Igrzyska olimpijskie Rio 2016. Kac Rio, czyli nieśmieszne przypadki Ryana Lochte

Gdyby startowała na igrzyskach reprezentacja głupków, byłby jej chorążym. W Rio de Janeiro Ryan Lochte wygłupił się jednak nawet ponad własne normy. A Brazylia zrobiła mu pokazówkę, bo takich gringos nie znosi najbardziej
Tytułem wstępu: tak, głupek. On jest z tego dumny. Głupi, przystojny i bogaty - przez ostatnie 12 lat w świetle kamer mocno dbał, żeby to się wryło w pamięć. W roku olimpijskim 2012, roku jedynego zwycięstwa nad Michaelem Phelpsem w indywidualnym wyścigu igrzysk, wystąpił w jednym z odcinków serialu komediowego w roli atrakcyjnego tępaka, którego jedna z bohaterek potrzebuje tylko do seksu. Jako "sex idiot". Jeden z komentatorów napisał wtedy, że Lochte właśnie został świętym patronem wszystkich sex idiotów.

Gdyby Kim Kardashian pływała...

Był wtedy również pływakiem roku, największą gwiazdą mistrzostw świata 2011, miał od lat milionowe kontrakty reklamowe, stawał się twarzą pływania. Ale wolał sex idiotę. Zawsze uważał, że pisana jest mu telewizja i będzie się tam czuł jak ryba w wodzie. Najchętniej - grając siebie, pokazując siebie i wszystkie drogie rzeczy, na które go stać. Gdyby Kim Kardashian pływała, nazywałaby się Ryan Lochte. Mieli zresztą swego czasu swoje reality show w tej samej stacji E!. Ale telewizja nie kochała Ryana z wzajemnością, na jaką liczył, i serial "Co by zrobił Ryan Lochte" został szybko przerwany.

Lochte jest drugim najlepszym olimpijczykiem w historii USA, po Phelpsie. Zdobył 12 medali, w tym sześć złotych. Jest kumplem i największym rywalem Phelpsa. Niektórzy mówią: Robinem przy Phelpsie Batmanie. Ying przy yang Phelpsa. Phelps jest największy, najgenialniejszy i lekko mroczny. Lochte jest o krok za nim jako uśmiechnięty swojak. Ciągle wpada w tarapaty, robi głupstwa, ale jest przy tym tak rozbrajający, że trudno się na niego długo gniewać. Mówi angielskim z telewizyjnych show, zachowuje się, jakby chciał zostać czarnym raperem, ale nie wie, od czego zacząć, zawiesza się w śmieszny sposób na konferencjach prasowych, nie boi się z siebie śmiać. Cegła może na niego spaść nawet w drewnianym kościele, miał już przerywające przygotowania wypadki nie tylko na skuterze, ale też na deskorolce, a nawet przy popisach w tańcu. Genialny pływak, syn trenera pływania, gwiazda sekcji pływackiej słynnych Florida Gators. Ale jemu się zawsze marzyło Hollywood, i żeby o nim mówili. Może być projektantem, modelem, aktorem - wyliczał w swoim reality show.

Zatrucie w McDonaldzie

Już na igrzyskach w Pekinie miał psuć szyki Michaelowi Phelpsowi w pogoni za ośmioma złotymi medalami. Ale zepsuł już pierwszy start, bo przejadł się w McDonaldzie w wiosce. Phelps polował na złoto, a jemu wystarczyły diamenty. Startował wtedy z wysadzanym diamentami aparacikiem na zęby, był gwiazdą reklam maszynek do golenia Gillette zdobionych diamencikami. Nie wygrał z Phelpsem w żadnym wyścigu. Ten jeden wspomniany raz na igrzyskach zdarzył się w Londynie na 400 zmiennym.

W Rio zdobył tylko jeden medal, złoty w sztafecie 4 x 200 dowolnym. Uwagę przyciągał głównie tym, że pofarbował sobie włosy na jasno, ale nie przewidział, że gdy farba wejdzie w reakcję z wodą z basenu, głowa mu się zazieleni. I gdy wydawało się, że to tak zakończy swój najgorszy olimpijski start w karierze, ruszył w takie tango, świętując złoto, że za nim ruszyła lawina dziwnych zdarzeń. I wiele wskazuje na to, że zmiecie tego swojaka, o którym Amerykanie mówili: trochę dupek, ale nasz dupek. Nie będzie mu łatwo odzyskać sympatię. Ale najpierw musi się zająć czymś pilniejszym, czyli umykaniem przed wyrokiem brazylijskich sądów.

Czterech wspaniałych podbija Rio

Zaczęło się to wszystko w noc po złotym medalu sztafety. Czterech wspaniałych wkroczyło do Klubu Francuskiego, czyli sportowej ambasady, jaką sobie w Rio postawiło na czas igrzysk wiele komitetów olimpijskich (mają swój choćby Czesi, Polacy nie mają). Niektóre te ambasady wieczorami zamieniają się w dyskoteki. Weekendowe imprezy w Klubie Francuskim są tak dobre, że nawet po bilety za równowartość 650 złotych ustawiają się długie kolejki. Płacisz, wchodzisz i potem bierzesz, co chcesz. Czterech wspaniałych nie czekało w kolejce, bo jednym z nich był Ryan Lochte. Pozostałych trzech to Gunnar Bentz, Jack Congen i Jimmy Feigen, też pływacy amerykańskiej kadry.

Bawili się świetnie, zwłaszcza w damskim towarzystwie, wypili morze alkoholu, a potem w taksówce wymieniali doświadczenia. Nie zbaczali z olimpijskiego szlaku. Dom Francuski jest niedaleko toru wioślarskiego i kajakowego. Taksówka wiozła ich do wioski i była już blisko Parku Olimpijskiego, gdy panowie musieli stanąć za potrzebą. Jak często bywa w Brazylii, toaleta na stacji benzynowej była zamknięta na klucz. A oni nie lubią czekać, ani w Domu Francuskim ani w toalecie. Lochte, najstarszy z nich, najbardziej pijany i najbardziej niecierpliwy, zerwał znak ze ściany stacji, a potem wkroczył do toalety jak do salonu. Zostały po nim wyłamane drzwi, pobite lustra, połamane dozowniki do mydła. Niektórzy z jego kolegów nie czekali i załatwili potrzebę na ściany stacji. Ochroniarze kazali im siadać i czekać, aż przyjedzie policja i zapłacą za zniszczenia. Oni nie mieli zamiaru i pchali się do taksówki. Ale taksówkarz nie współpracował, a ochroniarze wyciągnęli broń. Amerykanie zapłacili tyle, ile mieli w portfelach, i odjechali.

Było strasznie, ale byłem dzielny

Lochte mimo wezwań ochroniarzy grał na stacji bohatera i nie chciał nawet usiąść. A po przebudzeniu w wiosce był tak dumny ze swojego bohaterstwa, że wspomniał matce przez telefon o tym, co się zdarzyło, ale w swojej wersji: ktoś mu przystawił lufę do skroni, musiał oddać pieniądze, ale był dzielny.

I dopiero wtedy lawina ruszyła na dobre. Matka wpadła w panikę i - jak to u rodziny Lochte - zaalarmowała media. Media na zbitkę Rio-olimpijczyk-napad reagują jak u Pawłowa, i szybko zaczęła po świecie krążyć mrożąca krew w żyłach opowieść o napadzie w Rio: Amerykanie napadnięci przez bandytów w strojach policjantów, wyciągnięci z samochodu, obrabowani. Tylko Brazylijczykom ta akurat napaść wydała się bardzo niebrazylijska, bo napastnicy nie wzięli telefonów, od których zwykle zaczynają rabowanie. I pozwolili pływakowi się awanturować, a zwykle kładą takich jednym strzałem.

Ofiary robią sobie selfie

Gdy dziennikarze wrócili do Amerykanów po szczegóły, ci nawet nie pomyśleli, żeby uzgodnić wersje. Nie wzięli pod uwagę niczego: ani tego, że kamery są i przy wejściu do Klubu Francuskiego, i na stacji, i w wiosce. Ani tego, że na bramkach kontrolnych w obu miejscach trzeba wyciągnąć wszystko z kieszeni do prześwietlenia. I że te wszystkie rzeczy, które miały być zrabowane, widać na nagraniach z klubu i z wioski. A ofiary rzekomego napadu z bronią w ręku po wejściu do wioski wspinają się jeszcze na olimpijską dekorację, pięć kół, i robią sobie zdjęcia.

Lochte dał jeszcze wywiad w NBC, w którym opowiedział, jakim był herosem w dzikim kraju i dopiero widząc lufę przy skroni. powiedział: Niech będzie, i usiadł.

Gringo w dzikiej dyskotece

Potem już udawanie bohatera wychodziło mu gorzej. Śledczym od początku nic się w opowieści pływaka nie zgadzało, zaczęli drążyć, bo po napadzie odżyły wszystkie najgorsze stereotypy na temat Rio, a to miasto zrobiło naprawdę dużo, by igrzyska zabezpieczyć. Poza tym Brazylijczycy mają już naprawdę dość obcokrajowców, którzy traktują ten kraj jak wielką dziką dyskotekę i myślą, że wszystko im tu ujdzie płazem. Lochte stał się dla nich takim właśnie stereotypowym gringo. I gdy policja miała pewność, że pływak kłamie, postanowiła się dobrać do skóry jemu i kolegom.

Ale Lochte odleciał do Stanów, zanim sędzia nakazał zatrzymać paszporty czterech Amerykanów do wyjaśnienia sprawy. Bentz i Conger zostali zatrzymani na lotnisku. Feigen się ukrył. Dwaj zatrzymani zeznawali, a Lochte ze Stanów udzielił kolejnego wywiadu. Przyznał, że nie zostali wyciągnięci z auta, tylko napadnięci na stacji benzynowej, i że jednak nikt mu pistoletu nie przystawił do głowy. Przez traumę po tym incydencie, mówił, wszystko mu się pomieszało. Niedoszły bohater został największym pośmiewiskiem igrzysk.

Z włosami wszystko w porządku

Amerykański komitet olimpijski przeprosił za swoich pływaków. Bentz i Conger już wrócili do Stanów, ich prawnicy przekonują, że składali zeznania tylko jako świadkowie, bo nigdy nie skłamali, nie mają nic wspólnego z tym, co w tej sprawie nawywijał Lochte. Jimmy Feigen wynegocjował z władzami, że ofiaruje 11 tysięcy dolarów na cele charytatywne - zgodnie z brazylijskim prawem można się taką darowizną wykupić od procesu w sprawie drobniejszych wykroczeń. Lochte składa zeznania brazylijskiej policji za pośrednictwem FBI. Gdy jego kłamstwo zostało ujawnione, zwlekał z skomentowaniem sprawy publicznie. W piątek zebrał się do przeprosin, na Twitterze. Przeprosił za to, że nie był bardziej ostrożny, bardziej odpowiedzialny i bardziej szczery w opisaniu tego, co się zdarzyło, za to, że odciągnął uwagę od sportowych bohaterów igrzysk. Upiera się jednak, że to było bardzo traumatyczne doświadczenie: wyjść z kolegami późno w nocy w obcym kraju, z barierą językową i nagle mieć przed sobą kogoś z bronią. Jak to się ma do nagranych na kamerze wygłupów w wiosce po powrocie, nie napisał. Pouczył natomiast wszystkich, że już zbyt wiele czasu poświęcili tej sprawie. Im bliżej końca, tym dziwniejsze oświadczenie. Może jednak byłoby lepiej, gdyby ostatnią na razie wiadomością z jego Twittera pozostała ta, że włosy wracają już do dawnego koloru.



Tatuaże sportowców w obiektywach fotoreporterów. Niektóre zachwycają, wśród nich jest tatuaż Polki [ZDJĘCIA]