Rio 2016. Piotr Myszka: Najbardziej żal piątkowych strat, w niedzielę już nie mogłem wygrać z wiatrem

- Wpadłem w pewnym momencie w ciszę między szkwałami. Zatrzymałem się i patrzyłem, jak rywale mnie doganiają i wyprzedzają. To były bardzo trudne regaty, ale do wygrania - mówił zawiedziony Piotr Myszka po tym, jak w wyścigu medalowym spadł w klasie RS:X z trzeciego miejsca na czwarte. Wygrał Holender Dorian van Rijsselberghe przed Brytyjczykiem Nickiem Dempseyem i Francuzem Pierrem Le Coqiem
Paweł Wilkowicz: Po starcie wydawało się, że nikt już panu nie odbierze medalu. A potem nagle wszystko się odwróciło.

Piotr Myszka: Wyścig zaczął się rewelacyjnie, tak jak zaplanowaliśmy z trenerami. Świetny start, po którym Grek i Francuz zostali z tyłu, bo się zupełnie pogubili. Kontrolowałem sytuację, na górnym znaku miałem 200 metrów przewagi nad Francuzem. Wszystko układało się znakomicie. Niestety, na kursie z wiatrem, co jest trudne w żeglarstwie, wiatr schodził razem ze szkwałami. Szkwał, brak wiatru, szkwał. Grupa przede mną odjechała z ostatnim szkwałem. Ja na niego nie zdążyłem. Zatrzymałem się, nie byłem w stanie nic zrobić. Nie byłem w stanie tego przewidzieć. Kolejny szkwał schodził dopiero z wiatrem z górnego znaku, czyli z tymi wszystkimi zawodnikami, którzy mnie gonili. Tylko patrzyłem, jak w kilka sekund pokonują te 200 m które nas dzieliło i wyprzedzają mnie. A potem, na drugiej halsówce, jechałem już kontrolowany przez Francuza. Druga halsówka była już niestety łatwa, wystarczyło zjechać w lewo do znaku. Żadna inna taktyka nie dałaby efektu. I w takich warunkach trudno już było wyprzedzić Francuza, bo on też jest szybki a ja jechałem w tej gorszej pozycji.

Przegrał pan medal w niedzielę, czy raczej w piątek, gdy stopniała duża przewaga nad rywalami z czwartego i piątego miejsca?

- Pewnie raczej w piątek, ale taki urok regat. Słabszy dzień. Ale i tak, mimo słabszych startów, pozostałem wtedy na medalowym miejscu. A w niedzielę nic nie mogłem poradzić na taki wiatr. Jestem zawiedziony, chciałem medalu. Najbardziej żałuję, że w piątek straciłem kontakt z prowadzącą dwójką. Uważałem, że złoto i srebro są w moim zasięgu, a piątek mnie od nich oddalił. W niedzielę to brąz był moim złotem, walczyłem, ale nie wyszło. Nie wiem, jak będzie za cztery lata w Tokio, czy stanę do walki. Muszę porozmawiać o tym z żoną. Mamy dzieci, ostatnie cztery lata to było bardzo dużo wyjazdów, trudny czas dla żony. Muszę ją zapytać, czy da radę. Ja dam na pewno, bo kocham windsurfing i czuję, że jestem w nim dobry. Brytyjczyk który ma srebro jest starszy ode mnie, więc dlaczego miałbym nie dać rady. Ale traktujemy się w małżeństwie po partnersku i nie może być tak, że tylko ja się realizuję. To będzie wspólna decyzja.

Zofia Klepacka po pierwszej wizycie w tej zatoce mówiła, że to najbardziej nieprzewidywalny akwen na jakim pływała: nieprzewidywalny wiatr, zmienne prądy. Zgadza się pan?

- Trudne regaty, na pewno. W niektórych wyścigach kolejność na kilku pierwszych miejscach rozstrzygała się tuż przed metą, wjeżdżała cała grupa i trzeba było walczyć w każdym ułamku sekundy, mieć oczy dookoła głowy, żeby przypłynąć piątym, a nie dwunastym. Ostatnie dwa lata poświęciliśmy na przygotowania, byliśmy tutaj siedem razy. Trudne wody, ale nie przesadzajmy: dało się tu wygrać. Po prostu ja skończyłem czwarty, bo tak bywa w sporcie. Nie przegrałem z żadnymi leszczami, tylko z mistrzami olimpijskimi i świata. Poziom był mocno wyśrubowany. Co nie zmienia faktu, że mi przykro. Holendrowi Dorianowi van Rijsselberghe regaty podpasowały od początku. Objechał nas wszystkich w takim stylu w jakim ja zdobyłem ostatnio mistrzostwo świata: był pewny złota jeszcze przed wyścigiem medalowym. Czuł to, był świetnie przygotowany. Ja w piątek straciłem za dużo punktów do niego. Wcześniej nie wyglądało to tak źle, a w weekend odpłynęło.

Zaczyna się już dyskusja: co z tym Rio, co z całym polskim sportem? Z tego co pan mówi, wam żeglarzom w przygotowaniach niczego nie brakowało.

- Nie brakowało. Razem z Polskim Związkiem Żeglarskim i ministerstwem sportu przygotowaliśmy bardzo dobry plan, umożliwiający walkę o medale. I walka była. Wiadomo, że lepiej medal zdobyć, bo wtedy nie ma pytań. Ale plan był dobry. Ludzie zostawili kawał serca. I nie mówię tylko o nas żeglarzach, ale o ludziach w związku czy w ministerstwie. W biurach, w PZŻ. To są ludzie, dla których praca jest pasją. Życzę każdemu olimpijczykowi takiego wsparcia jakie miałem.

Ciekawe, usłyszeć coś takiego o związku od polskiego olimpijczyka. Zwłaszcza w sporcie w którym jak u was, kwalifikację zdobywa się na kraj, a nie na nazwisko. To się w innych sportach kończy często bardzo kwaśną atmosferą.

- U nas też bywało różnie, ale od jakiegoś czasu jest tak, że niezależnie kto wygra rywalizację o miejsce na igrzyskach, jesteśmy drużyną. Bo w pojedynkę niczego się nie da zrobić w starciu z żeglarskimi potęgami. Nie na dłuższą metę. Kiedyś Mateusz Kusznierewicz był sam, i świetnie że mu się udało. Ale żeby sukcesy były powtarzalne, trzeba połączyć siły. My mamy RS:X team, wspólnie trenujemy, wspólnie odrabiamy straty do najlepszych. W Londynie cztery lata temu to dało dwa medale. Teraz akurat medalu zabrakło, ale to nadal jest wzór dla innych klas żeglarskich. Jestem pewien, że do Tokio za cztery lata też pojedziemy z uzasadnionymi nadziejami na medale.

Najlepsze memy olimpijskie


Więcej o: