Vancouver 2010. Petra Majdić: Identyczny test dla wszystkich

- Powinna być jedna klinika, w której każdy biegacz miałby identyczne testy na wykrycie astmy. Jak ktoś jest chory, to jest. I może stosować środki niedozwolone dla biegaczy zdrowych - mówi słoweńska biegaczka, która wywalczyła brązowy medal w sprincie klasykiem biegnąc ze złamanymi pięcioma żebrami.
We wtorek 30-letnia Słowenka spotkała się z dziennikarzami na konferencji prasowej. Obolała, ale jak zawsze uśmiechnięta, po fatalnym upadku, jaki przydarzył jej się podczas ostatniego treningu przed startem w kwalifikacjach sprintu, którego była faworytką. Jest liderką PŚ w sprintach, wygrała cztery z dziesięciu ostatnich startów w PŚ w tej konkurencji.

Słowenka wystartowała, płacząc w kwalifikacjach z bólu. Przebrnęła je, potem ćwierćfinał i półfinał, by w biegu decydującym o medalach zająć trzecie miejsce za Justyną Kowalczyk i Norweżką Marit Bjoergen. W szpitalu okazało się, że ma pęknięte pięć żeber i w tym sezonie nie wróci na trasy. Do domu nie może wrócić - lot samolotem i zmiana ciśnienia byłyby dla niej niebezpieczne.

Robert Błoński: Justyna Kowalczyk powiedziała, że złote medale przegrała nie tylko z Marit Bjoergen, ale też z jej astmą, a przede wszystkim lekarstwami, które przyjmuje Norweżka. Bjoergen odpowiedziała, że Justyna nie umie przegrywać. Pani opinia w tej sprawie?

Petra Majdić: Mam w drużynie dwie koleżanki, które są chore na astmę. Chorobę wykryto u nich w ostatnich dwóch latach, w naszej dyscyplinie coraz więcej zawodników zapada na astmę. Nie wiem, czy wywoływanie kampanii przeciwko im przez Justynę, to dobry pomysł. Mój pomysł jest prosty: wybierzmy jedną klinikę, której identycznym testom poddano by wszystkich biegaczy. Masz astmę? Ok., jesteś chory, przyjmuj sterydy i startuj. Ja biegałam tutaj z pięcioma złamanymi żebrami i zdobyłam medal (śmiech). Z drugiej strony naprawdę lepiej nie myśleć i nie dręczyć się tym, że ktoś coś osiągnął, bo brał doping. Cztery lata temu, przed igrzyskami w Turynie, u kilka zawodniczek wykryto niedozwolone środki. Powiedziałam swojemu trenerowi: "wszystkie są na dopingu, nie wygram z nimi". Odpowiedział mi coś, czym mnie wkurzył: "przestań myśleć, co one we krwi, co robią, zajmij się sobą i swoim treningiem. Trenuj na całego, biegaj do upadłego i próbuj je pokonać. Ale nie mów, że skoro nie możesz ich pokonać, to coś biorą. Jak tak masz myśleć, to skończ z bieganiem". Nie jestem lekarzem, nie umiem powiedzieć kto jest zdrowy, kto chory. Uważam, że skuteczna walka z dopingiem jest dużo bardziej potrzebna niż walka z astmą. Może identyczne testy dla wszystkich, w jednym miejscu, załatwiłyby sprawę.

W sobotę bieg na 30 km klasykiem. Pod pani nieobecność, kto będzie faworytem?

- Myślę, że Bjoergen. Kilka dni przed sprintem widziałam na treningu Finkę Virpi Kuitunen, która ewidentnie przygotowywała się właśnie do startu na 30 km. Może być mocna na tym dystansie, choć ten sezon ma słaby i nikt na nią nie stawia. Liczyć się będzie Kowalczyk. Wszystko jednak wskazuje na to, że warunki na trasie będą ciężkie. Ma padać śnieg albo deszcz. Zamierzam obejrzeć ten bieg na stadionie.

Co pani powie o wypadku kilka dni po nim?

- Denerwują mnie zarzuty, że to moja wina, bo nie wyhamowałam w porę. Na igrzyska przyjechałam jako wiceliderka PŚ i liderka PŚ w sprintach, więc potrafię naprawdę szybko biegać na nartach. Mogę nawet zgodzić się, że upadek to była moja wina i przyznać do błędu. Ale na pewno moją winą nie było, że spadłam w czterometrową przepaść na dnie której były kamienie i twardy, zmrożony śnieg! Dzień przed biegiem zwracałyśmy organizatorom uwagę na ten zakręt, prosiłyśmy o zabezpieczenie, ochronną bandę? Nikt nie posłuchał, choć był lód i trasa była bardzo szybka. Po wypadku organizatorzy mówili "wybacz, ale nie wiedzieliśmy, że na dole są skały!". To żadne usprawiedliwienie. Ja też nie wiedziałam. Wyobrażacie sobie, gdyby to się stało podczas finału? Do jakiej tragedii mogłoby tutaj dojść, bo ktoś nie pomyślał i nas nie posłuchał? To olimpijska trasa na której odbywa się najważniejszy wyścig sezonu!

Ze Słoweńskim Komitetem Olimpijskim rozważamy teraz każdą opcję. Nie chodzi o pieniądze czy odszkodowanie. Choć wszyscy wiedzą, że straciłam igrzyska, pewne złoto, dalsze starty w PŚ i w ogóle wymarzone zakończenie kariery. My, sportowcy nie jesteśmy współczesnymi gladiatorami, wynajmującymi swoje ciała na igrzyska. Jesteśmy ludźmi. W poprzednich latach uczestniczyłam w wielu spotkaniach z ludźmi z FIS odpowiedzialnymi za trasy i przepisy, z sędziami, serwismenami i trenerami. Dyskutowaliśmy, co zrobić żeby było lepiej i bezpieczniej. Zabierałam głos bardzo często. W tym roku nie pojawiłam się na takim mityngu ani razu. Działacze FIS pytali, dlaczego i zapraszali. Odpowiedziałam tak: "macie naszą listę pomysłów co zrobić. Jeśli spełnicie choć jeden z nich, przyjdę".

Co pani sądzi o olimpijskich trasach. Są ciężkie czy łatwe? Justyna Kowalczyk mówi, że rekreacyjne. Jak je pani porówna z tymi w PŚ?

- (śmiech) dla Justyny na pewno są łatwe, bo jej atuty to moc i wytrzymałość. Uwielbia, kiedy jest pod górę. Dla niej dodatkowym problemem jest spora liczba niebezpiecznych zakrętów. Nie lubi ich. Dla mnie one też są problemem, bo na tych trasach mojej techniki łyżwą nie jest w żaden sposób porównywalna z tym, jak biega Charlotta Kalla albo inne niskie zawodniczki. Gdyby to ode mnie zależało, zawsze chciałabym biegać klasykiem. I, żeby było jak najwięcej sprintów. Ale to byłoby nie fair dla innych. Trasy muszą być dla wszystkich. Na igrzyskach w Turynie i Salt Lake City były trudniejsze niż w PŚ. Tu rzeczywiście są łatwiejsze. Ale to nie są zawody w tym, kto ustawi najtrudniejszą trasę pod górę tylko kto najszybciej pokona tę, która jest tutaj. Nie jest ekstremalnie ciężka, to prawda.

Wyklucza pani kontynuowanie kariery?

- Przed igrzyskami w Vancouver wiedziałam, że na 90 procent to mój ostatni sezon. Chciałam zdobyć złoty medal olimpijski i po ostatnim biegu PŚ, w Falun, powiedzieć wszystkim: "żegnajcie". Los był okrutny. Nie w taki sposób chciałam odejść. Marzenie o olimpijskim medalu spełniłam. Jest brązowy, ale dla mnie zawsze będzie złotym z diamentami. Jednak nie w ten sposób chciałam się pożegnać i to mnie boli bardziej niż te pęknięte żebra.

Przez ostatnie lata ciężko trenowałam, od 23 miesięcy nie miałam wakacji. Dzięki temu byłam tutaj przygotowana najlepiej w życiu. Takiej formy nie miałam nigdy. Wcześniej wiele razy płakałam podczas przygotowań. Słyszałam tylko "Petra, jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden tydzień, jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden trening, jeszcze jedno odepchnięcie...". Aż wreszcie nie wytrzymałam i krzyknęłam: "no more one more". Przeszłam piekło, ale dopięłam swego. Żal żegnać się wypadkiem. Kiedy jednak pomyślę, że całe to piekło przygotowań miałabym przeżyć jeszcze raz, to mnie skręca. Nie wiem, czy zdołałabym wrócić do takiej formy. Miejsce 30. czy 50. nie dla mnie. Jeśli jednak któregoś dnia pomyślę "ok., Petra, dasz radę", to na rok wrócę.

Jeśli skończy pani karierę, co zamierza dalej?

- Odpoczywać, skończyć studia, mieć dzieci, gotować, pić kawę z przyjaciółmi, siedzieć na werandzie, mieć długie wakacje... Żyć i śmiać się (śmiech).

Igrzyska w Vancouver na portalu Sport.pl

Codzienne relacje Z Czuba i na żywo, relacje prosto z Kanady specjalnych korespondentów, wideo komentarze, rozmowy z naszymi gwiazdami i komplet wyników, także tych z nocy polskiego czasu. A rano o godz. 9 w TOK FM magazyn olimpijski Michała Pola. Zapraszamy do śledzenia igrzysk w Sport.pl »

Zespół Sport.pl przygotowuje też "Gazetę olimpijską" - codziennie do kupienia z "Gazetą Wyborczą".

Walczymy o kolejny medal - mówi trener Kowalczyk »