Brytyjski fiskus idzie na rękę Nadalowi, Boltowi i innym gwiazdom

- Zmieńcie prawo, bo nie opłaca nam się występować w Wielkiej Brytanii - nawoływali m.in. tenisista Rafael Nadal i sprinter Usain Bolt. Brytyjski rząd w końcu posłuchał

Ole, ole, ole, ole! Trybuna Kibica zawsze pełna

O tym, jak bardzo nieprzyjazne dla gwiazd sportu prawo podatkowe mają Brytyjczycy, przekonał się w 2006 r. Andre Agassi. Amerykański tenisista ze zdumieniem dowiedział się, że fiskus w Londynie domaga się od niego zapłacenia podatku nie tylko od nagród wywalczonych w Wimbledonie, ale także procentu od globalnych indywidualnych kontraktów sponsorskich, m.in. z firmą Nike. Izba Skarbowa Jej Królewskiej Mości (HMRC) dowodziła, że Agassi - przebywając w Wielkiej Brytanii - promuje Nike i zarabia część kwot kontraktu na jej terytorium, a w związku z tym musi zapłacić miejscowy podatek. Agassi wynajął prawników, walczył długo, ale poległ przed sądem i podatek zapłacić musiał.

Z powodu tego samego przepisu, szerokim łukiem Brytanię w ostatnich latach omijał m.in. najszybszy człowiek świata Jamajczyk Usain Bolt. Jego menedżerowie mówili otwarcie, że stopa Bolta nie stanie na brytyjskiej ziemi, dopóki nie zmieni się prawo. Jamajski dziennik "The Gleaner" napisał, że wizyta sprintera mogłaby być całkiem nieopłacalna, bo pieniądze zarobione na startowym i nagrodach pochłonąłby podatek od globalnego kontraktu z Pumą. Bolt ma pojawić się w Zjednoczonym Królestwie dopiero na igrzyskach olimpijskich, bo impreza pod egidą Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego odbędzie się na specjalnych zasadach - HMRC przez kilka tygodni zostawi sportowców w spokoju.

Rachunek zysków i strat zrobił niedawno także Rafael Nadal. Dziesięciokrotny zwycięzca turniejów Wielkiego Szlema zapowiedział, że do Londynu przyjedzie już tylko na Wimbledon. Rezygnuje z udziału w mniejszym turnieju w Queen's Clubie, bo istnieje niebezpieczeństwo, że spędzi za dużo dni na Wyspach, co odbije się potem na wyższej kwocie podatku od umów sponsorskich. - Straciłbym za dużo pieniędzy. Zabraliby to, co dostaję od Babolata [producent rakiet], Nike i innych sponsorów - stwierdził Nadal i podpisał kontrakt na grę w niemieckim Halle, w turnieju odbywającym się w tym samym czasie.

Brytyjska Federacja Tenisowa (LTA), wspierana przez organizatorów turniejów golfowych i mityngów lekkoatletycznych, od dawna domagała się zmian. - Na dłuższą metę tracimy, bo gwiazdy coraz częściej unikają naszego kraju, a to odbija się na wizerunku imprez, a także kwotach, jakie zarabiają - dowodził Roger Draper, szef LTA. Najlepsi tenisiści, także Roger Federer i Novak Djoković, kręcili nosami na fakt, że finałowy turniej Masters muszą grać co roku w Londynie. Ostro domagali się - o czym mówiono nieoficjalnie - przeniesienia go w inne miejsce. Inny argument przeciwników to niesymetryczność przepisów - w grach zespołowych, np. piłkarskiej Premier League, sportowcy umowami sponsorskimi dzielić się z fiskusem nie muszą.

Kilka dni temu minister finansów George Osborne częściowo skapitulował. Przedstawił projekt budżetu, w którym znajduje się nowelizacja kontrowersyjnego prawa. Fiskus wciąż chce wykrawać sobie sponsorskie pieniądze, ale mniej - nie będzie ich bowiem naliczał za dni "treningowe", tylko za same starty. Jeśli Rafael Nadal przyjechałby do Queen's Clubu na osiem dni i zagrał trzy mecze, zapłaci podatek obliczony tylko za trzy dni startów.

Pytanie tylko, czy to wystarczy, by przekonać go do powrotu, skoro Niemcy w Halle nie zabierają mu nic.

Woźniacka chciała zażartować z Szarapowej a wyszło na opak [WIDEO]

Więcej o: