Soczi 2014. Justyna Kowalczyk biegnie po medal. Trzydziestkę trzeba szanować

Tu się wybiera królową nart, ten bieg Justyna Kowalczyk zawsze kończyła na podium. W sobotę 30 km stylem dowolnym. Transmisja w TVP 2 o 10.25. Relacja Z Czuba i na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl Live.
Pora kończyć. To były jej najdłuższe igrzyska. Trwały ponad miesiąc - od złamania kości w stopie i walki o Soczi, przez złoto na 10 km klasykiem, po finałową sobotę.

Myśl o Soczi Justynę Kowalczyk napędzała od chwili, gdy siedem lat temu się okazało, że tam będzie olimpiada 2014. - Poczułam to od pierwszego momentu. Tylko sobie wtedy nie zdawałam sprawy, gdzie jedziemy. Mój trener uprzedzał, opowiadał, że to specyficzne miejsce. Ale jakoś mi nie przychodziło do głowy, że to będzie wiosna w środku zimy, że niebezpieczne Zakaukazie. Usłyszałam: igrzyska w Rosji, pomyślałam: "Będzie minus piętnaście, tak jak lubię. Będą trudne trasy, jak lubię. I Rosja, kraj mojego trenera". Wszystko mi się ładnie poskładało. A rzeczywistość jest trochę inna: pogoda inna, trasy w części trudne, w części łatwe. Ale przecież miło mi się to wszystko kojarzy - mówiła Justyna. Teraz pora na ostatni bieg na tych trasach. Pewnie też ostatni jej bieg w ogóle na igrzyskach.

Statystyki nie biegają

Trzydziestkę trzeba szanować. Szanować siebie, bo kto się przeliczy z siłami, ten nie dotrze do mety. Szanować rywalki też, tutaj obowiązuje inna etykieta niż na krótkich biegach. Trzeba ostrożniej zmieniać tory, bardziej się rozglądać. Tu się wybiera królową nart. W tak długim biegu mniej się już liczy styl, bardziej serce do walki, wydolność, odporność na ból. To jedyny dystans, na którym Justyna Kowalczyk zebrała z biegów łyżwą nie mniej miłych wspomnień niż ze startów klasykiem. Stylem klasycznym wybiegała pierwsze olimpijskie złoto w Vancouver. Ale łyżwą miała na 30 km pierwszy olimpijski medal w Turynie i złoto mistrzostw świata w Libercu. Nieważne, czy w mistrzostwach, czy w Pucharze Świata, biegu ze startu wspólnego stylem dowolnym nigdy nie skończyła poza podium. - Nikt inny nie ma takiej statystyki, ale statystyki nie biegają - mówiła Justyna, gdy ostatni raz rozmawialiśmy o tym starcie.

W piątek nie była w stanie rozmawiać. Przeprosiła, poprosiła o zrozumienie. Źle się czuła, ale powiedziała, że nie chodzi o przeziębienie. Po prostu gorsze samopoczucie. Przyszła na trening wcześniej niż zwykle, potem szybko zeszła do wioski olimpijskiej. Niedługo wcześniej radiowa Jedynka puściła rozmowę z Aleksandrem Wierietielnym, w której trener ogłosił, że to nieodwołalne, po sezonie kończy z biegami. Trener już od dwóch lat zapowiadał, że rosyjskie igrzyska będą zapewne jego pożegnaniem, ale jeszcze zostawiał uchyloną furtkę. Zapowiadał, że dostosuje się do decyzji Justyny, ale będzie nalegał, żeby zrobiła sobie po tym sezonie przerwę. A jeśli ją zrobi, to pewnie już nie wróci. - Zresztą ja już i tak mam legitymację emeryta - rencisty - mówił przed sezonem.

Teraz pierwszy raz postawił tak mocno kropkę: - Koniec z trenowaniem, będę sobie trawkę koło domu kosił.

I co najważniejsze, wreszcie trener przemówił podczas tych igrzysk. Ale w piątek znów się wymawiał od rozmów. - To z radiem to nie był wywiad, raczej prywatna rozmowa. Zresztą nie rozmawiam, bo jestem przeziębiony - tłumaczył. - A po trzydziestce pan porozmawia? - A myśli pan, że po trzydziestce będę zdrowy? - odpowiedział. Cały trener. Uparciuch, którego nie sposób nie lubić.

Dobry dzień dla turysty

Dobrze, że się kiedyś z Justyną odnaleźli. To ich 13. sezon startów w Pucharze Świata, w sobotę szansa na 13. medal igrzysk i mistrzostw świata. Trudno sobie wyobrazić, że Justyna miałaby biec dalej bez niego. Na pewno nie będzie tak, że trener powie "dość" już po igrzyskach i nie dokończy sezonu. Ale o tym będzie można porozmawiać po olimpiadzie. Przed trzydziestką i tak innych wątpliwości jest pod dostatkiem. Na trasach Laury codziennie jest inna pogoda. W piątek padał deszcz, było ciepło i mgła, lecz potem pojawił się też śnieg. W nocy przed biegiem miał chwycić mróz, w sobotę ma być słonecznie, więc zapowiada się powtórka warunków ze sztafety sprinterskiej. - Dobry dzień dla górskiego turysty, żeby się poopalać na ławeczce, ale dla nas źle - mówił nam Are Mets, estoński serwismen Justyny.

Sztab Polki wolałby, żeby było znów jak na 10 km klasykiem: słońce, ale cieplej. Bo wtedy biegłoby się ciężko, a dla Justyny im ciężej, tym lepiej. Bardziej jednak martwił ekipę Kowalczyk plan trasy, a właściwie - pętli, po której się biegnie do strefy zmiany nart. Na 30 km można narty zmieniać dwa razy, po każdej dziesiątce. I większość zawodniczek to robi, bo wszystkie przyspieszacze i smary się ścierają. Lepiej stracić trochę na zmianie, niż męczyć się na trasie. Jednak pętla do zmian w Soczi jest tak długa, że być może wcale nie będzie się to opłaciło. Polscy serwismeni mierzyli tam w piątek czas przy nas. Wyszło im, że na przebiegnięcie przez strefę zmian, odpięcie nart i przypięcie nowych zawodniczki będą potrzebować ponad 45 sekund. Serwismenom z Norwegii wyszło 40. Obu ekipom się to nie podoba, wprowadza dodatkowy element niepewności. Ale nie wiadomo, czy pętla zostanie skrócona. Sandra Spitz z FIS zapewniła, że nie ma się co obawiać, na bieg pętla zostanie przygotowana tak, żeby zmiana nart nie zabrała więcej niż zwykle, czyli ok. 25 sekund. Tyle jest dla wszystkich do przyjęcia. Jeśli jednak będzie ponad 40, to może poważnie wpłynąć na taktykę.

Kalla zabiera walizki

Ostatnie trzydziestki stylem dowolnym to były szaleństwa Therese Johaug: w mistrzostwach świata w Oslo, rok temu w Pucharze Świata na Holmenkollen. W sezonie olimpijskim Johaug też mierzyła przede wszystkim w trzydziestkę. Zmotywowana będzie na pewno, ma na razie tylko jeden indywidualny medal, brąz na 10 km. Pytanie, czy nie mocniejsza od niej jest teraz Charlotte Kalla, technicznie najlepsza w stylu łyżwowym, najwszechstronniejsza dziś narciarka i też na razie bez indywidualnego złota w Soczi. Wprawdzie źle się czuła w ostatnich dniach, nie mogła spać na tak dużej wysokości i w końcu zabrała walizki z wioski olimpijskiej. Przeprowadziła się do położonego niżej hotelu. Ale na pewno i tak będzie mocna.

- To Charlotte jest dziś największą gwiazdą biegów. I ma prawo poczuć siłę przed trzydziestką - mówi Justyna. - Kalla widzi, co się dzieje z Norweżkami, gdy przeszarżują. Będzie podkręcać tempo, żeby zakwasić Norweżki, i trzeba by jej było w tym pomóc. A czarnym koniem trzydziestki może być Czeszka Eva Vrabcová--Nývltová. Świetnie tu biega. Jest leciutka, w dobrej formie, znakomita w stylu łyżwowym. Jest jeszcze Julka Czekaliewa, ale ona nie z tych, co będą szarpać tempo - wylicza Polka. Tyle się jej nazbierało problemów przed olimpijskimi startami, że sama już powoli zapomina o tym, że był kiedyś kłopot z mięśniami przy piszczelach, właśnie w stylu łyżwowym. Nowy fizjoterapeuta znalazł na nie sposób. - Są luźne, nie dokuczają, zabiegi działają - mówi Justyna. Teraz najważniejsza jest stopa. Po igrzyskach Kowalczyk leci z olimpijską ekipą do Polski, a nie - jak planowali wcześniej - do Lahti na zawody Pucharu Świata. We wtorek będzie już jasne, czy złamana kość śródstopia wymaga operacji, czy tylko usztywnienia i odpoczynku. - Ale prawdopodobnie na zabieg się nie zdecyduję - mówi Justyna. Odpuści Lahti, dopuszcza myśl o rezygnacji ze szwedzkiego finału sezonu w Sztokholmie i Falun. Chciałaby jednak być na biegach klasykiem w Drammen i Oslo. - Jeszcze raz spróbować w Oslo - mówi, bo się z trasami na Holmenkollen jeszcze nie czuje rozliczona. Spróbować jeszcze raz. Czy ostatni raz - to się dopiero okaże.