Rio 2016. Fabian Cancellara, czyli ostatnie złoto Spartakusa

Na metę czasówki wjechał Chris Froome, a bohater się rozpłakał. Nie, nie Brytyjczyk, ale o cztery lata starszy Szwajcar, Fabian Cancellara. On złotem olimpijskim w Rio kończy wielką karierę w kolarstwie. Maciej Bodnar w indywidualnej jeździe na czas zajął szóste miejsce.
To nie był łatwy wyścig. O tym, jak zdradliwe są trasy na igrzyskach w Rio kolarze wiedzieli od dawna, a kibice przekonali się w trakcie zawodów ze startu wspólnego. Strome podjazdy i jeszcze ostrzejsze zjazdy w dół, a akurat w środę po mokrej nawierzchni, w deszczu i przy sporym wietrze. Przy najbardziej ciasnych zakrętach było nawet słychać w transmisji, jak piszczą opony skuterów, które jechały za kolarzami.

Gdy wszyscy faworyci męczyli się na krzywiznach, deszczu i zakrętach, by urwać choć sekundę, kończący karierę Cancellara przeniósł rywalizację na inny poziom. Jeszcze na pierwszych pomiarach czasów Szwajcara trzymali się Australijczyk Rohan Dennis, potem dołączyli Tom Dumoulin (Holandia), Jonathan Castroviejo (Hiszpania) i oczywiście Chris Froome (Wielka Brytania). A za tą czołówką dzielnie walczył Polak, Maciej Bodnar, rozpędzający się z każdym kilometrem trasy. Stać go było na szóste miejsce, ale i tak pokazał klasę.

Klasyczny bohater

Skoro o klasie mowa, trudno o jej lepszy przykład niż zwycięzca czasówki z Rio de Janeiro. W kolarstwie trudno o dżentelmenów, którzy mówią szczerze, zachowują się honorowo i jeszcze przy tym wszystkim wygrywają. - Cancellara jest najbliższy wizerunkowi klasycznego bohatera, który ten sport ma: gdy wygrywa wielkie wyścigi, to głównie dzięki sile na miarę Herkulesa; gdy upada, oczekujcie krateru w asfalcie - pisał Andy McGrath z magazynu "Rouleur".

Cancellara tych upadków miał sporo i dotrwanie do 35 roku życia w czołówce czasowców jest wielkim wyczynem. Cztery lata temu szykował się do igrzysk w Londynie i tam miał zwyciężyć, tam miał potwierdzić wielką formę z wczesnej wiosny, a nawet z poprzedniego roku, gdy znów kończył mistrzostwa świata czasowców na podium (trzecie miejsce). Ale w trakcie touru we Flandrii doznał poczwórnego złamania obojczyka. Wrócił w czerwcu, kilka tygodni przed Tour de France, formą dobił do najlepszych, do jedenastego odcinka trzymał się blisko lidera, gdy odpuścił całkowicie, by być z żoną przy porodzie ich drugiego dziecka. A w Londynie był już w ucieczce pędzącej do mety, lecz upadł na zakręcie, stracił pięć minut do mety dojeżdżając ze łzami w oczach - z bólu i rozczarowania, nie mogąc prawą ręką trzymać kierownicy. Na czasówkę się pozbierał, ale dojechał tylko siódmy - wszystko to ze wciąż tkwiącymi w jego obojczyku usztywniającymi śrubami, które usunął zaraz po zakończeniu sezonu.

Jego determinacja i walka sprawia, że jest tak ceniony, że ma przezwisko "Spartakus". Sam przeciwko reszcie. Szef jego pierwszej profesjonalnej grupy Mapei, Giorgio Squinzi nazwał go kiedyś "następnym Miguelem Indurainem" i w wieku 19 lat zabrał z wyścigów młodzieżowych (poniżej 23 roku życia). Głównie po to, by chronić go przed dopingiem. Ale Cancellara nigdy nie był na tyle naiwny, by brać - stąd szacunek środowiska do jego klasy. Jedyne wątpliwości pojawiły się kilka lat temu, gdy umieszczony na YouTube filmik miał sugerować, że Szwajcar stosuje doping technologiczny. Ale jeśli ktoś nie wierzył w to, że może być mocniejszy od reszty, odjechać stawce na krótkiej trasie, niech jeszcze raz obejrzy wyścig z Rio. Tam odpalił po ok. 30 kilometrach, zaczął zdobywać sekundy na wspomnianych zakrętach. Gdy niektórzy ledwo utrzymywali się na trasie, on kulił się, świetnie łapał moment zjazdu, przyhamowania i wyjścia ze skrętu. Na mecie skończył przed drugim Dumoulinem o 47 sekund.

Perfekcjonista

Induraina przypomina budową ciała, wzrostem, ale są różni charakterystyką. Cancellara to specjalista od klasyków oraz czasówek, gdy słynny Hiszpan był bardziej uniwersalnym kolarzem. Kariera profesjonalna Induraina trwała krócej, zostanie zapamiętany dzięki pięciokrotnemu zwycięstwu w Tour de France, gdy Cancellara pozostanie w pamięci dzięki igrzyskom. Ale też Cancellara według ekspertów nawiązuje do kolarstwa w dawnym stylu, tym sprzed dwudziestu lat.

W Londynie cierpiał, ale cztery lata wcześniej w Pekinie był gwiazdą, zdobył złoto (czasówka), wyścig ze startu wspólnego skończył na trzecim miejscu, później wypromowano go na drugie miejsce po dopingowej wpadce Davide Rebellina. Na tamtych igrzyskach czasówkę skończył z trzydziestosekundową przewagą nad drugim rywalem.

"Spartakus" jest także perfekcjonistą. Lubi na trasy klasyków lub czasówek przyjechać znacznie wcześniej, spędzić kilka dni, pokonywać te same kilometry na których będzie później urywał sekundy. Potrafił z wiekiem myśleć o swoich występach i zmieniać sposoby jazdy, taktykę, podejście poza trasą, czyli np. schemat rozgrzewki. Bodaj najważniejszą naukę przyjął jednak na początku, gdy starsi koledzy i szefowie grupy Mapei uczyli go, czym jest gra zespołowa. Dzięki niej później rozwinął się jako indywidualista. A z doświadczeniem budował markę i inteligencję, nauczył się kilku języków.

- Kiedy jesteś młodym kolarzem, to mniej myślisz o wszystkim, masz na sobie mniej odpowiedzialności. Nie masz jeszcze rodziny. W tym także widzę zmianę. Mając 25 lat nie myślisz tak samo, jak 35-latek. A to okres w trakcie którego wiele się zmienia. Podejście jako człowieka, inaczej układasz sobie wszystko w głowie, zaczynasz inaczej patrzeć na różne sprawy. Nie jesteś tak naiwny, jak wtedy, gdy miałeś 25 lat - mówił kilka miesięcy temu Szwajcar.

Wymarzony ostatni rozdział

- Mój ostatni rok jako profesjonalnego kolarza... - brzmi opis jego konta na Twitterze. Nieco refleksyjnie, ale taki już jest. Dzięki decyzji o zakończeniu kariery, którą równie dobrze mógł jeszcze o dwa lata przedłużyć, wróciła mu radość z jeżdżenia. - Może powinienem spróbować tego wcześniej - uśmiechał się podsumowując swoją karierę kilka miesięcy temu. - Ale każdy rozdział mojej kariery coś mi dał. W każdym roku brałem z kolarstwa coś, co napędzało mnie do dalszej walki. Moje życie jako kolarza to tak naprawdę kawał świetnej książki - dodawał.

Ostatni rozdział ma wymarzony. Co z tego, że nigdy nie wygrał Tour de France, choć do historii wpisze się jako kolarz, który najdłużej jechał w żółtej koszulce lidera, ale bez ostatecznego zwycięstwa. - Szukałem swojego momentu na zakończenie jednego rozdziału życia i rozpoczęciu kolejnego - mówił. A zaczął na starym, normalnym rowerze dziadków w wieku trzynastu lat, dla którego odrzucił piłkę nożną i biegi narciarskie. Dla tych łez na mecie czasówki w Rio de Janeiro naprawdę było warto.

Co tam się DZIAŁO!? Prowokacje, zaczepki, a po meczu awantura pod siatką!