Katerina świetnie pchała w bezkroku

Srebrny medal ucieszył całą moją rodzinę. Atmosfera w naszym salonie się od razu poprawiła, tym bardziej że w tym dniu akurat było u nas nieco więcej osób.
No, nie aż tak wiele jak w salonie - pardon: remizie - w Kasinie Wielkiej, gdzie tradycje swojskich klimatów w TVP podtrzymywał Szymon Borczuch. Były też łączenia z Tychami, ale tam piwny sponsor nie był swojski. Jak wyglądało z telewizora, zdołał zmobilizować zaledwie dwie panie do podtrzymywania transparentów sponsora, reportera oraz kolejnego znajomego Justyny.

"Kolejnych znajomych" jest bowiem cała masa. Sprawdziłam w Google'u - Justyna Kowalczyk ma 27 lat. Aż zadziwiające, że miała w tym czasie aż tylu trenerów, nauczycieli, prezesów, kolegów i wychowawców. A co rusz pojawiają się nowi. Wszyscy są oczywiście bardzo zadowoleni.

- Tyle pracy i wreszcie się opłaciło - westchnął średnio optymistycznie do mikrofonu Borczucha blisko północy niejaki trener Jarosz i aż trudno się domyślić, czy mówił o sobie tego wieczora, czy też o naszej bohaterskiej narciarce. W tle grupa mocno podmęczonych górali z remizy wykrzesywała z siebie resztki entuzjazmu. Panie, machając flagami i rzucając ukradkiem spojrzenia poza ekran, mamrotały jakąś pieśń. Może pierwsze wielkopostne gorzkie żale...

Przyjechała telewizja, to pod telewizję się gra. W studiu TVP w środę było równie apetycznie jak w Kasinie. Dobrą formą zaimponował Maciej Kurzajewski, który po kolejnym wywiadzie z cepelii spuentował: - Do końca tych igrzysk poznamy chyba wszystkich ludzi, którzy mieli kiedykolwiek styczność z Justyną Kowalczyk.

Jak rozumiem, wyzwanie zostanie podjęte. Wszyscy to wszyscy!

Entuzjazm po medalu był wielki. Józef Łuszczek popłakał się, i słusznie. Krzysztof Hołowczyc równie słusznie dopominał się, żeby nie szlochać nad Petrą Majdić, która wpadła do kanadyjskiej smródki. - Nic się nie stało! Dajcie jej narty i pobiegnie dalej! O, wstała i idzie dalej - krzyczał, a Majdić jakby natchniona tym wołaniem wykręciła brąz. Potem co prawda ledwie wyżyła, ale mistrz kierownicy miał rację - wystarczyło jej założyć narty.

Bieg sprinterski był tak ciekawy, że okazało się, iż to nie Marek Jóźwik z Szymonem Krasickim są nudni, tylko poprzednia konkurencja ich znudziła. Teraz były realne emocje, to i komentatorzy się urealnili. Szymon Krasicki imponował wiedzą ("Katerina Smutna świetnie pchała w bezkroku"), a Jóźwik nadawał wysokie tony. Co prawda dopiero po biegu ze studia przyszła analiza, że Justyna po prostu dała ciała na ostatnim zakręcie, ale co tam. Wszystkiego ze stanowiska przecież zobaczyć się nie da.

A Justyna? Aż przyjemnie jej kibicować. Chyba od czasów Ireny Szewińskiej nie mieliśmy sportsmenki, która jak dobre porsche potrafi depnąć - i pięknie odstawić rywalki. Kiedy Kowalczyk odsadzała rywalki pod górkę, aż się chciało zakrzyknąć za superbohaterem YouTube tej zimy: "Ale urwała!".

Ale nawet Szewińska nigdy takich fajnych wywiadów nie udzielała. Może to zasługa Sebastiana Parfianowicza, który podczas tych igrzysk po prostu dobrze rozmawia? W środę było i o "ohydnej" organizacji, i o błędach, i o wdzięczności trenerowi. A także sympatyczne: "Bjorgen idzie [na zakręcie] z nogi, a ja jeszcze tego nie potrafię. Muszę się jeszcze sporo uczyć...".

I nawet nie trzeba opowiadać bajek o smarowaniu, pogodzie, wietrze i śniegu... Po prostu - wielki sportowiec.

W przedziałek czesana - Vancouver w kapciach »

Więcej o: