Skoki narciarskie. Historia Svenomenalna

Ponad 500 treningów siłowych i ogólnorozwojowych w roku, 1500 przebiegniętych kilometrów i blisko 800 oddanych skoków - to trening Svena Hannawalda. Ale nie tuż sprzed 50. Turniejem Czterech Skoczni, który wygrał w wielkim stylu. On harował już jako nastolatek z NRD, który w nagrodę dostawał przywiezione z Zachodu słodycze. W swojej autobiografii wybitny skoczek opowiada, jak idąc do wielkiego sukcesu, doszedł do jeszcze większego wypalenia, które prawie go zabiło. ?Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót do życia? do nabycia w polskich księgarniach.
Książka jest dostępna w księgarni Publio.pl >>

"Niektórzy nazywają ją belką latryny. Wiele w tym prawdy, bo tu na górze wszyscy skoczkowie - nawet ci, którzy się do tego nie przyznają - robią pod siebie" - pisze Hannawald w swojej książce. Ale jego biografia nie jest opowieścią o strachu przed skokami, tylko o strasznych konsekwencjach popularności, jaką zdobywa ten, kto strach pokona i skacze najpiękniej, najdalej.

Kibic, który chce wejść za kulisy Pucharu Świata z czasów walki o prymat takich mistrzów jak Adam Małysz, Martin Schmitt, Janne Ahonen czy Andreas Widhoelzl, czytając historię Niemca, pozna kilka szczegółów rywalizacji z tamtych czasów. Dowie się np., jak mocno obsesji szukania przewag technologicznych już wtedy poddawali się Austriacy i jak bolało ich, kiedy Hannawald zdobył złoto mistrzostw świata w lotach, korzystając z "desek surfingowych". Czytając jego historię, utwierdzimy się, że w olimpijski sezon 2001/2002 międzynarodowa śmietanka wskoczyła z hasłem "Wszyscy przeciwko Adamowi". Ale przede wszystkim w opowieści Niemca zobaczymy rewers każdego medalu, jaki zdobywa wielki sportowiec.

Hannawald wszystkie swoje trofea z czasów juniorskich wyrzucił do śmietnika po pierwszych nieudanych startach w Pucharze Świata. Cierpliwości brakowało mu, bo już na starcie był zmęczony wielkimi oczekiwaniami, ciężkimi treningami i ciągłą samotnością.

Ale zrezygnować ze sportu, który tyle go kosztował, nie potrafił. Na skoki był skazany, więc trwał przy nich, dając z siebie jeszcze więcej.

W tryby zorganizowanego NRD-owskiego systemu kształcenia sportowego wpadł już jako sześciolatek. Wtedy go zmierzono, zbadano, poddano różnym testom, przewidziano, że będzie wysoki i szczupły i przeznaczono na dyplomatę w dresie, jak nazywano sportowców, którzy swoim mistrzostwem mieli zaświadczać, że Wschodnie Niemcy w niczym nie ustępują zachodnim potęgom.

Chłopiec, w którym już w przedszkolu widziano przyszłego olimpijczyka, szybko został odłączony od rodziców i posłany do sportowych szkół. A w nich bywało tak ciężko, że tęsknił za smętnym miasteczkiem bez perspektyw, w którym burzono domy przeszkadzające w wydobywaniu uranu do produkcji bomby atomowej dla Związku Radzieckiego.

Uparty i ambitny Hannawald zrobił absolutnie wszystko, by sukcesem pokazać, że nie jest człowiekiem znikąd, że jest coś wart.

"Czy to normalne, by sportowiec wyczynowy głodował i myślał tylko o swojej diecie - jak modelka? Czy to normalne, godzić się, że w nocy z głodu nie można zmrużyć oka, a w dzień być zmęczonym i bez napędu?" - takie pytania stawia sobie teraz. Ale 15 lat temu nie miał wątpliwości - nie mogąc dolecieć do rywali ze światowej czołówki, chudł. Aż do 60 kg przy wzroście 184 cm. A że środowisko plotkowało o jego rzekomej anoreksji? Że też wiecznie odchudzający się Ahonen porównał go do umierającego z głodu człowieka z Afryki? Nieważne. Liczyło się tylko to, że poszedł drogą Christiana Mosera.

Nie znacie Mosera? Młody Hannawald nie miał idola jak inni. Nie wzorował się na Mattim Nykaenenie czy Jensie Weissflogu. Chciał być jak Moser, bo choć Austriak tylko raz w życiu stanął na podium Pucharu Świata, to przy 181 cm wzrostu potrafił zbić wagę do 58 kg i wtedy osiągać swoje najlepsze wyniki.

Hannawald poszedł jeszcze dalej. Ważąc 65 kg, wygrał pierwszy raz w PŚ i zajął drugie miejsce w klasyfikacji Turnieju Czterech Skoczni. I głodził się jeszcze bardziej. Pięć kilogramów później trenerzy niemieckiej kadry Reinhard Hess i Wolfgang Steiert poinformowali go, że widząc, jak jest wyczerpany, decydują za niego - przedwcześnie kończy sezon. To był luty 2001 roku. Skoczek wspomina, że po tej informacji poczuł się, jakby znów były święta Bożego Narodzenia.

Niespełna rok później przeżył najpiękniejsze, ale i najtrudniejsze chwile w sportowym życiu. 50. Turniej Czterech Skoczni zaczynał w cieniu Adama Małysza. To w Polaku widziano człowieka, który jako pierwszy w historii może wygrać kolejno w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen, Innsbrucku i Bischofshofen. Może gdyby w Ga-Pa prowadzącemu po pierwszej serii Widhoelzlowi w finale nie przesunęła się soczewka kontaktowa, Austriak wygrałby tamten konkurs (był drugi, stracił do Hannawalda 1,7 pkt) i ocalił w ten sposób Niemca?

Widhoelzl nie wygrał, dlatego zaraz po turnieju na konkurs do Willingen zjechał tłum nastolatek w pieluchach. Wpatrzone w Svena jak w obrazek dziewczyny zrobiły absolutnie wszystko, by nawet na chwilę nie stracić miejsca w pierwszych rzędach i okazji do spojrzenia w oczy idola. Hannawald w trakcie zawodów czytał, kto chce mieć z nim dziecko, a kto wymarzył go sobie na zięcia. Między startami odbierał przesyłki złożone z damskiej bielizny i tysiące ofert matrymonialnych. A nocami nie spał, mimo potwornego zmęczenia, i coraz częściej płakał.

Chłopak, który dawniej najszybciej ze wszystkich oswajał się z coraz większymi skoczniami, a na początku seniorskiej kariery chętnie bawił się w dyskotekach razem ze Schmittem, teraz unikał ludzi. "Miałem wielką nadzieję, że ktoś wreszcie odkryje, co mi jest. Może mam raka? Nawet taka diagnoza przyniosłaby ulgę, bo uwolniłaby mnie od niepewności" - wspomina najgorsze chwile.

Z syndromem wypalenia Hannawald zmagał się latami. Przebywał w klinice, korzystał z pomocy wielu terapeutów, łykał psychotropy, długo cierpiał, oglądając skoki, w których nie miał siły startować. Wreszcie znalazł sobie inne pasje i na nowo uczył się żyć. Najpierw przygarnął psa, wreszcie znalazł kobietę swojego życia, a z nią spokój i szczęście.

O swojej drodze do tego stanu postanowił opowiedzieć, by pokazać, że wcale nie był tak Svenomenalny, jakim zawsze chcieli go widzieć dziennikarze i kibice, że nie jest superbohaterem z komiksu, tylko człowiekiem, jak my.

I właśnie jako jeden z nas - spisując swoje doświadczenia - wyciągnął rękę do tych, którzy przeżywają problemy. On własne przeskoczył. A to sukces większy niż przeskoczenie rywali w niezapomnianym, 50. Turnieju Czterech Skoczni.