Rio 2016. Rafaela Silva, złoto z Miasta Boga

"Ela, ela, ela, Rafaela!" A w tle: fawela o hollywoodzkiej sławie. Pierwsze złoto zdobyła dla gospodarzy czarnoskóra dżudoczka, zaszczuta po poprzednich igrzyskach. Tego by nawet reżyser "Miasta Boga" nie wymyślił.
Dla wielu osób, nawet tych, które oglądały film, to ciągle jest zaskoczeniem. Tak, Miasto Boga istnieje. Jako konkretny punkt na mapie. Ten punkt jest bardzo blisko innego punktu, w którym Rafaela Silva zdobyła złoto igrzysk. Stań na tym skrzyżowaniu w Barra da Tijuca, przy którym stoi Cidade das Artes, tam, gdzie konferencję miał Usain Bolt, gdzie Japonia zaprasza, by pokazać, jakie będą igrzyska w Tokio w 2020 r. A potem zamiast pojechać olimpijskim transportem na zachód, do parku olimpijskiego, skręć na północ, w aleję Ayrtona Senny. Miniesz siedzibę brazylijskiej federacji piłkarskiej, jedną salę koncertową, drugą.

Za tą drugą zacznie się inny świat. Jak często w Rio: biedny świat przy bogatym świecie. Miasto Boga, Cidade de Deus - symbol wszystkiego, co w Brazylii zepsute, niebezpieczne i niesprawiedliwe, po tym jak Fernando Meirelles nakręcił głośny film pod tym tytułem. Wykorzystując jako aktorów mieszkańców Cidade de Deus miejscowe dzieciaki. Zmarły w ubiegłym roku Nanko van Buuren, Holender pracujący z młodzieżą z faweli, który pomagał przy tym filmie, opowiadał, jak ci młodzi chłopcy póty nic nie rozumieli z poleceń reżysera, póki się trzymał scenariusza. Ale kiedy zmądrzał i tylko rzucał hasła, a dał im swobodę, zaczęło się wielkie kino.

Rafaela Silva właśnie rzuciła młodzieży z faweli hasło: wszyscy do dżudo. Zrobiła to w hali Carioca 2, w parku olimpijskim, przyszłej przystani luksusu w dzielnicy Barra. Cidade de Deus zaczyna się ledwie pięć kilometrów od Carioki 3. Władze wymyśliły tę fawelę dla biedoty, którą usuwano w latach 60. z centrum Rio.

Fernando Meirelles to reżyser ceremonii otwarcia igrzysk. Fawele, które dały mu sławę, to perwersyjna atrakcja Rio. Zobaczyć biedę jak z filmowego kadru, poczuć się bohaterem, który się dostał za zamknięty krąg - cały biznes turystyczny na tym wykwitł. Wycieczki z przewodnikiem, hotele w fawelach, nawet kolejki linowe nad dachami faweli.

W zapowiedziach igrzysk też pełno było faweli. W tonie albo ckliwym, albo sensacyjnym. Można było przeczytać, że w fawelach mieszka większość mieszkańców Brazylii, a 40 proc. z nich żyje już tylko po to, żeby zdobywać crack. Według oficjalnych danych crack niszczy życie niespełna 1 proc. populacji. A fawele są wielkie, ale nie aż tak. Gdyby były osobnym stanem, znalazłyby się na piątym miejscu pod względem liczebności wśród stanów Brazylii.

W takim wielkim świecie pomieszczą się i gangsterzy, i ludzie dojeżdżający do pracy, i zabłąkane kule zbierające straszne żniwo, i boiska piłkarskie, futsalowe czy sale dżudo. A właściwie półsale, z dachem, bez wszystkich ścian. Takie same konstrukcje chronią przed deszczem boiska futsalowe (a brazylijskie talenty piłkarskie z reguły zaczynają właśnie na boisku futsalowym, a nie na ulicy).

Żaden sport nie dał Brazylii więcej medali niż dżudo. Konkurencja nie była duża, bo Brazylia jak na swój ogrom pozostaje olimpijskim karzełkiem. Nigdy nie zdobyła w jednych igrzyskach więcej niż pięć złotych medali.

Rafaela Silva zawsze chciała grać w piłkę, ale to było w fawelach zarezerwowane dla chłopaków. Wzięła się do dżudo. Miała naturalny talent i doświadczenie, jeśli chodzi o uliczne prawo pięści. Ze starszą siostrą Raquel, też dżudoczką brazylijskiej kadry, ale bez olimpijskiego awansu (Raquel jako piętnastolatka zaszła w ciążę, potem zatrzymywały ją kontuzje i młodsza siostra okazała się lepsza), stanęły na ulicach do niejednej walki. W pewnym momencie, gdy w Cidade de Deus nie dało się już nawet udawać normalnego życia, rodzina przeniosła się na drugą stronę autostrady, do Jacarepagui - biednej, ale bezpieczniej.

Rafaela jest z ubogiej i zżytej rodziny. Matka Zenilda prowadzi w okolicy sklepik - mydło i powidło. Ojciec Jose Carlos imał się dorywczych prac.

Odwagi Rafaeli nie brakowało. Raczej chłodnej głowy i wytrwałości. Jak mówił reporterowi "New York Timesa" jej pierwszy trener, musiał kierować nią tak, żeby sama siebie nie skrzywdziła. Nie była to łatwa droga. Silva była rozleniwiona swoim talentem, lubiła sobie odpuszczać. Ale i tak została medalową nadzieją Brazylii, zanim uzyskała pełnoletność. Zdobyła mistrzostwo świata juniorek, a potem w Rio złoto igrzysk panamerykańskich.

W Londynie w 2012 r. popełniła błąd w walce z Węgierką Hedvig Karakas i została zdyskwalifikowana. W Rio trafiła na Karakas w ćwierćfinale. I nie dała jej szans. Ale cztery lata, które dzielą te dwie walki, nie dadzą się tak łatwo spiąć klamrą. Tych, na których brała rewanż, można by długo wyliczać. Po Londynie dostawała maile odsyłające czarną małpę do dżungli. - Przez trzy miesiące nie miałam siły wstać z łóżka. Chciałam kończyć ze sportem - wspomina. To była brutalna lekcja.

Wstała z łóżka. Zdobyła mistrzostwo świata. Dżudo zbyt wiele jej dało. Dzięki niemu rozbudowała dom rodziców i zbudowała własny. W rodzinnej okolicy. Stać ją, by się przenieść do wygodniejszego świata. Ale jej kolejne złota pozostają złotem faweli. Każdy taki wzór dla młodzieży jest w tej okolicy na wagę złota. "Ela, ela, ela, silencio na favela!" (cisza w faweli) - to stały refren kibiców drużyn zwaśnionych z Flamengo i Corinthians, klubów kojarzonym z biedotą. Takie też były pierwsze dni igrzysk: zabawa dla bogatych, a w faweli cisza. Rafaela Silva na moment te dwie Brazylie połączyła.