Soczi 2014. Rewolucjonista na stoku nie zawiódł

Rewolucjonista na stoku, Ted Ligety, jeden z nielicznych zwycięskich faworytów, dał Amerykanom pierwsze olimpijskie złoto w narciarstwie alpejskim. Miał nie ryzykować, ale ledwo utrzymał się w trasie. Bode Miller żegna się z igrzyskami
Mistrz świata w gigancie, czterokrotny zdobywca małej Kryształowej Kuli. W Pucharze Świata zwykle pokonuje rywali o ponad sekundę tam, gdzie kiedyś wygrywało się o ułamki sekund. Jak przegrywa, to właśnie o ułamki. Ale to zdarza się rzadko - z ostatnich 15 gigantów Pucharu Świata wygrał dziewięć. Ale żadnego medalu olimpijskiego z gigancie dotąd nie miał, ba, żaden Amerykanin nigdy takiego nie zdobył.

Trzy razy się wyratował

W środę w Roza Chutorze w oślepiającym słońcu, co chwila wychodzącym zza chmur, przy lekkim mroziku i na idealnym śniegu miał już po pierwszym przejeździe 0,93 s nad drugim Czechem Ondrejem Bankiem. W drugim po prostu wystarczyło nie podejmować megaryzyka, jak powiedział zaraz po pierwszym zjeździe. - Kiedy dociska śrubę, możemy tylko patrzeć - powiedział Włoch Davide Simoncelli, trzeci w pierwszej serii.

Trasa była technicznie trudna - sam Ted tak mówił - ale on ma w sobie coś takiego, że gdy inni tną ostro, on płynie w dół.

W drugim przejeździe był moment, kiedy przestał płynąć. Był to przejazd o wiele trudniejszy ze względu na odkryty przez ponad sto przejazdów lód, który przyjął postać śliskiego betonu w stromym przewężeniu w środku trasy. Takie podłoże można czasem spotkać na stokach, ale częściej na parkingach supermarketów. Ligety trzy razy cudem się wyratował, kibice i dziennikarze trzy razy podrywali się z miejsc z krzykiem, jeden błąd mógł go kosztować nawet sekundę, ale jechał dalej. Stracił prędkość, jednak gdy stromizna i lodobeton się skończyły, znów zaczął czarować techniką. Pokonał Francuzów Steve'a Missilliera o 0,48 s i Alexisa Pinturaulta o 0,64 s. Uratował złoto, ale w drugim przejeździe miał zaledwie 14. wynik. Czyli o zwycięstwie zdecydował Ligety rewolucjonista z pierwszej serii.

Na czym polega jego rewolucja?

Na niezwykłym stylu jazdy, który szlifuje od 2006 roku. Mniej więcej wtedy zaczęła się jego dominacja w gigancie. Doszedł w nim już do absolutnej perfekcji. Polega on na rozpoczynaniu skrętu wcześniej niż inni i kończeniu go później niż inni, przy czym Ted kładzie się niemal na stoku biodrami, rękawice ciągnąc po śniegu. Rozpoczyna skręt od górnej narty, podczas gdy teoretycznie w nowoczesnym narciarstwie alpejskim obciążenia przy skręcie są prawie równomiernie rozłożone na obie. Kiedy rywale rżną krawędziami śnieg, wytracają prędkość, Ted jakby przyspieszał, jego łuki są łagodniejsze. Gdyby porównać sylwetki, Ted leży w skręcie niemal równolegle do stoku, a inni - nawet ci z samego czoła czołówki - mają przy nim pozycję bliższą pionu. Są już dostępne w sieci wizualizacje, które pokazują kąty nachylenia na stoku Bode Millera i Ligety'ego. Bode niestety nie wypada w tym porównaniu najlepiej - przypomina instruktora z Szymoszkowej.

Co ciekawe, Ted najgłośniej protestuje w sprawie planów zmiany parametrów nart przez FIS. Te, które używane są teraz, mają większe wcięcie i pozwalają na krótsze skręty. Dlaczego protestuje właśnie on? Chyba nie dlatego, że nowy wzór nart do giganta będzie mniej mu pasował, bo jest dokładnie odwrotnie. Powinni protestować inni, jak Miller, który też często jeździ giganty i często ich nie kończy. Ale zmiany nadchodzą, bo jak wykazała statystyka FIS, w latach 2006-11 w gigancie zdarzyło się 16 ciężkich kontuzji, w porównaniu z 36 w zjeździe, 11 w slalomie, dziewięcioma w super-G.

Koniec igrzysk Bode Millera

Nikt nie może wiedzieć tego lepiej niż 36-letni Miller, który poprzedni sezon odpuścił ze względu na rehabilitację po operacji kolana. Teraz też już więcej nie pojedzie na igrzyskach. Jego kariera olimpijska skończyła się wczoraj. Kolana spuchły, nie pojedzie w slalomie. 20. miejsce w gigancie jest dowodem, że Miller ma dość po bodaj największej emocjonalnej huśtawce w swoim życiu. Leczenie kolan, śmierć brata po ataku padaczki, wytrwały marsz ku igrzyskom trochę dla siebie, ale przede wszystkim dla niego, dominacja tu w Soczi na treningach, a potem hipermotywacja ścinająca nogi na szczycie góry i rozczarowania, wreszcie upragniony medal, choć tylko w supergigancie, tylko brązowy. I wywiad, w którym się kompletnie rozkleił, a który wstrząsnął mediami w USA. Wreszcie odnowienie kontuzji, słaby gigant i rezygnacja ze slalomu. Uff, to za dużo nawet dla Bode.

Nie dla niego taka satysfakcja, on nie jest tego typu człowiekiem, żeby się cieszyć z czyjegoś niepowodzenia, ale jego wielki rywal, choć nie przeżywał takich dramatów, a przynajmniej nic o nich nie wiadomo, też zniknął z Soczi. Trzykrotny medalista z Vancouver Aksel Lund Svindal zaczął igrzyska od narzekania na owsiankę czy jogurt, potem były trzy starty poza podium. Teraz rozłożyła go alergia na kurz i w gigancie nie wystąpił. Norwegowie nie śmieją się z niego, tak jak Polacy drwili z alergika Macieja Bydlińskiego, który potem już sam nie wiedział, czy dopadła go alergia, czy katar, czy solidne przeziębienie.