje priorytetowo. My swoje kwalifikacje już wywalczyliśmy, teraz kraje, które nie mają żadnej rywalizują zespołowo. Pięć najlepszych ekip uzyska po jednym miejscu w Londynie. Ci, którzy igrzysk jeszcze sobie nie zapewnili, muszą być w tym momencie w szczytowej formie. Dla nas to tylko etap przygotowań do igrzysk, na który nie szykowaliśmy optymalnej dyspozycji. Poziom mistrzostw będzie wysoki, a my wystartujemy z marszu. Ale to nie znaczy, że nie będziemy walczyli o medale. Na pewno w kategorii do 48 kg powalczy Marzena Karpińska, mimo że ma problemy z barkiem. W 58 kg mamy dwie mocne zawodniczki. W tej chwili lepsza jest chyba Aleksandra Klejnowska. W 69 kg liczymy na rekordy Polski Ewy Mizdal. Chcę, żeby dziewczyny uzyskały wyniki na poziomie rekordów życiowych czy zbliżone do nich. Jeśli to zrobią teraz, kiedy są w mozolnym treningu siłowym, bez bezpośredniego przygotowania do zawodów, będzie to znaczyło, że jesteśmy na dobrej drodze w szykowaniu formy na igrzyska.

Karpińska i Klejnowska są najbliżej Londynu?

- O igrzyska walczy sześć zawodniczek. Tyle zgłosiliśmy w określonych terminach do MKOl i do ministerstwa sportu. Mamy opracowany regulamin, sposób oceny, premiowania zawodniczek. Na pewno wybierzemy trzy najsilniejsze. W tej chwili żadna nie może być pewna wyjazdu.

Do Turcji zabrał pan siedem zawodniczek - która z nich nie ma szans na igrzyska?

- Sabina Bagińska w kategorii +75 kg.

Dla pozostałej szóstki mistrzostwa są najważniejszym momentem wewnętrznej walki?

- To nie jest przełomowy moment kwalifikacji. Ważniejsze będą czerwcowe mistrzostwa Polski. Oczywiście występ w mistrzostwach Europy będzie miał wpływ na decyzje, ale mistrzostwa będą miały większe znaczenie, bo odbędą się bliżej igrzysk.

Z męską kadrą wiążemy większe nadzieje na olimpijskie medale, ale byłoby miło, gdyby pana kadra sprawiła niespodziankę. Jest na to szansa?

- Na pewno jesteśmy w trudniejszej sytuacji niż mężczyźni, ale nie zamierzamy się poddawać. Też chcemy walczyć o medal. Największe szanse moim zdaniem ma Marzena Karpińska, która na ostatnich mistrzostwach świata była piąta, a że na igrzyskach nie występują pełne zespoły, jej szanse mogą wzrosnąć.

Chce pan powiedzieć, że w podnoszeniu ciężarów łatwiej zdobyć medal igrzysk niż mistrzostw świata?

- Na mistrzostwach świata najsilniejsze reprezentacje mogą wystawić siedem zawodniczek, a na igrzyskach - tylko cztery. Chiny, Tajlandia, Rosja, obsadzając kategorie, będą musiały decydować, w której mają największe szanse na medale i chociaż miałyby w każdej, z trzech będą musiały zrezygnować. Gorzej, że w naszej dyscyplinie najmocniejsze są kraje azjatyckie, a one najwięcej dobrych zawodniczek mają akurat w tych niższych kategoriach wagowych. W kategorii Marzeny dużych ubytków na pewno nie będzie, ale może jakiejś mocnej zawodniczki zabraknie.

Dołęga i Zieliński jako członkowie klubu Polska Londyn 2012 szykują się na igrzyska jak największe gwiazdy polskiego sportu. W jakich warunkach pracują pańskie zawodniczki?

- Mamy ośrodek szkolenia olimpijskiego w Siedlcach, trenujemy tam cały rok, dziewczyny tam chodzą do szkoły, studiują. Wyjeżdżamy od czasu do czasu na zgrupowania, mamy zapewnione niezbędne warunki przygotowań do igrzysk.

Finansowo zawodniczki są niezależne? Dostają stypendia?

- Z tym jest gorzej. W polskim sporcie przyjęto zasadę przyznawania stypendiów za miejsca w pierwszej ósemce na mistrzostwach świata i Europy. Ich wysokość jest zróżnicowana w zależności od miejsca. I to jest w porządku. Ale warunkiem przyznania stypendium jest uczestnictwo w mistrzostwach ośmiu krajów bądź 12 zawodniczek, co w mistrzostwach Europy nie zawsze jest spełnione. Teraz, w dobie internetu, kiedy listy startowe prezentowane są wcześniej, wiele zawodniczek rezygnuje ze startu, uznając, że nie ma sensu jechać, by zająć np. 10. miejsce. Wystarczy, że wystartuje 11 zawodniczek, a Polka, która zdobędzie medal, nie dostanie stypendium.

Były takie przypadki?

- Z tej siódemki, która pojedzie na mistrzostwa, stypendia mają trzy zawodniczki, a mamy jeszcze trzy, które nie dostają stypendium, chociaż zajęły miejsce w ósemce ważnej imprezy. Stypendia im nie przysługują, bo nie wystartowało 12 zawodniczek. Niestety, czuje się kryzys w Europie, na zawody przyjeżdżają tylko te zawodniczki, która mają szansę na miejsce w szóstce, ósemce. Dlatego ten przepis jest absurdalny.

Absurdalne byłoby też wypłacanie stypendium komuś, kto zająłby ósme miejsce na mistrzostwach, w których wystartowałoby osiem zawodniczek.

- Zgoda, ale mieliśmy sytuację, w której Klejnowska zdobyła mistrzostwo Europy, a rywalek miała 10. Zrobiła wynik na poziomie rekordu Europy, a problem z przyznaniem jej stypendium był wielki. Jakby od niej zależało czy wystartuje jeszcze kilka dziewczyn, które i tak nie miałyby z nią szans. Przecież lepszej od niej nie było. Na szczęście minister może indywidualną decyzją przyznać zawodnikowi stypendium. Wtedy się udało, ale w tym roku nasze wnioski zostały odrzucone.

Z czego w takim razie żyją kadrowiczki bez stypendium?

- Dziewczyny nie są przyzwyczajone do luksusów, więc jakoś sobie radzimy. W tych mistrzostwach będzie dużo startujących, trzeba wejść w czołówkę i będzie dobrze.

Ale co robią teraz? Po treningach pracują?

- Niestety, nie mają wyjścia. Studiują najczęściej zaocznie, więc choćby na opłacenie nauki muszą mieć pieniądze. Od rodziców całe życie nie będą przecież pieniędzy wyciągać. Muszą zarobić.

Zdarza się panu słyszeć "przepraszam, jutro nie trenuję, idę do pracy"?

- Zdarza się, że zawodniczki całkiem rezygnują z ciężarów.

Szóstka walcząca o igrzyska chyba może się skoncentrować wyłącznie na treningu?

- Tym dziewczynom staramy się wszystko jakoś zorganizować. Kluby, do których należą im pomagają. My ponosimy ciężar przygotowań dziewczyn do różnych zawodów, w których one punktują dla klubów. W ten sposób odciążamy kluby z kosztów przygotowań. Dużo pomagają samorządy, które wypłacają stypendia zawodniczkom odnoszącym sukcesy na arenie krajowej.

Gdyby pana kadra zdobyła medal w Londynie, o stypendia z ministerstwa byłoby łatwiej?

- Kwestię stypendiów na pewno można by inaczej rozwiązać. Ale, niestety, medal olimpijski pewnie sytuacji nie zmieni. Przecież z Agatą Wróbel zdobyliśmy dwa medale olimpijskie i jest jak jest. To problem nie tylko naszej dyscypliny, ale też wielu innych. Szczególnie tych, które nie mogą sobie pozyskać indywidualnych sponsorów. Zazdrościmy dyscyplinom, w których stypendium jest tylko dodatkiem do większych profitów. U nas są jedynym albo jednym z dwóch - obok stypendium ze środowiska lokalnego - źródłem utrzymania.

- Każdy zawodnik mógł wskazać swojego trenera, lekarza, masażystę - opowiada trener męskiej kadry w podnoszeniu ciężarów Mirosław Choroś ?

Więcej o: