Igrzyska olimpijskie Rio 2016. Gimnastyka. Nadleciała Simone Biles

Ma metr czterdzieści cztery, ale stoi ramię w ramię z Phelpsem i Boltem. Czterdzieści lat po nieziemskiej Nadii Comaneci gimnastyka znów ma gwiazdę do wspominania latami. Z trudną historią rodzinną w tle. W czwartek do złotego medalu w drużynie, 19-letnia Simone Biles dołożyła złoto w wieloboju indywidualnym, które zdobyła z ogromną przewagą nad rywalkami.
Jest z przedmieść Houston, więc może nie powinno dziwić, że w sprawach kontroli lotu i orbitowania nie ma dziś nikogo lepszego w olimpijskim świecie. Simone Biles startuje w swoim własnym kosmosie. Jest żywym mottem igrzysk: szybciej, wyżej i mocniej. Ona nie przyjechała do Rio - na swój pierwszy olimpijski start - żeby poprzestać na rzucaniu wyzwania rywalkom. Ona, jak zawsze gdy zaczyna swój program, wyzywa na pojedynek prawo ciążenia i historię. Sprawność, energia, panowanie nad sobą i przestrzenią w locie - to jest pakiet, od którego nie można oderwać oczu. Jak gdyby tu inne zasady fizyki były czynne. Dlatego Biles, czarnoskóra piłeczka w kostiumie gimnastycznym, stoi w Rio ramię w ramię z takimi gigantami olimpizmu jak Usain Bolt i Michael Phelps: bo daje ten sam dreszcz, który przychodzi, gdy się patrzy na geniusza, niezależnie w jakim sporcie: że nie tylko on robi coś lepiej niż wszyscy, ale też że rzeczywistość wokół zwolniła, żeby to było jeszcze bardziej widoczne.

Zaproszenie do Szaolin

Simone Biles jest gimnastycznym talentem wszech czasów. Tu żadnych wątpliwości nie ma. W Rio zaczęła walkę o to, czy będzie też gimnastyczką wszech czasów. Od kiedy miała sześć lat i zaczęła nadmiar energii wyładowywać w hali z przyrządami, było jasne, że będzie kimś wyjątkowym, jeśli tylko wytrwa w treningu. Dwa lata później wypatrzyła ją i wzięła pod swoje skrzydła trenerka Aimee Boorman. Pracują razem do dziś. Czyli od ośmiu lat. A trzy lata temu Biles dostała zaproszenie do gimnastycznego klasztoru Szaolin. Do Karolyi Ranch. Czyli centrum treningowego legendarnej Marthy Karolyi, prowadzącej od dekad kolejne pokolenia amerykańskich olimpijek. Karolyi, już ponad siedemdziesięcioletnia, w Rio ma być trenerką kadry po raz jedenasty. I ostatni. A Simon Biles chce z nią tutaj zdobyć pięć złotych medali: to się jeszcze żadnej kobiecie w jednych igrzyskach nie udało. Złoto z drużyną Simone już ma. Tylko w ćwiczeniach na poręczach nie jest zdecydowaną faworytką.

Dziadkowie, którzy zostali rodzicami

W Londynie w 2012 roku nie mogła wystartować. Była na to trzy miesiące za młoda. Dopiero w następnym sezonie stanęła do pierwszych zawodów seniorek. A już sześć tygodni później została w Antwerpii mistrzynią świata z drużyną i w wieloboju indywidualnym. Pierwsze trzy lata dorosłej kariery wystarczyły, żeby została najbardziej utytułowaną gimnastyczką w historii mistrzostw świata. W trzech edycjach zdobyła 10 złotych medali. Jest jedyną gimnastyczką, która wygrywała gimnastyczny wielobój w trzech MŚ z rzędu, pierwszą od 1974 roku Amerykanką, która wygrała go w krajowych mistrzostwach cztery razy z rzędu. Te sukcesy zmieniły ją w gwiazdę z reklam i okładek. Gwiazdę z chwytającą za serce historią dzieciństwa.

Simone wychowali dziadkowie, Ron i Nelllie Biles. Adoptowali ją i młodszą siostrę, po tym jak w wieku pięciu lat trafiła do domu dziecka. Matka Shanon, uzależniona od narkotyków i alkoholu, nie była w stanie wyżywić czwórki dzieci (dwójka dzieci została adoptowana przez inną rodzinę). Matka przekonuje, że od 2007 wygrywa w walce z nałogiem, że jest dumna z córki i właśnie przeżywa najpiękniejsze dni w życiu. Ale Simone dziadków nazywa swoimi rodzicami. Urodzona w Columbus, w Ohio, została przez nich zabrana do Springs, na przedmieściach Houston. Babcia-mama Nellie jest byłą pielęgniarką. Dziadek-tata Ron jest - tak, tak - kontrolerem lotów. Kiedy zaczęła w 2013 podbijać świat, dziadkowie zbudowali jej własne centrum treningowe, 10 minut jazdy od domu. Centrum nazwane bez przesadnej skromności: World Champions Centre.

Na okładce "Time"

Polskę fenomen olimpijskiej gimnastyki sportowej zwykle omija, bo mieliśmy w niej za mało takich postaci jak Leszek Blanik. Ale to jest sport z pierwszego szeregu igrzysk. Kiedyś jedna z arene zimnej wojny Wschodu z Zachodem, dziś po po prostu arcytelewizyjny sport, na którym zwykle są komplety publiczności i nawet na dziennikarskie bilety trzeba się zapisywać, tak jak na finały pływania czy najatrakcyjniejsze starcia w lekkiej atletyce. Gimnastyka to jedna z głównych olimpijskich atrakcji antenowych telewizji NBC. I w tym roku to właśnie Biles trafiła na okładkę olimpijskiego wydania "Time". Co jest największą nobilitacją podczas amerykańskiej przedolimpijskiej gorączki. Nawet jeśli życie bohaterów tych okładek dopisuje potem różne dalsze ciągi. Była tam w 2000 Marion Jones, w 2004 Michael Phelps, w 2008 LeBron James, w 2012 Ryan Lochte. Kto jest na okładce, ten ma kontrakty z najlepszymi sponsorami, dostaje życzenia powodzenia od prezydentów i kandydatów na prezydentów, twittuje z celebrytami. Biles ma już siedem kontraktów reklamowych. Nike, Procter&Gamble, Coca-Cola, United Airlines, Kellogg's otwierają tę listę. Simone rozbiła bank, zanim jeszcze zdobyła pierwszy olimpijski medal.

Comaneci i Biles, twarze dwóch epok

Mija w tym roku 40 lat od najsłynniejszego programu gimnastycznego igrzysk. W 1976 roku Nadia Comaneci jako pierwsza na igrzyskach zobaczyła przy swoim nazwisku notę dziesięć, symbol perfekcji. I pozostała na zawsze symbolem gimnastyki sportowej, a późniejsze dramatyczne losy, z ucieczką z Rumunii do USA, tylko wzmocniły legendę. Comaneci jest w Rio. Jest znakomitą ekspertką w olimpijskim studiu O Globo, gdzie siada obok m.in. Grega Louganisa, Carla Lewisa. Jest w hali, gdy dzieje się coś ważnego. Comaneci to twarz dawnej gimnastycznej epoki, tej w której ten sport był jeszcze bardziej powietrznym baletem z przyrządami. Tego nikt jej nie odbierze. A Biles jest twarzą gimnastyki współczesnej, bardziej kaskaderskiej.

"Ja mam prościej. Bo wy musicie patrzeć"

Od 2004 nie ma starej punktacji, nie ma dziesiątek. Punktacja zmieniła się, żeby wytłumaczyć najprościej, dość podobnie jak przyznawanie punktów w łyżwiarstwie figurowym. Nie ma już noty idealnej. Jest sumowanie punktów, w zależności od trudności programu i od tego, jak uda się wykonać to co zaplanowane. Nie ma już granicy możliwej do zdobycia noty łącznej. Ta nota rośnie w zależności od trudności wymyślanych ewolucji. A Simone Biles zajmuje się przesuwaniem kolejnych granic. I robi to w taki sposób, że zapominasz, jak to jest trudne i niebezpieczne. Fruwa, odbija się jak piłeczka z kauczuku, ma szósty zmysł podchodzenia do lądowania.

Programy komplikuje, ale poza halą lubi stawiać sprawy prosto. Z nastoletnią rozbrajającą szczerością: - Ja mam podczas zawodów łatwiej niż wy - mówiła w wywiadzie dla "Guardiana". - Bo wy musicie patrzeć, a ja robię.



Najbardziej niezwykli sportowcy, którzy startują w Rio