Vancouver w kapciach. Trudna sytuacja Pauliny Maciuszek

Miałam już nie pisać o Pyskatej Justynie, ale się jednak nie da. Pełno jej wszędzie i pyskatość, którą proponuję wpisać do imienia, daje się odczuć na każdym kroku i przy każdym pytaniu. Mężowi aż się oczy cieszą, bo widać lubi takie ostre baby. Ale oczywiście wzrokiem przygwożdżony słowa nie powie, no jak...

Przed czwartkowym biegiem sztafet Pyskata Justyna gadała na antenie TVP długo i z tradycyjnym uśmiechem. Z niczego się nie wycofała, a nawet pochwaliła, że jej inni pyskatowości gratulują. Pożartowała, że się teraz będzie bać norweskich lasów. - Trochę jej już odwaliło - skwitował mąż. Wiadomo - jest mistrzem w zacieraniu śladów.

Ale potem był bieg i szczęka mi opadła. Pyskata Justyna jak Michael Johnson za najlepszych czasów czterystumetrówki na drugiej zmianie wszystkie rywalki objechała i odjechała. Oj, ma prawo ona pyskować, oj ma.

Po tym jak padła pod płotem po zakończeniu zmiany i po klepnięciu w pupę Pauliny Maciuszek jak nigdy podczas tej olimpiady rozdzwoniły się moje telefony. Oba - stacjonarny i komórka - jednocześnie! - Widziałaś to? - pytała mama. - Ależ ta Justyna jest niesamowita... - podniecała się koleżanka, też gospodyni domowa, raczej sportem niezainteresowana. A jednak!

Tylko komentatorzy TVP jak zawsze przeżywali to w skupieniu. Kiedy wciskałam paznokcie w sofę, walcząc razem z Pyskatą o jak największą przewagę, a później wspólnie z Maciuszek o odparcie ataków wstrętnych rywalek, oni mamrotali spokojnie swoje. Marek Jóźwik marzył chyba o złocie, bo gdy nasze odstawały coraz bardziej, rzucał kolejne złote myśli: "38 sekund - trzeba to będzie odrobić"... Albo: "Paulina powinna być teraz jak najbliżej rywalek". "Bardzo trudna sytuacja Maciuszek" - dorzucił Szymon Krasicki, gdy nasza najmłodsza sztafeciara wybiegała na trasę na pierwszym miejscu... No masz ci los, rzeczywiście, Magda Gwizdoń dwa dni wcześniej takich trudności nie miała.

Jóźwik zadbał też o to, żeby autorytet jego współkomentatora wzrósł. Poinformował o jego pracy w 1968 roku na igrzyskach w Squaw Valley w roli trenera z ówczesną sztafetą, która była blisko medalu. Lekko mnie zmroziło, bo wynika z tego, że Szymon Krasicki jest z jeszcze głębszej półki niż Jacek Gmoch czy Andrzej Strejlau, nie mówiąc o Antonim Piechniczku. A to wydawało mi się prawie niemożliwe. W każdym razie - serdecznie gratuluję sukcesów, choćby były starsze od rodziców Pyskatej!

Nasze - nie wszystkie Pyskate - dobiegły w końcu szóste, przed Rosją choćby, co gdzieś na Syberii dawne radzieckie maszyny do wygrywania musiały przyjąć z rozpaczą. Super, choć mimo optymizmu Józefa Łuszczka w studiu ("Było dobrze. I muszą być trasy, to będzie jeszcze lepiej") jeden szczegół mnie zaniepokoił. Kiedy bohaterska Sylwia Jaśkowiec dobiegła szósta, została sama na śniegu. Norweżki cieszyły się w czwórkę, pozostałe medalistki były razem, a naszych tam nie widziałam.

Po tym biegu pełnym dobrych emocji coś mnie tknęło. Czy przypadkiem Pyskata Justyna, gdyby biegła sama, nie wygrałaby ze wszystkimi, zaprzeczając idei sztafet? Przecież w końcu chodzi o świeży oddech, żeby w czwórkę zrobić to, co jedna sama zrobić nie może. Ale pytanie jest chyba zasadne. W końcu na 15 km techniką mieszaną do mety dobiegła w niespełna 40 minut, a czas sztafety z Norwegii w czwartek na 4x5 km to było lekko ponad 55 minut... Czy jakiś fachowiec może to wytłumaczyć?

Pyskata Justyna dałaby na pewno radę. Ale może i lepiej, że koleżanki mają szansę nieco się ogrzać w jej ciepłym cieniu. Nawet jeśli przez to sytuacja Maciuszek ma być momentami trudna.

"Muszę pogadać z Justyną" - mówi Marit Bjorgen »