Klęska polskiego sportu na igrzyskach

Po dwóch tygodniach spędzonych na igrzyskach wiemy, że polski sport to gatunek osobny. Taki wybryk natury. Martwej natury.
Polska 202-osobowa drużyna zdobyła zaledwie 10 medali, o cztery mniej niż w Sydney. To najsłabszy wynik od igrzysk w Melbourne w 1956 roku. Przy czym blisko jedną trzecią wszystkich wywalczyła Otylia Jędrzejczak, prawdziwa gwiazda pływania. Nie udało się Renacie Mauer w strzelectwie, kanadyjkarzom Danielowi Jędraszko i Pawłowi Baraszkiewiczowi, Grzegorzowi Sposobowi w skoku wzwyż, zapaśnikom, judokom i innym. Lista jest długa.

Nie udało się też Michaelowi Phelpsowi pokonać rekord legendy pływania Marka Spitza z 1972 roku i zdobyć osiem złotych medali. Ale tą nieudaną, heroiczną próbę będziemy pamiętać długo. Nie zapomnimy też, gdy Otylia ze łzami w oczach powiedziała przy olimpijskim basenie: - Zdobyłam złoty medal, aby go stracić. Oddam go na aukcję, a pieniądze przeznaczę na walkę z białaczką wśród dzieci.

Nie zapomnimy, jak Tomasz Kucharski, złoty medalista na wioślarskiej dwójce, po morderczym wysiłku i obronie złota przed atakującymi Francuzami, leżał przed nami i nie mógł wypowiedzieć słowa, kiedy obojętne mu było czy wygrał, czy przegrał. Nie zapomnimy, jak Robert Korzeniowski wchodził do pustego stadionu, kończąc chód na 50 km i swoją karierę zdobyciem czwartego złota. Dwa dni później wniósł polską flagę w swoim ostatnim olimpijskim marszu, podczas ceremonii zamknięcia igrzysk.

To były igrzyska wyjątkowe - mało rekordów, mnóstwo wpadek dopingowych, mało kibiców. Mówiono o nich "zapomniane igrzyska". Następne w Pekinie tez będą wyjątkowe, ale zupełnie inaczej. Tam o medal będzie jeszcze trudniej. W polskim sporcie potrzebna jest rewolucja.

Grupka fantastycznych zawodników - jak Otylia Jędrzejczak, Robert Korzeniowski i kilku innych - sprawiała na tle ekipy biało-czerwonych wrażenie istot z innej planety. W szczególnie drastycznych przypadkach Polacy nie rywalizują o medale, lecz olimpijskie Nagrody Darwina. Nagrody te przyznaje się ludziom, którzy przyczynili się do przetrwania gatunku, eliminując swoje geny z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób. Innymi słowy, popełnili nieumyślne samobójstwo. Pretendować do nich może np. delikwent, który studiuje etykiety na fajerwerkach, przyświecając sobie zapalniczką.

Polska reprezentacja raz za razem popełniała w Atenach sportowe samobójstwo. I nie chodzi nam tylko o zawodników, w żadnym razie nie zamierzamy wykpiwać ich morderczego wysiłku, katorżniczej pracy, tym bardziej że czasem oni byli akurat najmniej winni.

Piszemy o tym, bo po prostu szkoda nam ich poświęcenia.

Było sobie np. dwóch kanadyjkarzy. Obaj trenowali przed laty w Wałczu, w Szkole Mistrzostwa Sportowego, obaj uchodzili za bardzo zdolnych juniorów. Pływali nawet w jednej łódce. Pięć lat temu Tomasz Wylenzek wyjechał do Niemiec, do rodziny. Łukasz Woszczyński został w kraju. Obaj błyskawicznie dostali się do reprezentacji - niemieckiej i polskiej.

Wylenzek zdobył w sobotę dla Niemiec złoto (z wielką przewagą!), Woszczyński dla Polski - piąte. Zaszczytne piąte, jak powiadają działacze.

Że Dariusz Michalczewski zrobił karierę w Niemczech, rozumiemy. Tam są większe pieniądze. Ale dlaczego teraz Woszczyński nie może się mierzyć z Wylenzekiem? Czy potrafią odpowiedzieć trenerzy?

Aleksandra Uścińska, zawodniczka taekwondo, nie miała na kim ćwiczyć kopnięć. Trafił się bokser Liczik. Postawili biedaka, zarobił dwa ciosy i padł. Nie mógł przyjmować uderzeń trener? Nie, bo "jest Koreańczykiem, należy mu się szacunek". Nie mogła skopać worka? Nie, bo "na taekwondo trzeba poczuć rywala". Liczik to twardy chłop (całe 54 kg). Szczęście, że nie trafiło na Rżanego (51 kg).

Rżanemu nikt nie powiedział, że przegrywa walkę z Azerem, więc w ostatniej rundzie, w ostatnich sekundach unikał starcia, broniąc wyniku. Był człowiek od tego, by porażkę sfilmować - z kamerą biegał wspomniany Liczik - nie było takiego, który usiłowałby jej zapobiec. Nasz dorobek na ateńskim ringu to jeden ćwierćfinalista. Egipcjanie mieli trzech. Do tego dołożyli dwa medale. Egipscy bokserzy? Słyszeliśmy o egipskich ciemnościach, ale o bokserach nie.

Czołowe drużyny siatkarskie przywożą sztab ludzi odpowiedzialnych za analizę taktyki rywala. To dziś warunek niezbędny, by przygotować się do meczu o wielką stawkę. Polacy przywieźli jednego, który nawet pracując od świtu do (prawie) świtu, nie wyrabiał. PKOl nie zgodził się nawet na jednego asystenta. Do Aten pojechało za to 22 działaczy, zaś nie wiadomo, ilu skorzystało ze sponsorskich pakietów Fundacji Olimpijskiej. Siatkarze nie mieli także kierownika drużyny. "Zastąpił" go prezes Janusz Biesiada.

Kajakarze uparli się, by trenować w Wałczu. Bo taniej. Tymczasem nie sposób przygotować się do sprintu, gdy wieje ostry wiatr, jest zimno, leje deszcz. To klasyczny błąd ściubigroszy. Najpierw cieszą się, że zaoszczędzili, potem rozpaczają nad katastrofą. Przypominamy - identycznie było przed igrzyskami w Sydney. I tam też zakończyło się jednym brązem wyrugowanego potem z kajakarstwa Piotra Markiewicza - bo uparł się, że chce pływać na jedynce, głupi, biedny, genialny dwukrotny mistrz świata.

Zapaśnikom brakowało szybkości, przegrywali walkę za walką. A właściwie nie przegrywali, tylko dawali sobą tarmosić, grzmocić o matę jak w kreskówkach z Tomem i Jerrym. Żal było patrzeć. Widać, że trenerzy popełnili zatrzęsienie błędów podczas przygotowań. Józef Tracz ogłosił zatem, że po powrocie do Polski złoży rezygnację. Współtwórca sukcesów sprzed ośmiu lat Ryszard Świerad, teraz pracujący dla Szwecji (po zdobyciu trzech złotych, srebrnego i brązowego medalu w Atlancie nie przedłużono z nim kontraktu), wypowiedział znamienne słowa: - Józek gdzieś popełnił błąd. Ale nie ma lepszego.

Nie ma, więc tkwijmy w tym samym bagnie?

Niedługo w ogóle zapomnimy o zapaśnikach, bokserach, judokach, bo działacze są skamielinami z poprzedniej epoki. Nowoczesnego sportu już nie rozumieją, bo za szybko się zmienia. Prezes boksu Czesław Ptak lub trener Ludwik Buczyński już nawet nie próbują zrozumieć. Lepiej wcisnąć zawodnikom historie o spiskach arabsko-azjatyckich, co jest bardzo łatwe, i chłopcy to rozumieją.

Działacze nie znają języków, nie rozumieją, co się do nich mówi, zresztą nie potrafią powiedzieć nic mądrego nawet po polsku. Ale przez to, że nie znają języków, nie są wybierani do władz i komisji międzynarodowych federacji. W IAAF jest 29 ważnych działaczy, żadnego z Polski. W boksie przy turnieju pracuje 42 międzynarodowych działaczy, tzw. komitet wykonawczy. Żadnego z Polski. W pływaniu 24. Żadnego z Polski.

Sprawdziliśmy w oficjalnym olimpijskim systemie informacyjnym, ilu Polaków pracuje w komisjach sędziowskich, władzach związków wszystkich sportów. Są to setki, setki nazwisk prezesów, zastępców, członków zarządów, komisji sędziowskich. Polaków znaleźliśmy trzech: w jeździectwie, podnoszeniu ciężarów i szermierce.

Zacofani polscy działacze nie mają żadnego wpływu. I mówią potem, że ich sportem rządzi mafia turecka, kaukaska, ruska. Najchętniej ruska.

Nieprawda, panowie! To wy jesteście beznadziejni.

Co rozumie ze sportu prezes Polskiego Związku Jeździeckiego Roman Jagieliński? 39, 40, 30, 43, 51, 52, 63, 69, 66. To nie Multilotek. To miejsca, jakie zajęli nasi jeźdźcy w Atenach.

Dla całego świata liczą się igrzyska, igrzyska, igrzyska. My mamy wiceprezesa Polskiej Konfederacji Sportu Tomasza Marcinkowskiego, który przechadza się z karteczką i ze śmiertelnie poważną miną ciuła punkty - tu zawodnik jest ósmy, tam szósty, znaczy sprawy zmierzają w dobrym kierunku. Ktoś z konfederacji powie, że z analizy punktowej wynika, że więcej państw zdobyło punkty niż poprzednio i dlatego my mniej. Potem jego szef lub prezes PKOl Stanisław Stefan Paszczyk powiedzą, że to wszystko nie ich wina, oni są bezradni.

Nie o taką analizę chodzi.

Mamy siatkarzy, którzy jako jedyni śmiertelnie poważnie traktują towarzyską Ligę Światową.

Mamy zapaśników, których działacze zmusili (presja wyników) - jak skarży się Tracz - do niepotrzebnego nadmiernego wysiłku podczas mistrzostw świata. Stąd według trenera w Atenach brakowało im wigoru.

Mamy kajakarzy, którzy przywożą worek medali z najrozmaitszych zawodów, a im więcej ich przywiozą, tym boleśniejszą klęskę ponoszą na igrzyskach.

- W Sydney to jeszcze do mnie nie dotarło, ale dziś już wiem, że zbyt duży nacisk kładziemy na mistrzostwa świata, a zbyt mały na olimpiadę - powiedział prezes Polskiego Związku Kajakowego Tadeusz Wróblewski. Szkoda, że cztery lata dochodził do wniosku oczywistego w każdym zakątku globu. Jak ważne jest wszystko, ważne nie jest nic.

Wyjątkowo potraktowano tylko sprawę kontaktów z mediami. Przed igrzyskami olimpijczycy przeszli specjalne szkolenie, jak postępować z dziennikarzami. A raczej - jak nie postępować. Zwłaszcza po porażkach (nie wszyscy) chowali się, wymyślali wymówki, uciekali tylnym wyjściem. Mieli w nosie kibiców, którzy chcieli wiedzieć, co czują po zawodach.

Amerykański oficer prasowy zastępował drogę sportowcom. I nie odpuszczał, dopóki nie opowiedzieli o starcie dziennikarzom, nie wyjaśnili przyczyn zwycięstwa lub niepowodzenia. Inny przychodził poinformować, że zawodnik czeka na spotkanie. Jeśli reporterzy byli zapracowani, przynosił nagrane wypowiedzi.

Inaczej Andrzej Person, rzecznik prasowy polskiej misji olimpijskiej. Na sugestię dziennikarza, że do obowiązków siatkarza należy zdobyć się na trzy zdania do kibiców, odparł: "To wam się tak wydaje". Na żeglarzy, którzy zajęli ostatnie miejsce, dziennikarze czekali cztery godziny. Nie doczekali się. Na Grzegorza Sposoba też. Dopiero dzień po zawodach, dzień po tym, jak prysły nadzieje na medal w prestiżowej konkurencji, zaciskający za niego kciuki rodacy dowiedzieli się, że pękł mu but.

Sposobowi pękł but. Żeglarzom trener zabrał kapok, więc ich zdyskwalifikowano, choć wygrali wyścig. Akurat na igrzyskach. Pastuszka wypadła z kajaka. Skąpała się pierwszy raz od ośmiu lat. Akurat na igrzyskach. Potem trener odkręcił śrubkę i jej kajak był lżejszy od limitu o 15 g. Wcześniej mu się to nie zdarzało. Pecha miał akurat na igrzyskach. Pod pięcioboistą Horbaczem skakać nie chciał nawet koń. Pod Stefankiem zresztą też, ale ten przynajmniej dowiózł go do mety. Na koński spisek nie poradzisz. Ale dlaczego akurat na igrzyskach?

Tak wygląda sport, którym chwalimy się światu. A co z tymi, którzy na igrzyska się nie zakwalifikowali?

Ale muzeum, prezesie Paszczyk, to ma Pan cudne!