Londyn 2012. Anna Rogowska walczy o medal, czyli sukcesy i ból, medale i cierpienie, radość i łzy

Anna Rogowska wystąpi w poniedziałek (godz. 20) w finale konkursu skoku o tyczce w Londynie. Kibice liczą po cichu na medal zawodniczki SKLA Sopot, w której karierze od 2004 r. niczym koła olimpijskie przeplatają się sukcesy i ból, medale i cierpienie, radość i łzy. Zobacz jak przebiegała trudna kariera najlepszej polskiej tyczkarki.

Anna Rogowska - kariera znaczona kontuzjami

Anna Rogowska wystąpi w poniedziałek (godz. 20) w finale konkursu skoku o tyczce w Londynie. Kibice liczą po cichu na medal zawodniczki SKLA Sopot, w której karierze od 2004 r. niczym koła olimpijskie przeplatają się sukcesy i ból, medale i cierpienie, radość i łzy. Zobacz jak przebiegała trudna kariera najlepszej polskiej tyczkarki.

2004 r. - brąz na igrzyskach olimpijskich w Atenach

Mało znana, choć już nie taka młoda tyczkarka (23 lata), która na międzynarodowej arenie objawiła się raptem kilka miesięcy wcześniej, sprawiła jedną z największych sensacji w historii polskiego sportu. Po fantastycznym konkursie, pełnym emocji, zwrotów akcji i bratobójczej walce z Moniką Pyrek, Rogowska zdobyła brązowy medal. Lepsze były tylko dwie Rosjanki: już wówczas żywa legenda kobiecej tyczki Swietłana Fieofanowa oraz jej wschodząca gwiazda Jelena Isinbajewa, która w Atenach zdobyła swoje pierwsze złoto na dużej imprezie, a potem na wiele lat zdominowała rywalizację. Dla Polaków najważniejszy był wyczyn Rogowskiej. Przecież niespodzianki w sporcie kochamy najbardziej.

2005 - rekordy Polski jak z rękawa

Medal w Atenach był dla Rogowskiej początkiem dobrej passy. Zimą 2005 roku została srebrną medalistką halowych mistrzostw Europy (znów za Isinbajewą - na zdjęciu w środku i znów przed Pyrek - na zdjęciu z prawej), a potem siedmiokrotnie biła rekord Polski doprowadzając go do poziomu 4,83 m.

2006 - wielkie kłopoty zdrowotne

Chroniczne zapalenie kaletki maziowej ścięgna Achillesa - te sześć słów Rogowska wypowiadała tysiące razy. Nie ma sezonu aby uraz nie dał o sobie znać. Czasami uderza z dużą siłą, czasami tylko się przekomarza - przypomina o swojej obecności, ale pozwala normalnie trenować i startować. Zresztą Rogowska oswoiła się już z bólem i wie jak z nim walczyć.

- Nauczyłam się z tym żyć, nawet gdybym nie uprawiała sportu, to od czasu do czasu ścięgno dawałoby o sobie znać. Po wielu latach startów i treningów jestem na tyle świadoma własnego ciała, że wiem, kiedy muszę trochę odpuścić, żeby nie nadwyrężyć ścięgna i wiem, co robić, żeby kontuzja nie była tak dokuczliwa. Dwa, trzy razy do roku mam w Monachium konsultację u światowej sławy doktora Heinza-Wilhelma Muellera-Wohlfahrta [na co dzień pracuje z piłkarzami reprezentacji Niemiec oraz Bayernu Monachium, w przeszłości jego pacjentami byli m.in. Ronaldo, Michael Owen, Steven Gerrard czy Usain Bolt], ale kontrolować muszę się na co dzień sama. Nabrałam w tym już takiej wprawy, że jestem w stanie uniknąć cięższej kontuzji, choć problem pozostanie zawsze - podkreśla Rogowska.

2007 - wyjazd do Wołgogradu

Kłopoty zdrowotne sprawiły, że sopocianka przez wiele miesięcy nie odnosiła niemal żadnych sukcesów. Nie pomógł nawet wypad do Wołgogradu, gdzie pojechała na zaproszenie Jewgienija Trofimowa - odkrywcy i architekta talentu Isinbajewej. Caryca tyczki właśnie przechodziła okres buntu - Wołgograd stał się dla niej zbyt ciasny i mało atrakcyjny, tyczka zaczęła schodzić na plan dalszy. Stała się celebrytką, ważniejsze od sportu były zabawa i blichtr Monte Carlo, gdzie się przeprowadziła. Trofimow chciał jej utrzeć nosa, a na zawodniczkę, która miała to zrobić wybrał właśnie Rogowską. Wyjazd okazał się jednak kompletną klapą.

- Kiedy masz propozycję od tak wspaniałego trenera jak Trofimow po prostu nie możesz odmówić. Potem do końca kariery biła bym się z myślami, że nie jadąc tam coś przegapiłam, straciłam szansę na zdobycie nowych doświadczeń. I dziś dokładnie tak do tego podchodzę. Co prawda po powrocie z Wołgogradu wpadłam w dołek, ale przyczyny tej słabszej formy były złożone. W Rosji na pewno dużo się nauczyłam, dużo na tym wyjeździe skorzystałam i do dziś z tych doświadczeń korzystam - zaznacza zawodniczka.

2008 - porażka na igrzyskach olimpijski

Ciągłe kłopoty ze ścięgnem Achillesa sprawiły, że Rogowskiej kompletnie nie wyszedł start w igrzyskach olimpijskich w Pekinie w 2008 roku. Zajęła tam dopiero 10. miejsce z bardzo kiepskim wynikiem 4,45 m. Jej kariera znalazła się na bardzo ostrym zakręcie, mało kto wierzył, że jeszcze wróci do światowej czołówki.

Anna Rogowska - złota medalistka - po oddaniu zwycięskiego skoku Anna Rogowska - złota medalistka - po oddaniu zwycięskiego skoku Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta

2009 - złoto mistrzostw świata w Berlinie

Po klęsce w Pekinie Rogowska i jej trener, a zarazem mąż Jacek Torliński, nawiązali współpracę ze znanym polskim szkoleniowcem Leszkiem Klimą, od wielu lat tworzącym potęgę niemieckiej tyczki. Wyjazd do Leverkusen okazał się strzałem w dziesiątkę. Pracując w komfortowych warunkach sopocianka odzyskała wigor i chęć do skakania, nieco mniej dokuczało też ścięgno Achillesa. W 2009 roku na mistrzostwach świata w Berlinie sprawiła sensację porównywalną z tą z igrzysk olimpijskich w Atenach. Sięgnęła po złoto, po raz pierwszy pokonując na wielkiej imprezie zanurzoną na dobre w nocnym życiu Monte Carlo Isinbajewą.

Silke Spiegelburg Silke Spiegelburg Fot. PHIL NOBLE REUTERS

2010 - wygnanie z Leverkusen

Dobre wyniki Rogowskiej były wyraźnie nie w smak niemieckiej tyczkarce Silke Spiegelburg (na zdjęciu), która również trenowała w Leverkusen.  Dlatego wymogła ona na swoim związku lekkoatletycznym, usunięcie polskiej rywalki z Niemiec.

- Zachowała się jak dziecko, ale cóż takie są kobiety. Myślę, że gdyby taka sytuacja wydarzyła się u mężczyzn, to ten drugi tylko zacisnąłby zęby i dalej pracował aby w uczciwej rywalizacji pokazać swoją wyższość. Tymczasem Niemcy postanowili mnie wyrzucić - tłumaczyła rozgoryczona Rogowska.

Jednak to wydarzenie nie wybiło jej z rytmu. W 2010 r. zdobyła brąz na halowych mistrzostwach świata (wówczas jeszcze trenowała w Leverkusen), na początku 2011 roku została złotą medalistką halowych mistrzostw Europy i po sześciu latach poprawiła wreszcie własny rekord Polski. Na rok przed igrzyskami w Londynie wszystko układało się idealnie.

Anna Rogowska Anna Rogowska Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta

2011 - fatalny wypadek podczas "Tyczki na Molo"

29 czerwca 2011 r. - tę datę Rogowska zapamięta do końca kariery. Podczas tradycyjnego konkursu "Tyczka na molo" w trakcie oddawania skoku pękła tyczka i poważnie zraniła lewą rękę. Coś takiego przytrafiło się jej pierwszy raz w karierze.

- Dla każdego tyczkarza to bardzo traumatyczne przeżycie, znam takich którzy po takim zdarzeniu bardzo długo dochodzili do siebie, obawiali się powrotu na rozbieg. Ja nie mogłam sobie na to pozwolić, bo już dwa miesiące później odbywały się mistrzostwa świata w Daegu. Chociaż widząc jak wyglądała moja ręka kilka godzin po wypadku trudno było o optymizm - wspomina zawodniczka.

Do Daegu Rogowska rzeczywiście pojechała, choć lekarze, gdy zobaczyli jej rozoraną rękę, kategorycznie stwierdzili, że to dla niej koniec sezonu. Nie wiedzieli jednak, że mają do czynienia z osobą, która z bólem zdążyła się zaprzyjaźnić, która z bólem nauczyła się żyć.

- Nawet nie dopuszczałam myśli, że nie wystartuję na mistrzostwach świata, od razu ?włączyłam? pozytywne myślenie. Musiałam tylko uzbroić się w cierpliwość, bo przy tego typu kontuzjach najlepszym lekarstwem jest czas. Prawdę mówiąc kciuk pobolewał mnie cały czas, jednak rana goiła się na tyle dobrze, że po miesiącu mogłam ogłosić, że jadę do Daegu - opowiada Rogowska. Tam nie miała rzecz jasna szans na dobry wynik (zajęła 10. miejsce), ale potraktowała ten start terapeutycznie.

- Oprócz suchego wyniku ważne były jeszcze inne rzeczy. To, że po tak fatalnym wypadku szybko wróciłam do gry, stanęłam na starcie obok wszystkich najlepszych zawodniczek i zrobiłam wszystko aby walczyć o medal. Nie udało się, ale dzięki temu w sezon olimpijski wejdę z podniesiona głową - tłumaczyła swoją decyzję.

Anna Rogowska Anna Rogowska Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja gazeta

2012 - igrzyska olimpijskie w Londynie. Ból, a potem sukces?

Rok olimpijski zaczął się dla Rogowskiej bez większych problemów, w sezonie halowym spisywała się nieźle. Potem jednak znów odezwała się kontuzja ścięgna Achillesa, przyplątał się również uraz stawu skokowego. W tej sytuacji o normalnych przygotowaniach do igrzysk w Londynie nie było mowy. Rogowska w nieskończoność odkładała pierwszy letni start, po raz pierwszy na rozbiegu pojawiła się dopiero 10 lipca na mityngu w Sotteville. Osiągnęła tam niezły wynik 4,70 m i tym samym wypełniła minimum na igrzyska olimpijskie. Potem pojawiła się jeszcze w Monako na mityngu Diamentowej Ligi, ale nie zaliczyła żadnej wysokości. Jej noga wciąż nie jest w pełni sprawna i na igrzyskach znów towarzyszyć jej będzie ból.

W eliminacjach z nim wygrała, a jak będzie w poniedziałkowym finale?