Snowboard. Fatalna organizacja mistrzostw Polski

Zawody niezgłoszone do FIS, niezabezpieczona trasa i brak awaryjnego pomiaru czasu - tak Polski Związek Snowboardu zorganizował mistrzostwa kraju. Ofiarą zaniedbań padła Karolina Jasion-Janczak (AZS Zakopane), która przeleciała pod siatką zabezpieczającą, trafiła między drzewa i zerwała więzadła krzyżowe. - Te zawody nie powinny się odbyć - powiedziała medalistka Karolina Sztokfisz.
"Stara p... do domu!" - trener kadry obrażał Marczułajtis »

Pod Białkę Tatrzańską zjechała czołówka polskich snowboardzistów. - Tego, że będziemy się ścigać nie na Kotelnicy, ale w Jurgowie, większość dowiedziała się kilka dni przed startem. A tego, że mistrzostwa nie zostały zgłoszone do Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), dowiedziałam się tydzień wcześniej. Nie wiem, dlaczego tak się stało - przyznaje Karolina Sztokfisz, srebrna medalistka w slalomie gigancie równoległym i złota w slalomie równoległym.

Organizatorzy na oficjalnej stronie PZSnow zapewniają, że "trasa została przygotowana według wszystkich wytycznych FIS". Świadkowie przedstawiają sytuację inaczej. Zawody miały być niezabezpieczone, a na wyjeździe ze slalomu jedna z zawodniczek wypadła z trasy. Karolina Jasion-Janczak (AZS Zakopane) upadła i przeleciała pod siatką zabezpieczającą. Trafiła między drzewa i zerwała więzadła krzyżowe. - Zabezpieczenie było takie, jakie stok ma na co dzień. Czy potrzeba było lepszego? Pewnie gdyby było, nie skończyłoby się tak drastycznie. W tym miejscu siatki pozwalały na prześlizgnięcie się pod nimi. Jak ją znaleźliśmy, mówiła, że myślała, że ją wyhamują. W przeciwnym wypadku starałaby się ratować rękami - opowiada Michał Kukucz-Legień, członek zarządu Krakowskiego Stowarzyszenia Snowboardu i świadek zdarzenia.

Adam Marasek, członek TOPR: - Jeśli to zawody rangi mistrzowskiej, to delegat związku powinien się upewnić, czy są odpowiednio zabezpieczone. Siatki winny być osadzone równo z linią śniegu, a w niebezpiecznych miejscach umieszcza się nawet dwa-trzy rzędy, by wyhamowały zawodników. Trzeba pamiętać, że zawodowcy osiągają prędkości dużo większe niż amatorzy i powinny być zastosowane dodatkowe środki bezpieczeństwa.

Nie było też ręcznego pomiaru czasu, czyli dodatkowego w razie awarii głównego zegara. W związku z tym trzy zawodniczki musiały powtarzać przejazdy, bo czasy wyświetlane na tablicy nie zgadzały się z rzeczywistymi. - Organizacja była fatalna. Musiałam powtarzać przejazd, choć moja rywalka się przewróciła. Te zawody nie powinny się odbyć choćby z tego powodu, że nie były odpowiednio zabezpieczone. Nie boję się zemsty za te słowa, nic mnie już ze związkiem nie łączy, a snowboard trzeba ratować - mówi Sztokfisz.

W związku nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności. - Nie byłem oddelegowany do tych zawodów, proszę szukać na stronach związku - odsyłał nas Mateusz Skupień, członek zarządu PZSnow.

Na stronie brak jednak takich informacji. Podane są jedynie daty i miejsca zawodów. Jarosław Jarząb, szef szkolenia związku, też nie zna sprawy. - Wiem tylko, że kontuzjowana zawodniczka nie startowała od półtorej roku i nagle zgłosiła się do mistrzostw - podkreśla Jarząb.

Ale i bardziej doświadczone snowboardzistki krytykują zawody. Jagna Marczułajtis-Walczak prowadziła z Aleksandrą Król (córką prezesa), ale wywróciła się przed metą. - Dość mocno się obiła i nie wstawała. Obok przejeżdżał Piotr Dawidek, trener Oli i kadry narodowej. Podjechał i śmiał się z niej, a na mecie powiedział kilka niemiłych słów do Jagny i jej męża - twierdzi Sztokfisz.

Marczułajtis-Walczak od dawna jest skłócona ze związkiem. W zeszłym roku działacze PZSnow nie wpuścili jej, braci Ligockich i przedstawicieli ministerstwa na zjazd wyborczy. 33-letnia zawodniczka opowiada się za przejściem snowboardu pod skrzydła Polskiego Związku Narciarskiego. Takie rozwiązanie proponuje nowa ustawa o sporcie kwalifikowanym. Wraz z Ligockimi i Sztokfisz nie trenuje już z reprezentacją. - Wycofałam się po pierwszym dniu zawodów, bo sędziowie nie mieli uprawnień i byli związani z klubem trenera Dawidka. Zebraliśmy to wszystko z prawnikiem. Mamy już 33 podpisy świadków. Wyślemy list do Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Jako radna województwa przekażę to też premierowi - zapewnia czwarta snowboardzistka IO w Salt Lake City.

We wtorek umówiliśmy się z prezesem związku Markiem Królem na rozmowę, ale o umówionej porze nie odbierał. Podobnie było wczoraj. Także trener Dawidek przez dwa dni nie podnosił telefonu.





Hokeistki wkraczają do akcji. Wkrótce debiut w MŚ »