Jarosław Krzywański: Marek złapano na igrzyskach. Kara może być surowsza

- Uważam, że to była akcja zupełnie bez pomysłu, mamy chyba do czynienia z chałupniczą metodą dopingu. To prawdopodobnie była próba zastosowania tej erytropoetyny na zasadzie ?spróbuj, może się uda? albo podawania na ślepo i zobaczenia, jakie i czy będą efekty - twierdzi Jarosław Krzywański, lekarz komisji medycznej przy PKOl o przypadku dopingu u Kornelii Marek.
- Jeśli dostaniemy czarno na białym, że w jej organizmie było EPO, do działania przystąpią komisje dyscyplinarne. Nie wiadomo, czy dostanie dwa czy cztery lata dyskwalifikacji. Została złapana na igrzyskach, dlatego kara może być surowsza.

Nie znam odpowiedzi na pytanie "kto jej pomógł". Najczęściej karę płaci sam zawodnik, ale rzadko kiedy tylko sportowiec jest motorem i sprawcą wszystkiego. Prawie zawsze ktoś mu pomaga i trzeba znaleźć, kto to był - twierdzi Krzywański.

- Nie mam wątpliwości, że Kola była sama, przyjmując EPO, ale nie zgodzę się, że brała to w sposób wyrafinowany, ze sztabem ludzi. Oni nie mają na to pieniędzy. Jestem niemal przekonany, że nie było z nią ogromnego laboratorium, które wszystko kontrolowało. Raczej jedna-dwie osoby - uważa lekarz.

- Badania antydopingowe prowadzi u nas komisja ds. zwalczania dopingu w sporcie. Jest laboratorium z akredytacją Światowej Organizacji Walki z Dopingiem. Kola Marek reprezentuje dyscyplinę zimową, przez większą część roku nie ma jej w Polsce. Wtedy podlega kontrolerom z FIS. Zawodnicy są nękani bardzo mocno. Nawet jeśli nazywa się Marek, a nie Bjoergen. Nie pamiętam w tej chwili, czy była badana po przyjeździe do wioski olimpijskiej w Whistler. Ale znajdziemy odpowiedź. Do naszego laboratorium się nie zgłaszała, nie korzystała z naszych porad, przychodziła tylko na masaże - kończy.

Trener Kornelii Marek: » Winny musi zostać znaleziony