Soczi 2014. Łyżwiarstwo szybkie: Piec czerwony jak cegła

Norwegia rozbita dwa razy. Po pięknych biegach obie polskie drużyny walczą w sobotę o medale - łyżwiarze o 15.50 o brąz z Kanadą, łyżwiarki o 14.30 o finał z Rosją. Transmisje w TVP. Relacje na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl Live.
Polki w ćwierćfinale drużynówki wyprzedziły Norweżki o 3 sekundy. - W sobotę nogi będą lepsze, bo zawsze są na drugi dzień przepalone, fajne. Więc jutro pełny piec - powiedziała Katarzyna Bachleda-Curuś.

Liderka reprezentacji wczoraj ciągnęła za sobą drużynę brązowych medalistek z Vancouver i wicemistrzyń świata przez największy dystans, bo aż trzy okrążenia z sześciu, czyli przez 1200 m. Jak odpoczywała z tyłu, to głównie za największą dziewczyną w drużynie, Natalią Czerwonką, bo dzięki temu czuła się jak rowerzysta pędzący za autobusem, nie obrażając nikogo. W ten sposób łyżwiarz może oszczędzić nawet 40 procent energii. W każdym razie jako autobus Natalia nie sprawdza się w jednym aspekcie, mianowicie kopie. - No, ale ktoś po coś jej dał te długie nogi - mówiła Bachleda-Curuś, która przejechała wczoraj aż 1000 m za Czerwonką i tylko nieznaczny odcinek za malutkim przecinakiem tnącym z przodu - Luizą Złotkowską.

Dziewczyny pojechały z Norweżkami dość łatwy bieg, z którego trener wcale jednak nie był zadowolony. To znaczy z miejsca był, ale nie ze zmian, nie z nerwowości. - Natalia powinna ochłonąć, ona zawsze jest taka nerwowa. Może dzisiaj pogramy. Może zorganizujemy pokerek albo jakąś inną gierkę do drugiej w nocy, to jej odpuszczą nerwy - żartował trener Krzysztof Niedźwiedzki, choć jednak godzinę wcześniej był w stanie podwyższonej ekscytacji, gdy Natalia zrobiła falstart.

Ale tak naprawdę trener musiał być szczęśliwy z łatwego zwycięstwa w ćwierćfinale, przejścia do strefy medalowej i zachowania sił na ostatnich okrążeniach. Te siły dziś się bardzo przydadzą się w walce z Rosjankami, równorzędnymi przeciwniczkami. Polki czeka wielka wojna na lodzie, taka, jaką wczoraj stoczyły Rosjanki z Kanadyjkami. W olbrzymim tempie Rosjanki rozerwały się na ostatnim kole. - Pojechały w trupa, wszystko jest jasne. A my mamy co najmniej sekundę do urwania - mówiła Katarzyna. - Będzie ich nieść publiczność, ale i nas poniesie.

Godzinę wcześniej Zbigniew Bródka, Konrad Niedźwiedzki i Jan Szymański pojechali w ćwierćfinale z Norwegami bodaj najszybszy bieg w karierze i też znaleźli się w strefie medalowej.

Co prawda panczeny powinny dzielić się na łyżwiarstwo w miarę szybkie i łyżwiarstwo najszybsze, w zależności od tego, na jakim torze się jedzie. W Calgary Polacy pobili rekord Polski w jeździe drużynowej, w Soczi pewnie byli nawet lepsi, ale czas jest gorszy - tam bowiem jeździ się na 1200 m n.p.m. i opory powietrza są mniejsze, tu Morze Czarne jest 100 m od hali i przez gęste powietrze trzeba się przecisnąć niemal na siłę.

W każdym razie Polacy zaczęli spokojnie ze względu na kontuzję, którą złapał tydzień temu Niedźwiedzki. Wyleczyli go Polacy wspólnie z lekarzami jego holenderskiej zawodowej grupy TVM. Tej samej, w której jeździ również nielubiany przez mistrza Bródkę Koen Verweji, jeden z członków holenderskiego zespołu.

Po 2000 m Polacy włączyli turbodoładowanie. Norwegów przywalił tempem Jan Szymański, a po drugiej stronie lodu umierał z wysiłku Havard Pedersen i ich przewaga z ponad sekundy stopniała w 300 m do zera, po kolejnych 200 m tracili 0,22 s, bo pociągnął ich Bródka, a zakończył Niedźwiedzki nokautującym finiszem, w którym ostatnie 200 m pokonał w 13,8 s, czyli takim tempem, jakie Polacy mieli w środku wyścigu! Jedynie Holendrzy w końcówce jechali szybciej - o niecałe 0,06 s. Tylko że oni wcześniej nie męczyli się zbytnio, bo Francuzi w połowie wyścigu tracili ponad 4 s.

Norwegowie - należący do faworytów - musieli się poczuć z porażką bardzo źle. Havard Bokko specjalnie zrezygnował ze startu na 10 000 m, aby lepiej odpocząć i pociągnąć drużynę, indywidualnie mieli w sumie o 0,7 s lepszy czas na 1500 m od Polaków, więc mogli czuć się faworytami. Choć trener Wiesław Kmiecik mówił: - To nic nie znaczy. Drużynówka toczy się na innych zasadach.

W niej potrzeba płynności, umiejętności odpoczywania za plecami prowadzącego. Dlatego tak ważne było ustawienie drużyny, kolejności, w której będą się zmieniać. Na przykład Niedźwiedzki kończył, bo wytrzymałościowo jest w fenomenalnej formie - pobił rekord Polski na 3000 m. Szymański oprócz tego, że doskonale pojechał na 1500 m, jest specjalistą od dłuższych dystansów i potrafi przyspieszyć tam, gdzie inni podpierają się nosem. Bródka - wiadomo, jest nie do zajechania. Wziął na siebie największą pracę, prowadził drużynę, czyli przebijał się przez powietrze i robił w nim miejsce kolegom z prędkością 60 km na godzinę przez 1200 m. Ciągnął jak odkurzacz.

- Idealny bieg - powiedział trener Wiesław Kmiecik o ćwierćfinale. Ale wyczerpujący.

W półfinale Polacy nie nawiązali walki z Holendrami, już w połowie dystansu tracili kilka sekund. - Chcieliśmy spróbować z nimi powalczyć, umówiliśmy się przed biegiem, że ciągniemy i sprawdzamy ich. Bardzo szybko pojechali w pierwszej części dystansu. Gdy zobaczyliśmy międzyczasy, odpuściliśmy - powiedział Bródka. I wyjaśnił, dlaczego nie chcieli kopać się z koniem fryzyjskim i w półfinale pojechali 10 s wolniej niż w ćwierćfinale: - Musimy zachować siły na walkę o brąz z Kanadyjczykami.

Z nimi też będzie ciężkie starcie. Kanadyjczycy w obu biegach mieli czas gorszy niż Polacy w ćwierćfinale, ale różnica jest mniej niż sekundowa. A co powiedział trener Kmiecik? Że to nie ma znaczenia. Drużynówka rządzi się własnymi prawami.