Igrzyska w Rio. Nowacka: Wierzyłam że choćbym miała paść, zemdleć, umrzeć, to muszę dobiec

- Bałam się. Ale wierzyłam że choćbym miała paść, zemdleć, umrzeć, to muszę dobiec - powiedziała po zdobyciu brązowego medalu w pięcioboju nowoczesnym Oktawia Nowacka.
Pani zawsze biega w takich chwilach uśmiechnięta?

To był grymas bólu! Po prostu, na co dzień się często uśmiecham i chyba mi ten uśmiech nie chce zejść z twarzy. Ale potem spłakałam się bardzo na ceremonii medalowej i teraz trochę rozpaczam, że wszędzie będę we łzach. Ale to był wyjątkowy moment, po tych wszystkich moich przejściach. Gdy dopadła mnie kontuzja, myślałam, że w ogóle nie pojadę do Rio. Nie byłam w stanie momentami chodzić, tak bolało. Ale się udało, dotarłam, było dobrze. I wreszcie ta ostatnia konkurencja, której bałam się najbardziej. Musiałam podołać wyzwaniu, wytrzymać to. Wiedziałam, ile bólu mnie to będzie kosztowało. Ale dałam radę i jestem teraz najszczęśliwszą osobą na świecie.

Mówiła pani, że pięciobój jest taką dziwną dyscypliną, w której gdy się dobrze zacznie to się też najczęściej dobrze kończy.

Coś w tym jest, tu się idzie na fali. Ja po świetnym początku w szermierce wierzyłam, że dam radę i nie mogłam siebie zawieść. Mimo różnych złych myśli i zwątpień, które mnie potem dopadały.

Z klaczą się pani dobrze dogadała.

Cudowny koń. Muszę gdzieś go tutaj jeszcze znaleźć i wycałować. Dużo mu zawdzięczam.

W marcu odłożyła pani kule, pięć miesięcy później jest medalistką olimpijską.

To jest medal wydarty wszystkimi siłami jakie miałam. Głęboką wiarą w siebie i w to że praca i poświęcenia moje i najbliższych muszą coś dać. Nie wiem, co powiedzieć, wszystko się kończy łzami.

A teraz zostanie pani twarzą sportowego weganizmu?

To prawda, nie jem mięsa od 2,5 roku. Czuję się bardzo dobrze i nie uważam, że mam przez to mniej siły. Brazylia to kraj mięsa, ale miałam w czym wybierać na stołówce. Fakt, gdy jestem na zawodach to muszę z weganizmu przejść na wegetarianizm. Bo trudno by to było zorganizować. Nabiał się zaplątał, trochę jajek. Ale gdy sobie sama gotuję, to zawsze wegańsko. Kiedyś uwielbiałam fast foody. Ale za wszystko płaci się cenę. Póki jesteśmy młodzi, wiele możemy. Ale ja po kontuzjach, po dwóch operacjach rok po roku, czułam się fatalnie i nie byłam w stanie wrócić do sportu. Weganizm to była taka iskierka, która się pojawiła. Zmienić coś w dbaniu o ciało, skoro trening już nie wystarcza. Zaczęłam się zdrowo odżywiać. Weganką jestem z wielu powodów. Zdrowotnych, ekonomicznych, humanitarnych, etycznych. Prowadzę bloga o odżywianiu. Wiele osób mi mówiło, że jestem szalona, tak się odżywiając w sporcie. Ale jeśli jestem czegoś pewna, to to robię.

Dlaczego wybrała pani właśnie pięciobój?

To nie my wybieramy pięciobój, tylko pięciobój nas. Jako młoda dziewczynka ze Starogardu Gdanskiego zaczynałam bieganie u boku mojego taty. Jednocześnie zaczęłam treningi pływania w UKS 8 Starogard Gdański. W jednym sezonie startowałam i w mistrzostwach Polski w pływaniu i w lekkiej. Pamiętam że miałam 13 lat i miałam finał B w pływaniu i czwarte miejsce w MP w lekkiej. Przyszedł czas wyboru dyscypliny a ja obie kochałam i nie umiałam się rozstać. I podpowiedzieli mi najpierw dwubój, bieg i strzelanie, a potem wyjechałam jako 14-latka do Warszawy, do ośrodka w Łomiankach, żeby się uczyć pozostałych konkurencji. 11 lat trenuję pięciobój i wreszcie nadeszła ta chwila. Dopiero teraz widzę, ile to musiało kosztować moich rodziców, rozstać się w takim wieku. Ale ja miałam zawsze świetne relacje z rodzicami. Ufali mi, niczego nie zabraniali. Dzięki tej miłości, wsparciu, zaufaniu, mogłam spełniać marzenia.

Z jakim nastawieniem jechała pani do Rio?

Cieszyłam się, że w ogóle tu jadę po wszystkich przygodach i przeżyciach. Ta radość mnie niosła podczas startów. To było widać na szermierce. Wiele jeszcze było przede mną, a ja już się zalewałam łzami ze szczęścia. I ten uśmiech, optymizm, wiara w siebie sprawiły, że byłam w stanie ten medal zdobyć. Powiedziałam sobie po szermierce: cokolwiek się stanie, trzeba zaufać sile wyższej, zaufać światu, bo nas zawsze prowadzi w dobrą stronę. Nawet jeśli się czasami wydaje inaczej. Nie byłoby kontuzji, może nie byłoby medalu. Być może tak miało być. Obawiałam się finału, bo konkurencji technicznych się nie zapomina, ale żeby dobrze biegać, trzeba trenować, a ja mam zaległości. Z pływaniem jest tak samo, ale pływanie mogłam trenować z kontuzją stopy, a biegania nie. A cztery razy osiemset to jest niezwykle wyczerpujący bieg. Bałam się. Ale wierzyłam że choćbym miała paść, zemdleć, umrzeć, to muszę dobiec. Rio to miasto które sobie upodobałam. Jestem tu czwarty raz. I za każdym razem lubię je coraz bardziej. 

Tatuaże sportowców w obiektywach fotoreporterów. Niektóre zachwycają, wśród nich jest tatuaż Polki [ZDJĘCIA]