Paraolimpiada w Rio. Katarzyna Piekart: Profesjonalizacja? Aż się boję

- Słyszę, że są dla nas pieniądze na przygotowania, że szykując się na Rio mamy raz w miesiącu wyjeżdżać na obozy. A przez 15 lat w sporcie na zagranicznym obozie byłam raz - opowiada Katarzyna Piekart, oszczepniczka, skoczkini i sprinterka, złota medalistka paraolimpijska i rekordzistka świata. To jedna z liderek polskiej kadry paraolimpijskiej przygotowującej się do przyszłorocznych igrzysk w Rio de Janeiro w ramach projektu ?Olimpijczyk?.
Łukasz Jachimiak, Tadeusz Kądziela: Na niedawnych mistrzostwach świata zdobyła pani srebrny medal. To sukces dla kogoś, kto ma już złoto igrzysk paraolimpijskich i rekord świata?

Katarzyna Piekart: W ubiegłym roku urodziłam syna, do treningów wróciłam dopiero w listopadzie, a w związku z tym, że karmiłam piersią i duży wysiłek nie był dla mnie wskazany, tak naprawdę do mistrzostw szykowałam się przez pół roku. Myślałam, że w Dausze powalczę, ale nie spodziewałam się, że wyjdzie aż tak dobrze. Rzuciłam niecałe dwa metry bliżej od swojej "życiówki", więc to bardzo dobry prognostyk przed Rio.

Przed przerwą macierzyńską swój najlepszy czas przeżyła pani przy okazji ostatniej paraolimpiady?

- Tak, w Londynie wszystko się złożyło tak dobrze, że było i złoto, i rekord świata.

Dlaczego wybrała pani oszczep, w którym nasze lekkoatletki ostatnio nie odnosiły sukcesów?

- Dlatego, że w sporcie niepełnosprawnych nie ma wieloboju. Mój trener nadal nad tym ubolewa. W dal skaczę 5,13 m, 100 m przebiegam w trochę ponad 13 sekund, przeciętna czy niezła jestem we wszystkim, fajnie by to było poskładać, ale u nas się nie da. A że trener o oszczepie ma dużą wiedzę, to mi ją przekazał.

Jakie są realia sportu niepełnosprawnych? To już chyba bardziej profesjonalna praca niż rehabilitacja i hobby?

- Kiedy zaczynałam, a było to 15 lat temu, nasz sport był prawie wyłącznie sposobem rehabilitacji. Wyjazd człowieka cieszył nie ze względu na możliwość wytrenowania czegoś, tylko dlatego, że dawał okazję do odpoczynku. Teraz jest inaczej, a dla mnie jeszcze więcej zmieniło się, odkąd mam rodzinę z dwójką dzieci. Konkurencja jest coraz większa, poziom coraz wyższy, treningi zajmują tak dużo czasu, że nie da się godzić ich z pracą zarobkową. A z pieniędzmi jest ciężko, bo jeśli chodzi o finanse nasz sport jest nieprzewidywalny. Trzeba się jak najlepiej przygotować, żeby potwierdzić swoją klasę i zdobyć medal, a później okazuje się, że stypendium się nie dostanie, bo na liście startowej nie znajdzie się 12 zawodników z ośmiu krajów, tylko 11. Problemem nie jest mała liczba zawodników, tylko istnienie wielu kategorii niepełnosprawności. Z Kataru wróciłam z medalem i żadnego stypendium nie dostanę. Nagrodę otrzyma tylko trener.

A jak nagrodzono panią za złoto i rekord świata z paraolimpiady?

- Ówczesna minister sportu Joanna Mucha potraktowała paraolimpijczyków przychylnie. Na decyzji o przyznaniu nam stypendiów było napisane, że to dzięki niej dostaniemy pieniądze. Wtedy też miałam taką sytuację, że brakowało mi jednej rywalki, żebym spełniła wymogi, a jednak otrzymywałam 3,5 tys. zł miesięcznie. Szkoda, że rzadko podejmowane są takie korzystne dla nas decyzje. Teraz z 17 medalistów mistrzostw świata na stypendia załapie się czworo, może pięcioro. Reszta musi liczyć na pomoc swoich miast, ja dużo zawdzięczam Siedlcom.

Powiedziała pani, że w górę idzie poziom, a można o tym opowiedzieć w oparciu o wyniki?

- U nas jest już tak, jak w sporcie osób pełnosprawnych. Czyli chcąc dojść do sukcesów treningi trzeba zaczynać od najmłodszych lat. Moje 5,13 m, które teraz skoczyłam w dal na paraolimpiadzie w Londynie dałoby mi czwarte miejsce. Minęły trzy lata i z tym wynikiem nie weszłam do finału mistrzostw świata, skończyłam rywalizację na dziewiątym miejscu. Na świecie coraz więcej niepełnosprawnych ludzi uprawia sport, konkurencja rośnie.

Czyli wkrótce nie powinno być problemu z brakiem odpowiedniej liczby konkurentów wymaganych do tego, żebyście mogli dostawać stypendia.

- Niekoniecznie, bo u nas jest określona liczba miejsc dla każdego kraju. W sporcie pełnosprawnych często jest tak, że na zawody może jechać tylu zawodników, ilu uzyska wymagane minimum. A u nas jest odgórny przydział, liczba startujących jest bardziej ograniczona.

Startując na świecie i rozmawiając ze sportowcami w innych krajach czuje pani, że w Polsce wasz sport jest bardzo zepchnięty na margines, bardzo zaniedbany?

- Jeśli chodzi o lekkoatletów, to mistrzostwa świata skończyliśmy w pierwszej "dziesiątce" klasyfikacji medalowej, na paraolimpiadzie w Londynie nasza kadra też była sklasyfikowana w pierwszej "dziesiątce", czyli wynikami od najlepszych nie odstajemy. Natomiast bardzo się dziwię, kiedy teraz słyszę, że są dla nas pieniądze na przygotowania, że szykując się na Rio mamy raz w miesiącu wyjeżdżać na obozy. To nowe, może naprawdę zaczynamy się profesjonalizować. Aż się boję, bo nie jestem przyzwyczajona, a mając dzieci trudno się zorganizować na tyle wyjazdów (śmiech).

Na ile zgrupowań rocznie wyjeżdżała pani do tej pory?

- Wyjeżdżało się góra trzy razy w roku. Przed Londynem zgrupowań było trochę więcej - odbywały się prawie co drugi miesiąc.

Gdzie się odbywały?

- W ośrodku w Wiśle. Zniszczonym. Zawodnicy nie chcą tam jeździć, bo tam nie ma nawet sprzętu, na którym można normalnie potrenować. Dlatego ostatnio część zaczęła jeździć do Słupska, część do Kozienic, każdy szuka jakiegoś innego miejsca.

Wyobraża sobie pani, że zimą wyjeżdżacie do ciepłego kraju, w którym możecie normalnie szykować formę?

- Chciałabym, żeby tak było. Przez 15 lat w sporcie na takim obozie klimatycznym byłam raz - w Hiszpanii w 2011 roku. Tylko dlatego nas wtedy wysłano, że mistrzostwa świata mieliśmy wyjątkowo w styczniu i ciężko byłoby się z zimowego treningu w Polsce przestawić na start w imprezie.

Co poza brakiem profesjonalnej opieki i pieniędzy jest największym problemem niepełnosprawnych sportowców w Polsce?

- Bardzo nie lubimy, kiedy się nasze wyniki porównuje z wynikami zdrowych zawodników. Często ktoś mnie pyta: "to ile rzucasz?". Jak odpowiadam, że ponad 40 metrów, to słyszę "eee, co tak słabo?". A przecież siła, która wytworzy się w moich nogach częściowo ucieknie przez słabszą stronę mojego ciała, wynik nigdy nie będzie na poziomie zawodniczek pełnosprawnych, skoro mam słabą rękę. Nieważne, że nie tę, którą rzucam. Niestety, są tacy, którzy mówią nawet "a co to takiego biegać bez rączki?".

Ale wspólne starty zawodników pełno- i niepełnosprawnych - co szczególnie w lekkoatletyce zdarza się coraz częściej - robią chyba dużo dobrego?

- Takie okazje faktycznie są, np. niedawno razem startowaliśmy w Memoriale Kamili Skolimowskiej. Z jednej strony powinniśmy dziękować, że nas zapraszają, z drugiej czujemy się jak piąte koło u wozu. Jest u nas sprinter bez ręki, Michał Derus, który ma "życiówkę" na 100 m 10,51 s, czyli prawie tak dobrą, jak nasi najszybsi pełnosprawni biegacze. Trener mówi, że taki zdolny ten chłopaczek, że chciał na powtórce zobaczyć, jakim on biega rytmem, no to w powtórce wcale go nie pokazali. Sama też się przekonałam, jak tę transmisję zrobiono. Jak wyskoczyły wyniki biegu kobiet, to zniknęły tak szybko, że nawet ja - zorientowana w temacie - nie zdążyłam zobaczyć żadnego nazwiska. Ale może i od czegoś takiego warto zacząć. Musimy się pogodzić z tym, że nie od razu będzie tak, jak było w Londynie. Tam patrzono na nas jak na zaradnych ludzi, którzy walczą. U nas ciągle dominuje politowanie.

Czy mimo różnic są pełnosprawni sportowcy, na których się pani wzoruje?

- Mam chyba tylko jeden sportowy autorytet, którym jest mój trener. A właściwie obaj trenerzy. Ten od sprintu ma bardzo bogatą historię, był na igrzyskach aż cztery raz, trenował Mariana Woronina. To Winicjusz Nowosielski. Jest dla mnie najważniejszy również dlatego, że dba o mnie jak tata.

Parada piękności, płonący hokej i polowanie na rybę - Igrzyska Ludów Tubylczych [ZDJĘCIA]